„Nie jestem opiekunką” — usłyszałam przy stole i wiedziałam, że moje życie właśnie się łamie
— Nie jestem opiekunką — wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Marek odłożył łyżkę na talerz. Ten dźwięk był jak wyrok.
— Kasia, mam dla ciebie nie najlepsze wiadomości. Z mamą jest naprawdę źle. Ma już osiemdziesiąt lat. Nie radzi sobie sama. Potrzebuje stałej opieki.
Wytarłam ręce w ścierkę, jakbym mogła zetrzeć z nich strach.
— Bałam się… Rozmawiałeś z Jackiem? — zapytałam. — Chyba będziemy musieli znaleźć opiekunkę. Sami…
Marek nie odpowiedział od razu. Spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie powinien powiedzieć „oczywiście, że ja”.
— Jacek mówi, że nie może. Ma dzieci, pracę, kredyt. — przerwał, jakby to było usprawiedliwienie, a nie wymówka. — A ty… ty masz tę swoją pracę zdalną. Dałabyś radę.
— „Tę swoją” — powtórzyłam cicho. — Marek, ja pracuję normalnie. Mam terminy. Spotkania. Szefa.
— No ale jesteś w domu.
— W domu, bo pracuję. Nie „siedzę”.
Telefon zadzwonił, jakby ktoś stał pod drzwiami i podsłuchiwał. Mama Marka, Helena. Marek włączył głośnik.
— Mareczku… — jej głos był cienki, urywany. — Ja się boję wstawać. W nocy upadłam. Nie mów Kasi, żeby się nie martwiła, bo ja… ja już nie umiem sama.
Zacisnęłam palce na blacie. Zrobiło mi się wstyd. Nie za nią. Za siebie.
— Pojadę jutro — powiedział Marek szybko. — Jutro przyjedziemy.
„Przyjedziemy”. To słowo usiadło między nami jak ciężki mebel.
Następnego dnia w mieszkaniu Heleny pachniało starym mydłem i lekami. Na stole stała zupa w słoiku. W lodówce kartka: „Dziękuję, że kupiłaś chleb. Sąsiadka”.
Helena leżała na kanapie, przykryta kocem.
— Kasieńko… — wyciągnęła rękę. — Ty masz takie dobre serce.
— Dzień dobry, mamo — powiedziałam, bo tak wypadało. Bo tak się mówi.
Marek od razu zaczął przestawiać rzeczy.
— Trzeba będzie poręcze w łazience. I łóżko medyczne. — mówił głośno, pewnie. — Kasia, ty byś tu mogła zostać w tygodniu. Ja będę dojeżdżał.
— Ja? — odwróciłam się do niego. — Marek, ja mam życie.
Wtedy weszła sąsiadka, Danuta, bez pukania.
— O, jesteście. No nareszcie. — spojrzała na mnie od góry do dołu. — Kasia, ty młoda, to ci łatwiej. I kobieta, wiadomo. Starsza osoba… to trzeba umieć.
— Danuta… — Marek próbował się uśmiechnąć.
— Co „Danuta”. — machnęła ręką. — Ja już swoje zrobiłam. Swoją matkę nosiłam na rękach. Teraz wasza kolej.
„Wasza”. Ale ja wiedziałam, że to znaczy „moja”.
Wieczorem wróciliśmy do domu. Marek położył na stole kartkę.
— W pracy mogę wziąć dwa tygodnie urlopu opiekuńczego. Potem… potem trzeba to jakoś ułożyć.
— Jakoś, czyli jak? — zapytałam.
— Kasia, nie przesadzaj. To moja mama.
— Właśnie. Twoja.
Zamilkł. Wstał, podszedł do okna.
— Jak ty to sobie wyobrażasz? Zostawimy ją? Sama? — głos mu pękł. — Jak umrze, a my…
— A jak ja umrę w środku? — odpowiedziałam odruchowo.
Trzeciego dnia zadzwonił Jacek. Marek znów włączył głośnik.
— Słuchaj, Marek, ja nie dam rady. Serio. U mnie Sajmon… — urwał i poprawił się szybko, jakby się przestraszył własnego słowa. — U mnie dzieci chore. W pracy urwanie. Kasia przecież może.
— Jacek, ja słyszę — powiedziałam.
Zapadła cisza. Potem westchnienie.
— Kasia, no nie bądź taka. Rodzina to rodzina.
— Rodzina to też odpowiedzialność po równo — ucięłam.
Po tej rozmowie Marek nie patrzył mi w oczy.
— Wiesz, co ludzie powiedzą? — rzucił w końcu.
— Wiem — odpowiedziałam. — Powiedzą, że jestem wyrodna.
— Nie powiedzą.
— Powiedzą. Już mówią.
I rzeczywiście. Następnego dnia zadzwoniła moja mama, Grażyna.
— Kasia, Marek do mnie dzwonił. — jej ton był spokojny, ale czułam w nim napięcie. — On jest w rozsypce. Ty też musisz zrozumieć. Teściowa… to jak matka.
— Mamo, ja nie mam siły. — głos mi drżał. — Ja nie umiem myć kogoś, kto płacze ze wstydu. Nie umiem patrzeć, jak ktoś znika. I nie chcę, żeby wszyscy uznali, że to moje „naturalne”.
— A co, jak ty będziesz kiedyś stara? — zapytała.
— Właśnie dlatego — szepnęłam. — Żeby moje życie nie było rachunkiem do spłacenia.
Pojechałam do Heleny sama. Marek został „załatwiać sprawy”. W mieszkaniu było cicho. Helena siedziała na krześle, w płaszczu, jakby gotowa do wyjścia, choć nie wychodziła od tygodni.
— Kasieńko, ja nie chcę być ciężarem — powiedziała od razu. — Oni się kłócą przeze mnie, ja to słyszę. W nocy słyszę wszystko.
— To nie twoja wina — odpowiedziałam.
— A czyja? — uśmiechnęła się krzywo. — W Polsce zawsze jest czyjaś.
Usiadłam naprzeciwko niej.
— Mamo… Helena. Ja nie dam rady tu zamieszkać. Nie umiem ci tego powiedzieć ładnie.
Jej oczy zaszkliły się, ale nie płakała.
— Ja wiedziałam. — skinęła głową. — Ty jesteś dobra, ale dobra to nie znaczy, że masz się poświęcić.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystkie pretensje.
— Ja chcę pomóc inaczej — powiedziałam szybko. — Załatwię opiekę. Pójdę do MOPS-u. Znajdę pielęgniarkę środowiskową. Zrobimy grafik. Jacek też musi. Marek też.
Helena westchnęła.
— Oni zawsze liczą, że kobieta „ogarnie”.
— Właśnie dlatego muszę powiedzieć „nie” — wyszeptałam.
Tego samego wieczoru postawiłam przed Markiem granicę jak ścianę.
— Albo robimy to razem i sprawiedliwie, z pomocą opiekunki i instytucji, albo ja odchodzę. — powiedziałam. Krótko. Bez płaczu. — Nie po to całe życie walczyłam o swoje, żeby teraz stać się czyimś obowiązkiem.
Marek długo milczał. Potem usiadł i schował twarz w dłonie.
— Boję się, że mnie znienawidzą — powiedział.
— Ja już jestem na tej liście — odpowiedziałam. — Ale wolę, żeby znienawidzili mnie za prawdę, niż żebym znienawidziła ciebie za to, że mnie w to wcisnąłeś.
Nazajutrz pojechaliśmy do Heleny razem. Marek zadzwonił do Jacka przy niej.
— Przyjeżdżasz w weekend. Nie pytam. Informuję. — powiedział twardo.
Jacek burknął coś o pracy.
— To weź wolne. Jak ja. — Marek spojrzał na mnie i pierwszy raz od tygodnia w jego oczach nie było oczekiwania, tylko wstyd. — Mama to nie jest sprawa Kasi.
Helena odwróciła głowę, żeby nie było widać łez.
Opiekunkę znaleźliśmy po dwóch tygodniach. Nie „idealną”. Zmęczoną, zwyczajną kobietę, Beatę, która powiedziała wprost:
— Ja mogę przychodzić, ale rodzina musi być. To nie jest hotel.
I to było uczciwe.
Wciąż jest trudno. Wciąż słyszę w sklepie szept Danuty. Wciąż czuję ukłucie, kiedy ktoś mówi: „A ty to masz dobrze, w domu siedzisz”. Ale już nie przepraszam za to, że nie oddałam siebie w całości.
Czasem myślę, że w Polsce najłatwiej jest być „dzielną”. Najtrudniej — być sprawiedliwą.
A wy? Gdzie kończy się obowiązek wobec rodziny, a zaczyna ratowanie samej siebie? Czy da się kochać i nie zniknąć przy tym?