Między Ciszą a Krzykiem: Historia Marty Kowalskiej

— Marta, nie możesz tak po prostu wyjść! — głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam już w drzwiach, z kluczami w dłoni, gotowa uciec choć na chwilę z tego dusznego mieszkania. W powietrzu wisiał zapach leków i nieprzespanych nocy. — Muszę się przewietrzyć, mamo — odpowiedziałam cicho, ale w środku aż kipiałam. — Tata znowu pytał o ciebie. — Wiem. — Zatrzymałam się na progu. — Ale nie mogę już… po prostu nie mogę.

Mój ojciec, Andrzej Kowalski, zawsze był dla mnie kimś niezniszczalnym. Pracował jako kierowca autobusu miejskiego w Warszawie, znał każdy zakątek miasta i każdą historię pasażera. Kiedy byłam mała, zabierał mnie czasem na pętlę tramwajową i opowiadał o ludziach, których spotykał. Ale teraz leżał w łóżku, z twarzą wykrzywioną bólem, a ja nie potrafiłam na niego patrzeć bez łez.

Wszystko zaczęło się nagle. Jeden wieczór, jeden upadek w łazience. Diagnoza: udar. Lekarze mówili o szczęściu w nieszczęściu, ale dla nas to był koniec świata. Mama rzuciła pracę w sklepie spożywczym, żeby się nim opiekować. Ja próbowałam pogodzić studia na UW z nową rzeczywistością — gotowaniem papek, podawaniem leków, zmianą pieluch. Każdy dzień był walką o oddech.

— Marta, czy możesz mi podać wodę? — głos taty był słaby, ledwo słyszalny zza drzwi sypialni. Czasem miałam ochotę udawać, że nie słyszę. Czułam się okropnie z tym uczuciem — przecież to mój ojciec! Ale ile można? Ile razy można patrzeć na kogoś, kto był twoim bohaterem, a teraz nie potrafi samodzielnie podnieść łyżki?

Mama coraz częściej wybuchała płaczem. Zaczęłyśmy się kłócić o wszystko: o to, kto ma zostać w domu, kto ma iść do apteki, kto bardziej się poświęca. — Ty masz jeszcze całe życie przed sobą! — krzyczała kiedyś. — Ja już nie mam nic! — To nieprawda! — odpowiedziałam wtedy ostro. — Ale czasem mam wrażenie, że ty chcesz żebym tu zgniła razem z wami!

Po tej kłótni wyszłam z domu i przez godzinę chodziłam bez celu po Pradze. Warszawa była wtedy szara i zimna, ludzie mijali mnie obojętnie. Zastanawiałam się, czy ktoś z nich też właśnie przeżywa coś podobnego. Czy ktoś inny też czuje się tak bardzo samotny wśród bliskich?

Najgorsze były noce. Siedziałam przy łóżku taty i słuchałam jego ciężkiego oddechu. Czasem mówił przez sen: — Marta… nie zostawiaj mnie… Próbowałam być silna, ale czułam jak pękam od środka. Bałam się przyszłości. Bałam się tego, że już nigdy nie zobaczę w jego oczach tej iskry życia.

Pewnego dnia przyszła do nas ciotka Basia, siostra mamy. Zawsze była tą „lepszą” — mieszkała w dużym domu pod Warszawą, miała własną firmę i dwójkę dzieci na studiach za granicą. Przyniosła ciasto i dobre rady. — Musicie pomyśleć o hospicjum domowym — powiedziała spokojnie, jakby mówiła o zmianie fryzury. Mama spojrzała na nią z nienawiścią: — Nie oddam Andrzeja obcym ludziom! — Basia wzruszyła ramionami: — To nie jest oddanie. To pomoc dla was wszystkich.

Po jej wyjściu długo milczałyśmy z mamą. W końcu powiedziałam: — Może Basia ma rację? Może powinniśmy poprosić o pomoc? Mama spojrzała na mnie jak na zdrajczynię: — Ty też chcesz się go pozbyć? — Nie! Po prostu… już nie daję rady.

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, jak bardzo zmieniło się nasze życie przez ostatnie miesiące. O tym, jak bardzo kocham tatę i jak bardzo nienawidzę tej choroby za to, co nam zrobiła. O tym, że czasem miłość to za mało.

W końcu przyszedł dzień decyzji. Mama zgodziła się na hospicjum domowe. Przyszła pielęgniarka, pani Zofia — starsza kobieta o ciepłych oczach i mocnych dłoniach. Pokazała nam jak lepiej opiekować się tatą, jak go myć bez bólu, jak rozmawiać z nim o rzeczach trudnych.

Z czasem zaczęłyśmy z mamą rozmawiać spokojniej. Przeprosiłyśmy się za wszystko złe, co sobie powiedziałyśmy w gniewie. Zrozumiałyśmy, że żadna z nas nie jest winna temu, co się stało.

Tata odszedł spokojnie pewnego marcowego poranka. Byłyśmy przy nim obie — trzymałyśmy go za ręce i płakałyśmy razem.

Dziś często wracam myślami do tamtych dni. Do bólu i bezsilności, ale też do chwil bliskości i prawdziwej rozmowy. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy gdybym była silniejsza albo bardziej cierpliwa, wszystko potoczyłoby się inaczej? Może właśnie w takich chwilach uczymy się najwięcej o sobie i o innych? Czasem zastanawiam się: czy naprawdę można przygotować się na stratę? A może trzeba po prostu nauczyć się żyć dalej – z miłością i wdzięcznością za to, co było?