Mój tata, mój bohater: Jak jako dziesięciolatek uratowałem życie ojcu i dorosłem w jeden dzień
– Michał, przynieś mi wodę… – głos taty był dziwnie słaby, jakby ktoś wyciszył go do połowy. Stałem w kuchni, patrząc przez okno na śnieg wirujący w świetle latarni. Miałem dziesięć lat i właśnie kończyłem układać puzzle z mamą. Tata leżał na kanapie, narzekał na ból brzucha od rana, ale jak zwykle powtarzał, że to „nic takiego”.
– Michałku, słyszysz mnie? – powtórzył ciszej. Wbiegłem do salonu z kubkiem wody. Tata był blady jak ściana, pot spływał mu po czole. Przez chwilę pomyślałem, że żartuje – przecież zawsze żartował. Ale tym razem jego oczy były inne. Przerażone.
– Mamo! – krzyknąłem. Mama wybiegła z kuchni, rzuciła się do taty. – Andrzej, co się dzieje?
– Nie mogę oddychać… – wyszeptał tata. Zamarłem. Mama zaczęła szukać telefonu, ale nie mogła go znaleźć. W panice przewracała wszystko do góry nogami. Ja patrzyłem na tatę i czułem, jak serce wali mi jak młotem.
Wtedy przypomniałem sobie numer alarmowy. 112. Widziałem go na plakacie w szkole. Podniosłem słuchawkę i wykręciłem numer. Ręce mi się trzęsły.
– Pogotowie ratunkowe, słucham?
– Proszę pani… mój tata nie może oddychać… jest bardzo blady…
– Spokojnie, chłopcze. Podaj adres.
Podałem adres, a pani po drugiej stronie mówiła spokojnym głosem, żebym został przy tacie i mówił mu, żeby oddychał powoli. Mama w końcu znalazła telefon i zaczęła płakać.
Czekałem na karetkę wieczność. Siedziałem przy tacie i trzymałem go za rękę. – Tato, oddychaj ze mną… raz… dwa… raz… dwa…
Nie wiem, ile to trwało – może pięć minut, może godzinę. W końcu usłyszałem syrenę. Ratownicy wbiegli do mieszkania, zaczęli coś mówić do siebie niezrozumiałym językiem medycznym. Jeden z nich spojrzał na mnie i powiedział: – Dobrze zrobiłeś, chłopaku.
Zabrali tatę do szpitala. Mama została ze mną w domu, ale była jak nieobecna. Siedziała na krześle i patrzyła w ścianę. Ja nie płakałem – nie mogłem. Musiałem być silny.
Następnego dnia pojechaliśmy do szpitala. Tata leżał na sali intensywnej terapii, podłączony do kroplówek i monitorów. Lekarz powiedział mamie, że gdybyśmy zadzwonili pięć minut później, mogłoby być za późno.
Wróciliśmy do domu sami. Mama nie odzywała się przez całą drogę. Wieczorem usiadła obok mnie na łóżku.
– Michałku… jestem z ciebie dumna – powiedziała cicho i pierwszy raz od dawna mnie przytuliła.
Przez kolejne dni wszystko było inne. Musiałem sam odrabiać lekcje, robić kanapki do szkoły i pomagać mamie w domu. Czułem się jak dorosły – ale tak naprawdę byłem przerażony.
Po tygodniu tata wrócił do domu. Był słaby i zmęczony, ale uśmiechnął się do mnie tak, jak dawniej.
– Mój mały bohaterze – powiedział i pogłaskał mnie po głowie.
Myślałem, że wszystko wróci do normy. Ale wtedy zaczęły się kłótnie rodziców. Mama zarzucała tacie, że nie dba o zdrowie, że ukrywa przed nami swoje problemy.
– Andrzej, ile razy ci mówiłam! Trzeba było pójść do lekarza wcześniej!
– Przestań mnie pouczać! – krzyczał tata.
Siedziałem w swoim pokoju i słyszałem każde słowo przez cienką ścianę. Czułem się winny – gdybym był starszy, może wcześniej bym zauważył, że coś jest nie tak? Może mógłbym ich pogodzić?
Pewnego wieczoru podsłuchałem rozmowę rodziców:
– Nie możemy tak żyć… Michał widzi wszystko…
– On jest silniejszy niż myślisz – odpowiedziała mama.
Zrozumiałem wtedy, że dorośli też się boją. Że nawet mój tata – mój bohater – czasem potrzebuje pomocy.
Od tamtego dnia minęło wiele lat. Tata wyzdrowiał, ale nasza rodzina już nigdy nie była taka sama. Ja dorosłem szybciej niż moi rówieśnicy. Nauczyłem się, że odwaga to nie brak strachu – to działanie mimo strachu.
Czasem zastanawiam się: czy gdyby nie tamten dzień, byłbym dziś tym samym człowiekiem? Czy dzieci naprawdę powinny dorastać tak nagle? Co wy o tym myślicie?