Kiedy wszedł do mojego warsztatu i zobaczył mnie z dzieckiem na rękach, wydarzył się cud, którego nikt się nie spodziewał. Moja walka o rodzinę, godność i drugą szansę.

– Nie dam rady, mamo! – wrzasnęłam w myślach, ścierając pot z czoła i patrząc na rozgrzany blok silnika. W powietrzu unosił się zapach spalonego oleju i dziecięcych chusteczek nawilżanych. Mały Staś spał w rogu warsztatu, a ja walczyłam z kolejną awarią, która mogła przesądzić o naszym być albo nie być.

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. W progu stanął mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze, z twarzą, którą kojarzyłam z telewizji – Adam Kwiatkowski, właściciel sieci hoteli i restauracji w całej Polsce. Jego buty błyszczały jakby nigdy nie dotknęły polskiego błota. Przez chwilę miałam ochotę schować się pod podnośnikiem.

– Szukam pani Anny Zielińskiej – powiedział chłodno, rozglądając się po warsztacie pełnym narzędzi i dziecięcych zabawek.

– To ja – odpowiedziałam, ścierając ręce o brudny fartuch. – A to mój szef – wskazałam na śpiącego Stasia. – W czym mogę pomóc?

Adam zmierzył mnie wzrokiem. W jego oczach zobaczyłam cień rozpaczy, którego nie spodziewałabym się u kogoś takiego jak on.

– Powiedziano mi, że podejmuje się pani rzeczy niemożliwych – zaczął powoli. – Mam samochód… Audi R8. Silnik jest kompletnie rozbity. Dziewięciu mechaników już odmówiło. To ostatnia pamiątka po moim ojcu.

Przez chwilę milczałam. W głowie miałam tylko jedno: czynsz za warsztat rośnie od przyszłego miesiąca, a ja ledwo wiążę koniec z końcem.

– Jeśli się nie uda, nie płaci mi pan nic – powiedziałam w końcu. – Ale jeśli postawię go na nogi… chcę 80 tysięcy złotych. Połowę z góry na części.

Adam skinął głową bez słowa. Dla niego to była drobnostka. Dla mnie – przyszłość mojego dziecka.

Następnego dnia laweta przywiozła Audi pod mój warsztat na warszawskim Grochowie. Sąsiedzi wychodzili na balkony, dzieciaki robiły zdjęcia telefonami. Ja patrzyłam na rozbebeszony silnik i czułam, jak narasta we mnie panika.

Przez kolejne tygodnie żyłam jak automat: pobudka o piątej, śniadanie dla Stasia, potem żmudne rozkręcanie i katalogowanie każdej śrubki. Adam zaczął pojawiać się coraz częściej. Najpierw tylko patrzył z dystansu, potem przynosił kawę i kanapki. Pewnego dnia zapytał:

– Dlaczego to robisz? Przecież mogłabyś znaleźć pracę w biurze, mieć spokojniejsze życie.

Zatrzymałam się nad stołem warsztatowym i spojrzałam mu prosto w oczy:

– Bo nikt mi nie da elastyczności, której potrzebuję jako samotna matka. Bo kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, ojciec Stasia uciekł za granicę i zostawił mnie z długami i strachem. Bo chcę pokazać synowi, że mama potrafi zrobić coś niemożliwego.

Adam milczał długo. Potem pierwszy raz zobaczyłam w nim człowieka, nie tylko biznesmena.

Z czasem zaczął pomagać mi przy Stasiu – nieporadnie przewijał pieluchy, czytał bajki na głos (z akcentem menadżera), a nawet nauczył się robić kaszkę. Zaczął też opowiadać o swoim ojcu – surowym człowieku, który nigdy nie okazywał uczuć, ale zostawił mu ten samochód jako jedyny znak miłości.

W trzecim miesiącu pracy wydarzyła się katastrofa: podczas testów ciśnienia pękła głowica silnika. Usiadłam na zimnej posadzce i rozpłakałam się jak dziecko. Staś zaczął płakać razem ze mną.

Adam wszedł akurat wtedy. Bez słowa ukląkł obok mnie i objął nas oboje.

– Nie poddamy się – powiedział cicho. – Powiedz tylko, czego potrzebujesz.

– Potrzebuję nowej głowicy… i spawarki laserowej za 20 tysięcy złotych – wyszeptałam przez łzy.

Adam następnego dnia przywiózł sprzęt. Nie pytał o nic więcej.

Pracowałam dniami i nocami. Adam coraz częściej zostawał do późna; czasem zasypiał na starym fotelu w kącie warsztatu z Stasiem na kolanach.

W końcu nadszedł dzień próby. Silnik był gotowy. Staś siedział w swoim foteliku z ochronnikami słuchu (Adam specjalnie je kupił). Przekręciłam kluczyk.

Najpierw cisza… potem potężny ryk V8 przeszył powietrze jak piorun. Krzyknęłam z radości! Adam podbiegł do mnie i bez zastanowienia objął mnie mocno.

– Udało się! – śmiał się przez łzy.

Patrzyliśmy na siebie długo… aż Staś zaczął klaskać i śmiać się głośno.

Tego wieczoru zamówiliśmy pizzę i jedliśmy ją siedząc na podłodze warsztatu, opierając się o koło Audi wartego pół miliona złotych.

– Aniu… – Adam spojrzał mi w oczy poważnie – Zostań ze mną. Nie chcę wracać do pustego domu. Chcę być częścią waszego życia.

Zaniemówiłam. Przez chwilę chciałam uciec – bałam się zaufać komukolwiek po tym wszystkim, co przeszłam.

– Nie jestem z tych kobiet, które lecą na pieniądze – powiedziałam ostrożnie.

– Wiem – uśmiechnął się smutno – dlatego właśnie cię kocham.

Zostaliśmy razem. Adam pomógł mi rozwinąć warsztat; zatrudniłam dwie inne samotne matki i stworzyłyśmy miejsce przyjazne dzieciom i kobietom. Staś dorastał otoczony miłością dwóch rodziców: biologicznej matki i ojczyma z wyboru.

Ale życie nie byłoby życiem bez kolejnych prób.

Pewnego dnia do warsztatu wszedł Marek – biologiczny ojciec Stasia. Był blady, nerwowy i wyraźnie skruszony.

– Aniu… chciałem cię przeprosić… Chciałem zobaczyć syna…

Adam stanął obok mnie jak mur.

– Miałeś swoją szansę – powiedziałam chłodno. – Staś ma ojca, który był przy nim zawsze wtedy, kiedy tego potrzebował.

Marek spuścił głowę i wyszedł bez słowa.

Dziś minęło dziesięć lat od tamtego dnia. Prowadzę własny warsztat samochodowy dla kobiet; uczymy tu inne samotne matki zawodu i dajemy im szansę na nowe życie. Staś jest nastolatkiem i sam potrafi już wymienić sprzęgło lepiej niż niejeden facet po technikum.

Czasem patrzę na siebie sprzed lat i pytam: co by było, gdybym wtedy się poddała? Czy każda z nas ma w sobie siłę do walki o siebie i swoje dziecko? Może właśnie wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone… zaczyna się prawdziwe życie?