„Nie ma powrotu do wczoraj” – historia Marii z podwarszawskiej wsi, która musiała wybrać między lojalnością wobec rodziny a własnym szczęściem
– Znowu wróciłaś po północy? – głos ojca rozdarł ciszę kuchni jak bat. Stał w drzwiach, oparty o framugę, z twarzą napiętą jak struna. – Gdzie byłaś, Maria?
Zamarłam z ręką na klamce. W powietrzu czuć było jeszcze zapach świeżo skoszonego siana i dymu z pieca. Matka siedziała przy stole, dłubiąc w starym swetrze. Nie patrzyła na mnie, ale widziałam, jak drżą jej palce.
– Byłam u Ani – skłamałam, spuszczając wzrok. – Pomagałam jej przy dziecku.
Ojciec prychnął. – U Ani? O tej porze? Myślisz, że jestem głupi? Widziałem cię z tym chłopakiem spod lasu. Znowu z nim byłaś?
Nie odpowiedziałam. W głowie dudniło mi od zmęczenia i strachu. Wiedziałam, że jeśli powiem prawdę, będzie gorzej. Ale kłamstwo już nie wystarczało.
– Maria, dość tego – matka podniosła głos, co zdarzało się rzadko. – Jesteś naszą jedyną córką. Gospodarstwo nie utrzyma się samo. Ojciec nie ma już siły orać pola, a twój brat wyjechał do Anglii i nawet nie pisze. Ty musisz tu zostać.
Zacisnęłam pięści tak mocno, że aż zabolały mnie knykcie. – A co ze mną? – wyszeptałam. – Czy ja się nie liczę?
Ojciec podszedł bliżej, jego twarz była czerwona od gniewu. – Ty? Ty masz obowiązki! My cię wychowaliśmy, daliśmy ci wszystko! Teraz twoja kolej się odwdzięczyć!
Wybiegłam z kuchni, trzaskając drzwiami. W ogrodzie pachniało nocą i wilgocią. Usiadłam na ławce pod jabłonią i rozpłakałam się jak dziecko.
Od miesięcy czułam się jak w pułapce. Każdy dzień był taki sam: wstawanie o świcie, karmienie kur, praca w polu, gotowanie dla wszystkich. Wieczorami wymykałam się do lasu, gdzie czekał na mnie Michał – chłopak z sąsiedniej wsi, który marzył o życiu w mieście. Przy nim czułam się wolna.
– Uciekniemy stąd kiedyś – szeptał mi do ucha. – Pojedziemy do Warszawy albo nawet dalej. Znajdziemy pracę, wynajmiemy pokój…
Ale ja wiedziałam, że to nie takie proste. Ojciec nigdy by mi nie wybaczył. Matka pewnie by się rozchorowała ze zgryzoty. A jednak każda noc spędzona z Michałem była jak łyk świeżego powietrza.
Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Był początek września, żniwa już za nami, a pola leżały puste i złote w popołudniowym słońcu. Wróciłam wcześniej do domu i usłyszałam przez uchylone drzwi rozmowę rodziców.
– Ona nie wytrzyma tu długo – mówiła matka cicho. – Widzisz, jak patrzy na nią ten Michał? Może lepiej pozwolić jej odejść…
– Nigdy! – syknął ojciec. – Nie po to harowałem całe życie! Jak odejdzie, wszystko przepadnie.
Wtedy podjęłam decyzję. Wieczorem spakowałam kilka rzeczy do starej torby: zdjęcie brata z Anglii, książkę pożyczoną od Michała i sweter matki. Napisałam krótki list:
„Mamo, Tato,
Przepraszam. Muszę spróbować żyć po swojemu. Kocham Was.
Maria”
Wyszłam z domu po cichu, mijając śpiące psy i skrzypiącą furtkę. Michał czekał na mnie przy drodze.
– Jesteś pewna? – zapytał szeptem.
– Nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Ale jeśli zostanę, będę żałować do końca życia.
Ruszyliśmy pieszo do stacji kolejowej w miasteczku oddalonym o kilka kilometrów. Pociąg do Warszawy odjeżdżał o świcie.
Pierwsze dni w stolicy były jak sen i koszmar jednocześnie. Wynajęliśmy pokój u starszej pani na Pradze; ściany były cienkie jak papier, a za oknem słychać było tramwaje i krzyki dzieci bawiących się na podwórku.
Michał szybko znalazł pracę na budowie, ja zaczęłam sprzątać biura i mieszkania bogatych ludzi na Mokotowie. Każdego dnia wracałam zmęczona do granic możliwości, z obolałymi plecami i popękanymi dłońmi.
Czasem płakałam po nocach z tęsknoty za domem: za zapachem chleba pieczonego przez matkę, za ciszą pól o świcie, nawet za gniewnym głosem ojca.
Z czasem zaczęły się kłótnie z Michałem. On chciał więcej: mówił o własnym mieszkaniu, o dzieciach, o stabilizacji. Ja czułam się coraz bardziej zagubiona.
– Po co uciekaliśmy? – pytał pewnego wieczoru, gdy wróciłam późno z pracy.
– Żeby być wolni – odpowiedziałam cicho.
– A czujesz się wolna?
Nie odpowiedziałam.
Któregoś dnia dostałam list od matki:
„Maria,
Ojciec jest chory. Nie wiem, co robić bez Ciebie. Proszę, wróć choć na chwilę.
Mama”
Serce mi pękło. Michał powiedział tylko:
– Jeśli wrócisz tam teraz, już nie wrócisz do mnie.
Wybrałam rodzinę.
Powrót był bolesny i upokarzający. Ojciec leżał w łóżku blady i słaby; nie patrzył mi w oczy przez pierwsze dni. Matka tuliła mnie bez słowa.
Przez kolejne miesiące opiekowałam się ojcem: zmieniałam mu opatrunki na nogach, gotowałam rosół, sprzątałam dom i pole. Michał przestał pisać po kilku tygodniach ciszy.
Którejś nocy usiadłam przy oknie i patrzyłam na księżyc nad stodołą. Czułam się pusta jak nigdy dotąd.
Czy można kochać rodzinę i jednocześnie siebie? Czy zawsze musimy wybierać między lojalnością a własnym szczęściem?
Czasem myślę: gdybym wtedy została w Warszawie… Czy byłabym dziś szczęśliwsza? Czy można naprawdę zacząć od nowa?
A Wy? Czy mieliście kiedyś odwagę postawić wszystko na jedną kartę?