Nauczycielka zignorowała błagania mojego syna – dopiero gdy zemdlał, zaczęła działać. Mój gniew zmienił wszystko.
– Proszę pani, źle się czuję… – głos Tymka był cichy, ledwo słyszalny, ale w klasie panowała cisza. Nauczycielka matematyki, pani Kowalska, nawet nie podniosła wzroku znad dziennika.
– Każdy czasem się źle czuje, Tymoteuszu. Skup się na zadaniu – odpowiedziała chłodno.
Siedziałem wtedy jeszcze w pracy, nieświadomy, że za chwilę mój świat się zatrzęsie. Telefon zadzwonił nagle, przerywając monotonię biurowych rozmów. „Szkoła podstawowa nr 12” – przeczytałem na ekranie i poczułem niepokój. Odebrałem niemal natychmiast.
– Dzień dobry, panie Piotrze? Tu pielęgniarka szkolna. Pański syn, Tymoteusz, zemdlał podczas lekcji i uderzył się w głowę. Proszę przyjechać jak najszybciej.
Nie pamiętam nawet, jak znalazłem się na parkingu. W głowie miałem tylko jedno: Tymek. Mój syn, który od lat zmaga się z omdleniami. Zawsze uczyłem go, jak się chronić – jak usiąść, gdy poczuje zawroty głowy, jak prosić o pomoc. Zawsze był ostrożny. Dlaczego tym razem nie zareagował?
Wpadłem do szkoły jak burza. W gabinecie pielęgniarki zobaczyłem go bladego, z rozciętą skronią i przerażonym wzrokiem. Obok stała pani Kowalska, wyraźnie spięta.
– Tato… – wyszeptał Tymek i zobaczyłem łzy w jego oczach.
– Co się stało? – zapytałem ostro, patrząc na nauczycielkę.
Pani Kowalska zaczęła coś tłumaczyć: że nie wyglądał na chorego, że dzieci często udają… Ale wtedy Tymek przerwał jej cichym głosem:
– Prosiłem panią… mówiłem, że zaraz zemdleję…
Zacisnąłem pięści. Spojrzałem na nauczycielkę i zobaczyłem w jej oczach cień strachu. Wiedziała już, że popełniła błąd.
– Czy pani rozumie, co mogło się stać?! – podniosłem głos. – On ma problemy zdrowotne! Zawsze prosi o pomoc tylko wtedy, gdy naprawdę jej potrzebuje!
W gabinecie zrobiło się duszno od napięcia. Pielęgniarka próbowała łagodzić sytuację, ale ja już wiedziałem, że nie odpuszczę.
Zabrałem Tymka do szpitala. Siedząc przy jego łóżku na izbie przyjęć, słuchałem jego cichego szlochu.
– Tato… ona powiedziała, że przesadzam… że mam nie wymyślać…
Poczułem bezsilność i wściekłość. Przypomniałem sobie wszystkie te rozmowy o „współczesnych dzieciach”, które „symulują” choroby. Ile razy słyszałem od nauczycieli, że „trzeba być twardym”? Ile razy system edukacji ignorował indywidualne potrzeby dzieci?
Wieczorem napisałem oficjalną skargę do dyrekcji szkoły. Opisałem wszystko: ignorowanie próśb syna, brak reakcji nauczycielki, konsekwencje jej zaniedbania. Nie spałem całą noc. W głowie kłębiły mi się myśli: czy to coś zmieni? Czy ktoś wreszcie usłyszy głos rodzica?
Następnego dnia zostałem wezwany na rozmowę do dyrektorki szkoły. Pani dyrektor Nowak siedziała za biurkiem z poważną miną.
– Panie Piotrze, bardzo nam przykro z powodu tego incydentu…
– To nie był incydent – przerwałem jej stanowczo. – To była ignorancja i brak empatii ze strony nauczycielki. Mój syn mógł stracić życie!
Dyrektorka próbowała tłumaczyć się procedurami, brakiem informacji o stanie zdrowia Tymka. Ale przecież od lat dostarczaliśmy zaświadczenia lekarskie! Każdy nauczyciel miał je w dzienniku.
– Czy pani wie, jak on się teraz czuje? – zapytałem cicho. – On już nie chce wracać do szkoły.
Widziałem w jej oczach bezradność. Obiecała rozmowę z nauczycielką i szkolenie dla całego grona pedagogicznego. Ale czy to wystarczy?
W domu rozmawialiśmy długo z żoną. Była roztrzęsiona.
– Może powinniśmy przenieść Tymka do innej szkoły? – zapytała przez łzy.
– A jeśli tam będzie tak samo? – odpowiedziałem bezradnie.
Tymek przez kilka dni bał się wychodzić z domu. Każda wzmianka o szkole wywoływała u niego lęk. Widziałem, jak bardzo go to złamało.
Po tygodniu zadzwoniła do mnie pani Kowalska.
– Panie Piotrze… chciałam przeprosić… Nie powinnam była tak zareagować…
Słuchałem jej przeprosin bez emocji. Wiedziałem, że robi to z poczucia winy – może też ze strachu przed konsekwencjami.
– Proszę pamiętać: każde dziecko jest inne – powiedziałem tylko i rozłączyłem się.
Minęły dwa miesiące. Tymek wrócił do szkoły, ale już nigdy nie był taki sam. Stał się ostrożniejszy, zamknięty w sobie. Ja zaś codziennie rano patrzyłem mu w oczy i pytałem:
– Dasz radę?
On kiwał głową, ale widziałem cień niepewności.
Często zastanawiam się: ilu rodziców przeżywa to samo? Ilu nauczycieli naprawdę słucha swoich uczniów? Czy system kiedykolwiek się zmieni?
Może to właśnie my – rodzice – musimy być głosem naszych dzieci?
Czy Wy też musieliście kiedyś walczyć o bezpieczeństwo swojego dziecka? Jak poradziliście sobie z bezsilnością wobec systemu?