Kiedy marzenie o dziecku zamienia się w walkę – historia Marty i Pawła

– Marta, musisz się uspokoić! – głos Pawła odbijał się echem od ścian szpitalnej sali. Siedziałam na plastikowym krześle, ściskając w dłoniach kocyk naszego synka. W powietrzu unosił się zapach środków dezynfekujących i strachu.

– Jak mam się uspokoić? – syknęłam przez łzy. – Lekarz powiedział, że Michaś może nie przeżyć tej nocy!

Paweł odwrócił wzrok. Zawsze był silniejszy ode mnie, ale teraz widziałam w jego oczach ten sam lęk, który rozdzierał mnie od środka. Nasze marzenie o rodzinie właśnie roztrzaskało się o brutalną rzeczywistość.

Zawsze wyobrażałam sobie, że będę idealną matką. Że będziemy z Pawłem szczęśliwi, a nasze dziecko zdrowe i uśmiechnięte. Przez lata walczyliśmy z niepłodnością – wizyty u lekarzy, badania, hormony, łzy po każdej nieudanej próbie. Kiedy w końcu zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, świat nabrał kolorów. Paweł podniósł mnie wtedy do góry i kręcił w powietrzu, śmiejąc się jak dziecko.

Ciąża przebiegała bez komplikacji. Każde USG było dla nas świętem. Rodzina cieszyła się razem z nami – mama szyła maleńkie ubranka, teściowa kupowała zabawki, a mój brat Bartek już planował, jak nauczy Michała grać w piłkę.

A potem przyszedł dzień porodu. Wszystko potoczyło się za szybko – krzyk, ból, światła sali operacyjnej. Michaś urodził się siny i cichy. Lekarze zabrali go natychmiast. Pamiętam tylko przerażone spojrzenie położnej i ciszę, która ciążyła bardziej niż ból po cesarce.

Diagnoza spadła na nas jak grom: wrodzona wada serca, konieczna natychmiastowa operacja. Siedzieliśmy z Pawłem na korytarzu, trzymając się za ręce. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam łzy w jego oczach.

– On musi żyć, Marta – wyszeptał. – Musi…

Operacja trwała sześć godzin. Każda minuta była jak wieczność. W końcu lekarz wyszedł do nas – zmęczony, z podkrążonymi oczami.

– Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Teraz wszystko zależy od niego.

Przez kolejne tygodnie żyliśmy między domem a szpitalem. Nasza codzienność zamieniła się w czekanie na wyniki badań, rozmowy z lekarzami i modlitwy o cud. Michaś był taki malutki, podłączony do setek rurek i monitorów. Bałam się go dotknąć, żeby nie zrobić mu krzywdy.

W domu czekały na nas kolejne problemy. Mama próbowała mnie pocieszać:

– Dziecko, musicie być silni dla Michałka.

Ale ja nie byłam silna. Każdego dnia czułam się coraz bardziej winna – może to moja wina? Może coś zrobiłam źle w ciąży? Paweł zamknął się w sobie. Przestał rozmawiać ze mną o swoich uczuciach. Wieczorami siedział przed telewizorem i udawał, że wszystko jest normalnie.

Pewnego dnia wybuchłam:

– Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać? Udajesz, że nic się nie dzieje!

– Bo nie wiem, co powiedzieć! – krzyknął Paweł. – Boję się tak samo jak ty! Ale ktoś musi być silny!

Zamilkliśmy oboje. Wtedy zrozumiałam, że nie tylko Michaś walczy o życie – my też walczymy o naszą rodzinę.

Po miesiącu przyszła kolejna diagnoza: powikłania neurologiczne po niedotlenieniu. Lekarz powiedział nam wprost:

– Państwa syn może nigdy nie chodzić ani nie mówić.

Świat zatrzymał się na chwilę. Wróciliśmy do domu jak zombie. Mama płakała po kątach, Bartek przestał przychodzić w odwiedziny – nie umiał patrzeć na nasz ból.

Zaczęły się kłótnie z Pawłem o wszystko: o pieniądze na rehabilitację, o to, kto ma zostać z Michałem w szpitalu, o to, czy powinniśmy prosić rodzinę o pomoc.

– Nie damy rady sami! – płakałam pewnej nocy.

– Musimy dać radę – odpowiedział Paweł cicho. – Nie mamy wyboru.

Zaczęliśmy żyć z dnia na dzień. Każdy uśmiech Michała był dla mnie jak promień słońca przebijający przez burzowe chmury. Ale były też dni, kiedy miałam ochotę wyjść z domu i nigdy nie wrócić. Czułam się samotna nawet wtedy, gdy Paweł był obok.

Pewnego wieczoru usiadłam przy łóżeczku Michała i zaczęłam mówić do niego:

– Wiesz, syneczku… Mama czasem nie daje rady. Czasem chciałabym być gdzie indziej… Ale kocham cię najbardziej na świecie.

Wtedy Paweł wszedł do pokoju i usiadł obok mnie.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Też czasem mam dość… Ale jesteśmy razem.

Objął mnie mocno i pierwszy raz od miesięcy poczułam ulgę.

Dziś mija rok od narodzin Michała. Nasze życie jest inne niż sobie wymarzyliśmy. Każdy dzień to walka o zdrowie syna i o naszą miłość. Czasem pytam siebie: czy jestem dobrą matką? Czy można być szczęśliwym w takiej sytuacji?

A może szczęście to po prostu bycie razem mimo wszystko? Co wy byście zrobili na moim miejscu?