Mój mąż, sknera: Marzę o rozwodzie

– Jadwiga, po co ci ta nowa sukienka? Przecież masz już jedną czarną – Andrzej nawet nie podniósł wzroku znad laptopa, kiedy wypowiedział te słowa. W jego głosie nie było złości, tylko to wieczne, chłodne niezrozumienie.

Zacisnęłam dłonie na uchwycie torby z zakupami. W środku miałam sukienkę z wyprzedaży, za którą zapłaciłam własnymi pieniędzmi. Ale to nie miało znaczenia. Dla Andrzeja każda wydana złotówka była powodem do przesłuchania.

– To była okazja, Andrzej. Potrzebuję jej na spotkanie w pracy – odpowiedziałam cicho, choć w środku aż się gotowałam.

– Praca, praca… – mruknął. – A potem narzekasz, że nie mamy oszczędności. Może gdybyś mniej wydawała…

Nie słuchałam już. W mojej głowie kłębiły się myśli: „Czy tak wygląda miłość? Czy naprawdę muszę tłumaczyć się z każdej drobnostki?” Od lat czułam się jak dziecko, które musi prosić o pozwolenie na wszystko.

Pamiętam nasze początki. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie. Andrzej był wtedy inny – zabawny, szarmancki, miał wielkie plany. Kiedy poprosił mnie o rękę, byłam pewna, że będziemy szczęśliwi. Ale po ślubie coś się zmieniło. Najpierw były drobne uwagi: „Po co ci nowy szampon? Ten stary jeszcze się nie skończył.” Potem zaczęły się kłótnie o rachunki, zakupy spożywcze, nawet o to, ile papieru toaletowego zużywam.

Moja mama mówiła: – Jadwiga, każdy ma jakieś wady. Ważne, żebyście się kochali.

Ale czy miłość może przetrwać w cieniu skąpstwa? Czy można kochać kogoś, kto liczy każdą twoją złotówkę?

Najgorzej było po narodzinach naszej córki, Zosi. Potrzebowałam nowych ubranek, pieluch, lekarstw. Andrzej skrupulatnie notował wydatki w zeszycie i komentował każdy paragon.

– Znowu pampersy? Nie możesz kupować tańszych? – pytał.

– Zosia ma alergię na te tanie! – krzyczałam czasem przez łzy.

Wtedy czułam się najbardziej samotna. Moje przyjaciółki z pracy opowiadały o wsparciu swoich mężów, o wspólnych wyjazdach nad morze czy do Zakopanego. My nie byliśmy na wakacjach od pięciu lat. Andrzej twierdził, że to strata pieniędzy.

Z czasem nauczyłam się ukrywać zakupy. Chowałam nową bieliznę na dnie szafy, kosmetyki trzymałam w torebce i używałam ich tylko w pracy. Czułam się jak złodziejka we własnym domu.

Najgorsze były święta. Wigilia u teściów zawsze wyglądała tak samo: Andrzej przeliczał każdą potrawę i narzekał na „marnotrawstwo”.

– Po co tyle jedzenia? I tak połowa się zmarnuje – mówił głośno przy stole.

Teściowa tylko wzdychała i rzucała mi współczujące spojrzenia. Moja mama próbowała ratować sytuację żartami:

– Andrzejku, święta są raz w roku! Niech dzieci mają radość.

Ale on był nieugięty.

Zosia dorastała w atmosferze ciągłego liczenia pieniędzy. Kiedy poprosiła o nowe kredki do szkoły, Andrzej odpowiedział:

– Masz jeszcze stare. Po co ci nowe?

Widziałam jej smutne oczy i czułam narastającą wściekłość. Próbowałam tłumaczyć Andrzejowi:

– Dzieci potrzebują czasem czegoś nowego. Nie możemy jej wszystkiego odmawiać.

– Możemy – odpowiadał krótko.

Z czasem nasze rozmowy ograniczyły się do minimum. Andrzej zamykał się w swoim świecie oszczędności i inwestycji. Ja coraz częściej myślałam o rozwodzie.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie siostra:

– Jadwiga, musisz coś z tym zrobić. Nie możesz tak żyć wiecznie pod jego butem.

– A co mam zrobić? – zapytałam bezradnie. – Mam zostawić wszystko? Dom? Zosię?

– Dom to nie wszystko. Liczy się twoje szczęście i szczęście dziecka.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, słysząc ciche chrapanie Andrzeja obok. Myślałam o tym, jak bardzo się zmieniłam przez te lata. Kiedyś byłam radosna, pełna energii, miałam marzenia. Teraz czułam się jak cień samej siebie.

W pracy coraz częściej zostawałam po godzinach. Szefowa zauważyła moje zmęczenie:

– Jadwiga, wszystko w porządku?

– Tak… po prostu mam trudny okres w domu – odpowiedziałam wymijająco.

Ale ona wiedziała więcej niż myślałam.

– Jeśli będziesz potrzebować pomocy… albo po prostu pogadać… jestem tu – powiedziała cicho.

Te słowa były dla mnie jak promyk światła w tunelu.

W końcu nadszedł dzień, kiedy pękłam. Zosia wróciła ze szkoły zapłakana:

– Mamo, dzieci śmiały się ze mnie, że mam stare buty…

Serce mi pękło. Uklękłam przy niej i przytuliłam ją mocno.

– Jutro kupimy ci nowe buty – obiecałam.

Wieczorem powiedziałam Andrzejowi stanowczo:

– Jutro idę z Zosią po nowe buty i nie chcę słyszeć żadnych uwag.

Spojrzał na mnie zaskoczony:

– Jadwiga…

– Dość! – przerwałam mu drżącym głosem. – Mam dość tego życia pod dyktando twojego zeszytu z wydatkami! Nasza córka cierpi przez twoje skąpstwo!

Przez chwilę panowała cisza tak gęsta, że słyszałam własne serce bijące jak młotem.

– Jeśli ci się nie podoba… możesz odejść – powiedział chłodno.

Te słowa bolały bardziej niż wszystko inne. Ale były też jak wyrok – wyzwolenie i koniec złudzeń jednocześnie.

Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy Zosi i swoje najpotrzebniejsze ubrania. Zadzwoniłam do siostry:

– Mogę u was przenocować?

– Oczywiście! Jadwiga… jestem z ciebie dumna – usłyszałam w słuchawce.

Kiedy zamykałam za sobą drzwi naszego mieszkania na osiedlu w Nowej Hucie, poczułam ulgę pomieszaną ze strachem. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Bałam się sądu, podziału majątku, reakcji rodziny Andrzeja… Ale wiedziałam jedno: nie mogę już dłużej żyć w cieniu jego skąpstwa.

Dziś mija pół roku od tamtego dnia. Wynajmuję małe mieszkanie na obrzeżach Krakowa. Pracuję więcej niż kiedykolwiek wcześniej, ale czuję się wolna. Zosia znów się uśmiecha – ma nowe buty i kredki do szkoły.

Czasem budzę się w nocy z lękiem: „Czy dobrze zrobiłam? Czy dam radę sama wychować córkę?” Ale potem patrzę na Zosię i wiem, że warto było walczyć o nasze szczęście.

Czy naprawdę trzeba przejść przez piekło codzienności, żeby docenić własną wartość? Czy inni też żyją w cieniu cudzych ograniczeń? Może ktoś z was zna podobną historię…