Nie będzie wesela – historia o wyborach, których nie da się cofnąć

– Kasiu, nareszcie wychodzisz za mąż – uśmiechnęła się mama, Ewa Kowalska, poprawiając mi włosy przed lustrem. – Cieszę się, że Wojtek cię oświadczył! Wiesz, jacy teraz faceci bywają niepoważni? Tylko imprezy w głowie, a o ślubie ani myślą. A Wojtek inny, więc trzymaj go mocno.

– Mamo, no przecież ja też niezła partia – zażartowałam, próbując rozładować napięcie. Ale w środku czułam tylko ścisk w żołądku. Ostatnie tygodnie były jak jazda bez trzymanki – suknia ślubna, sala, zaproszenia, lista gości. Wszystko działo się jakby poza mną, jakby ktoś inny planował ten dzień. Ja tylko podpisywałam się pod kolejnymi decyzjami.

Wojtek był dobry. Naprawdę dobry. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie, na imprezie u wspólnych znajomych. Zawsze był spokojny, opanowany, miał plan na życie. Pracował w banku, zarabiał dobrze, nie pił za dużo, nie miał żadnych „dziwnych” pasji. Mama powtarzała: „Taki chłopak to skarb”.

A ja? Ja chciałam czegoś więcej. Chciałam poczuć motyle w brzuchu, chciałam śmiać się do łez z kimś, kto rozumie moje żarty. Chciałam wyjechać na drugi koniec świata i nie wiedzieć, co będzie jutro. Ale przecież nie mówi się „nie” takiemu facetowi jak Wojtek. Przynajmniej tak uważała cała moja rodzina.

Siedziałam przy kuchennym stole z kubkiem kawy i patrzyłam przez okno na szare bloki Nowej Huty. Mama krzątała się po kuchni, tata czytał gazetę. W powietrzu wisiało napięcie.

– Kasiu, pamiętaj, żeby zadzwonić do cioci Basi i potwierdzić jej nocleg – rzuciła mama.

– Dobrze – odpowiedziałam automatycznie.

Wojtek napisał SMS-a: „Kochanie, wszystko gotowe na sobotę? Nie mogę się doczekać”.

Nie odpisałam od razu. Przez chwilę patrzyłam na ekran telefonu i czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy to normalne? Czy panna młoda powinna czuć taki strach?

Wieczorem przyszła Magda – moja przyjaciółka jeszcze z liceum.

– Kasiu, co jest? Wyglądasz jakbyś miała zaraz uciec przez okno.

– Bo może powinnam – szepnęłam.

Magda spojrzała na mnie uważnie.

– Ty go nie kochasz, prawda?

Zamilkłam. Nie potrafiłam odpowiedzieć. Może kocham? Może to po prostu stres przedślubny?

– Kasia… – Magda położyła mi rękę na ramieniu – jeśli nie jesteś pewna, to nie rób tego. Lepiej teraz niż za pięć lat z dwójką dzieci i rozwodem na głowie.

W nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i słyszałam głos mamy: „Taki chłopak to skarb”. Słyszałam też głos babci: „Za moich czasów nie było takich dylematów”. Słyszałam nawet głos Wojtka: „Będziemy szczęśliwi, zobaczysz”.

A ja nie widziałam siebie szczęśliwej w tym życiu.

Dzień przed ślubem przyszła do mnie mama z kieliszkiem wina.

– Kasiu… wiem, że się boisz. Każda panna młoda się boi. Ale potem jest już tylko lepiej. Zobaczysz.

Chciałam jej powiedzieć prawdę. Chciałam wykrzyczeć: „Mamo, ja nie chcę tego ślubu! Nie chcę tego życia!”. Ale tylko skinęłam głową i wypiłam wino do dna.

W dniu ślubu obudziłam się wcześnie rano. Za oknem padał deszcz. Mama biegała po domu z wałkami we włosach, tata prasował koszulę. Wszyscy byli podnieceni, tylko ja czułam się jak skazaniec prowadzony na egzekucję.

Przyszła fryzjerka, przyszła makijażystka. Wszyscy mówili: „Ale będziesz piękna panną młodą!”.

A ja patrzyłam na siebie w lustrze i widziałam kogoś obcego.

W końcu zostałyśmy same z mamą w pokoju.

– Kasiu… jesteś gotowa?

Spojrzałam jej prosto w oczy.

– Mamo… ja nie mogę tego zrobić.

Mama zamarła.

– Co ty mówisz?

– Nie mogę wyjść za Wojtka. Nie kocham go tak, jak powinnam. Przepraszam.

Przez chwilę była cisza tak gęsta, że słyszałam bicie własnego serca.

– Kasiu… wszyscy już czekają… wszystko gotowe…

– Wiem. Ale jeśli teraz wyjdę za niego tylko dlatego, że wszyscy tego chcą… to będę nieszczęśliwa do końca życia.

Mama usiadła ciężko na łóżku i zaczęła płakać.

– Jak ty mi to możesz robić? Co ludzie powiedzą? Jak ja spojrzę sąsiadom w oczy?

Poczułam się jak najgorszy człowiek na świecie. Ale wiedziałam, że muszę być szczera wobec siebie.

Wyszłam z pokoju i zadzwoniłam do Wojtka.

– Kasiu? Co się dzieje? – zapytał zaniepokojony.

– Przepraszam… ale nie mogę tego zrobić. Przepraszam cię bardzo…

Po drugiej stronie była cisza. Potem usłyszałam tylko cichy szept:

– Rozumiem…

Nie było krzyków ani wyrzutów. Tylko smutek i rozczarowanie.

Wróciłam do pokoju i zobaczyłam mamę siedzącą wśród białych róż i welonów. Tata stał w drzwiach i patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Kasia… czy ty wiesz, co robisz?

– Wiem, tato. Po raz pierwszy w życiu wiem dokładnie, czego chcę.

Wyszłam z domu w sukience codziennej, bez makijażu i fryzury. Deszcz padał coraz mocniej. Szłam przez pustą ulicę i czułam się wolna jak nigdy wcześniej.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, czy kiedyś mi wybaczą. Ale wiem jedno: lepiej być samotną niż żyć cudzym życiem.

Czy naprawdę musimy spełniać oczekiwania innych kosztem własnego szczęścia? Ile razy jeszcze pozwolimy rodzinie decydować za nas? Ciekawa jestem, ilu z was miało odwagę powiedzieć „nie” wtedy, gdy wszyscy oczekiwali „tak”…