Musiałam wyrzucić córkę i zięcia z domu: Gościnność, która mnie zniszczyła
– Mamo, nie przesadzaj, to tylko kilka miesięcy – usłyszałam głos mojej córki Agnieszki, gdy po raz kolejny próbowałam delikatnie zasugerować, że jej rzeczy zaczynają zajmować coraz więcej miejsca w moim mieszkaniu. Stałam w kuchni, ściskając kubek z herbatą tak mocno, że aż bolały mnie palce. Za ścianą słychać było śmiech mojego zięcia, Pawła, który najwyraźniej nie miał sobie nic do zarzucenia.
Jeszcze pół roku temu moje życie w Krakowie było spokojne, przewidywalne. Praca w bibliotece, popołudniowe spacery po Plantach, wieczory z książką. Wszystko zmieniło się w jeden deszczowy wieczór, kiedy Agnieszka zadzwoniła do drzwi z walizką i Pawłem u boku. – Mamo, Paweł stracił pracę, a ja nie mogę już dłużej wytrzymać z teściową. Możemy zostać u ciebie na chwilę? – zapytała z tym swoim błagalnym spojrzeniem, które zawsze łamało mi serce.
Oczywiście, że się zgodziłam. Przecież jestem matką. Ale nikt mnie nie przygotował na to, co miało nadejść.
Na początku wszystko wydawało się w porządku. Agnieszka pomagała mi w domu, Paweł szukał pracy. Jednak z każdym tygodniem atmosfera gęstniała. Rzeczy Agnieszki zaczęły wypierać moje – jej kosmetyki zajęły całą łazienkę, ubrania rozpychały się w mojej szafie. Paweł coraz częściej przesiadywał przed telewizorem, zostawiając brudne talerze na stole. Kiedy zwróciłam mu uwagę, tylko wzruszył ramionami: – Przecież to tylko na chwilę.
Pewnego wieczoru wróciłam zmęczona po pracy i zobaczyłam, że mój ulubiony fotel jest zajęty przez Pawła, który rozłożył się jak król. – Przepraszam, mogłabym usiąść? – zapytałam nieśmiało. – A nie możesz sobie znaleźć innego miejsca? – odburknął nawet na mnie nie patrząc. Agnieszka spojrzała na mnie z wyrzutem: – Mamo, daj spokój, Paweł miał ciężki dzień.
Zaczęłam czuć się jak intruz we własnym domu. Każda próba rozmowy kończyła się kłótnią. – Mamo, jesteś przewrażliwiona! – krzyczała Agnieszka. – To przecież twój dom, ale trochę wyrozumiałości by ci nie zaszkodziło! – dorzucał Paweł.
Pewnej nocy obudził mnie hałas w kuchni. Zeszłam na dół i zobaczyłam Pawła pijącego piwo i rozmawiającego przez telefon. – Jestem zmęczony tą starą babą – usłyszałam jego głos. Zamarłam. To o mnie mówił. Wróciłam do łóżka z płaczem.
Następnego dnia próbowałam porozmawiać z Agnieszką. – Kochanie, czuję się tu obco… Paweł mnie nie szanuje… – zaczęłam drżącym głosem. Ona tylko przewróciła oczami: – Mamo, dramatyzujesz! On jest zestresowany! Może powinnaś być bardziej otwarta?
Czułam się coraz gorzej. Przestałam spać po nocach, bałam się wracać do domu. W pracy byłam rozkojarzona, koleżanki pytały czy wszystko w porządku. W końcu przyszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam.
Była niedziela rano. Weszłam do kuchni i zobaczyłam bałagan: brudne naczynia, resztki jedzenia na stole, puste butelki po piwie. Agnieszka i Paweł jeszcze spali. Usiadłam przy stole i zaczęłam płakać. Po chwili weszła Agnieszka.
– Co się stało? – zapytała zaspana.
– Nie mogę już tak żyć – powiedziałam przez łzy. – To mój dom! Czuję się tu jak służąca! Paweł mnie obraża, ty mnie ignorujesz… Proszę was, musicie się wyprowadzić.
Agnieszka patrzyła na mnie przez chwilę w milczeniu.
– Naprawdę nas wyrzucasz? Własną córkę? – jej głos był pełen niedowierzania.
– Nie wyrzucam cię… Proszę tylko o szacunek do mojego życia i przestrzeni. Jeśli nie potraficie tego uszanować, musicie znaleźć inne miejsce.
Paweł wszedł do kuchni i bez słowa zaczął zbierać swoje rzeczy. Agnieszka płakała. Ja też płakałam.
Wyprowadzili się tydzień później. Przez kilka dni miałam wrażenie, że dom jest pusty jak nigdy dotąd. Ale potem poczułam ulgę. Zaczęłam znów spać spokojnie, wróciła mi radość z codziennych drobiazgów.
Czasem jednak budzę się w nocy i pytam sama siebie: Czy zrobiłam dobrze? Czy matczyna miłość powinna mieć granice? A może powinnam była jeszcze bardziej się poświęcić?
Czy wy też kiedyś musieliście postawić granicę najbliższym? Jak poradziliście sobie z poczuciem winy?