Sprzedał krew, żebym mogła studiować. Dziś zarabiam sto tysięcy miesięcznie i nie dałam mu ani grosza

— Otwórz, Anka. To ja — usłyszałam przez drzwi, zanim zdążyłam odłożyć telefon na blat.

Głos był zachrypnięty, jakby ktoś przejechał po nim papierem ściernym. Zamarłam z dłonią na klamce. W mieszkaniu pachniało świeżo mieloną kawą i drogimi perfumami, które kupiłam sobie w nagrodę po podpisaniu kolejnego kontraktu. Na ekranie laptopa migał arkusz z liczbami, a w nim moje miesięczne wpływy — takie, o jakich kiedyś nawet nie śmiałam mówić na głos. Sto tysięcy. A za drzwiami stał ktoś, kto pachniał przeszłością.

— Anka, proszę… — głos zadrżał. — Nie będę długo.

Serce uderzyło mi w żebra. Przez sekundę miałam ochotę udawać, że mnie nie ma. Że wyszłam. Że to pomyłka. Ale on znał mój adres. Skąd? Przecież zmieniłam miasto, pracę, znajomych, nawet sposób mówienia. Z dziewczyny z blokowiska w Radomiu stałam się kobietą z Warszawy, która mówi „deadline” i „brief”, a nie „termin” i „zlecenie”.

Otworzyłam.

Stał w półmroku klatki schodowej, w kurtce za cienkiej na luty, z czapką w rękach. Marek. Mój ojciec. Tylko że słowo „ojciec” brzmiało jak coś, co powinno mieć ciepło, a ja czułam wyłącznie zimno.

— Cześć — powiedział, jakbyśmy widzieli się wczoraj, a nie… ile? Dziesięć lat? Jedenaście?

Patrzył na mnie uważnie, jakby szukał w mojej twarzy tamtej dziewczyny z warkoczem i popękanymi dłońmi od zimna. Ja szukałam w nim człowieka, który kiedyś potrafił zrobić coś tak desperackiego, że do dziś nie umiem tego unieść.

— Skąd masz adres? — zapytałam ostro, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

— Od ciotki Iwony. — Przełknął ślinę. — Nie chciała mi dać, ale… powiedziałem, że to ważne.

— Dla ciebie zawsze jest „ważne”.

Widziałam, jak zaciska palce na czapce. Miał spękane paznokcie, skórę jak papier. Kiedyś te dłonie pachniały smarem i metalem, bo pracował w warsztacie. Potem pachniały wódką. A jeszcze później… krwią.

— Mogę wejść? — zapytał cicho.

Nie odpowiedziałam od razu. W mojej głowie przewijały się obrazy: ja w kuchni w Radomiu, przy stole z ceratą w kwiaty, mama Ewa licząca drobne, ja z listem z uczelni w ręku, a on stojący w drzwiach, blady jak ściana.

„Przyjęli mnie” — powiedziałam wtedy, a w środku paliło mnie szczęście.

Mama płakała, ale to nie były łzy radości. To były łzy strachu.

— Anka, skąd my weźmiemy na akademik? Na bilety? Na książki? — szeptała.

A Marek wtedy tylko skinął głową, jakby już podjął decyzję.

Następnego dnia zniknął na kilka godzin. Wrócił z opatrunkiem na zgięciu łokcia i z kopertą.

— Co to? — zapytałam.

— Pieniądze. — Usiadł ciężko. — Sprzedałem krew.

Mama krzyknęła. Dosłownie krzyknęła, jakby ktoś ją uderzył.

— Zwariowałeś?! — rzuciła się do niego. — Ty masz wrzody, ty nie możesz!

— Mogę. — Jego głos był twardy. — Dali mi za to. Starczy na pierwszy miesiąc.

Pamiętam, jak patrzyłam na tę kopertę, jakby była czymś brudnym. Jakby była zrobiona z jego żył.

— Tato… — wyszeptałam.

— Nie „tato”. — Spojrzał na mnie ostro. — Masz się uczyć. Masz stąd wyjść. Nie będziesz jak my.

Wtedy jeszcze wierzyłam, że to jest miłość. Że to jest poświęcenie. Że to jest początek nowego życia.

A potem przyszły kolejne koperty. I kolejne opatrunki. I jego coraz bardziej zapadnięte policzki.

— Marek, przestań! — błagała mama. — To nie jest normalne!

— Normalne jest to, że nie mamy na rachunki — warczał. — Normalne jest to, że Anka ma szansę.

Tylko że z czasem „sprzedałem krew” przestało być jednorazowym aktem desperacji. Stało się jego wymówką na wszystko. Na to, że nie szukał stałej pracy. Na to, że znikał na całe noce. Na to, że wracał pijany i rzucał w ścianę talerzem.

— Ja dla ciebie krew oddaję! — krzyczał, kiedy prosiłam, żeby przestał pić.

— Nikt cię o to nie prosił! — krzyczałam ja, a potem płakałam w poduszkę, bo czułam się jak potwór.

Kiedy wyjechałam na studia do Warszawy, miałam w kieszeni stypendium socjalne, kilka banknotów od mamy i ciężar, którego nie umiałam nazwać. W akademiku dziewczyny narzekały na współlokatorki, na kolejki do łazienki, na nudne wykłady. Ja narzekałam w ciszy, bo wstydziłam się powiedzieć, że mój ojciec sprzedaje krew, żebym mogła kupić podręcznik.

Na pierwszym roku dzwonił często.

— Jak tam, studentko? — mówił z udawaną wesołością.

— Dobrze — odpowiadałam.

— Ucz się. Pamiętaj, kto ci to umożliwił.

To zdanie wbijało mi się pod skórę jak drzazga.

Potem zaczęły się telefony od mamy.

— Anka, on znowu… — szeptała. — Znowu przepił wypłatę. Znowu awantura. Ja już nie mam siły.

— Mamo, odejdź od niego — mówiłam.

— A dokąd ja pójdę? — płakała.

W drugim roku Marek przestał dzwonić. Zniknął. Mama powiedziała, że wyjechał „za robotą” do Niemiec, ale ja wiedziałam, że to kłamstwo. Po prostu uciekł. Zostawił ją z długami, z rachunkami, z wstydem przed sąsiadami.

Kiedy wróciłam na święta, w mieszkaniu było zimno. Mama siedziała w swetrze, z rękami owiniętymi w koc.

— Nie mam na opał — powiedziała bez wstępu.

— A on? — zapytałam.

— Nie wiem, gdzie jest. — Wzruszyła ramionami, jakby mówiła o pogodzie.

Wtedy coś we mnie pękło. Wzięłam dodatkową pracę. Kelnerka, korepetycje, nocne zmiany w call center. Uczyłam się w tramwaju, jadłam zupki chińskie, spałam po trzy godziny. I obiecałam sobie, że nigdy więcej nie będę nikomu nic winna.

Po studiach dostałam pracę w dużej firmie. Potem awans. Potem kolejny. Zaczęłam zarabiać tyle, że mogłam wysłać mamie pieniądze bez zastanowienia. Kupiłam jej nową pralkę, opłaciłam dentystę, w końcu pomogłam jej wynająć małe mieszkanie, kiedy wreszcie zdecydowała się odejść.

— A Marek? — pytała czasem.

— Nie chcę o nim słyszeć — odpowiadałam.

I naprawdę nie chciałam. Bo kiedy myślałam o nim, widziałam nie tylko opatrunek na ręce i kopertę. Widziałam też jego pięść uderzającą w stół. Słyszałam, jak mówi do mamy: „Jesteś nikim”. Czułam zapach wódki i strach.

Aż do dziś.

Stał w moich drzwiach, a ja czułam, jak w gardle rośnie mi gula.

— Wejdź — powiedziałam w końcu, bardziej z automatu niż z chęci.

Wszedł niepewnie, jak ktoś, kto boi się dotknąć cudzych rzeczy. Rozejrzał się po mieszkaniu: jasne ściany, duże okna, książki ułożone kolorami, ekspres do kawy, który kosztował więcej niż nasza stara lodówka.

— Ładnie tu — mruknął.

— Po co przyszedłeś? — zapytałam, nie proponując mu nawet herbaty.

Usiadł na brzegu kanapy, jakby nie zasługiwał na więcej miejsca.

— Nie będę owijał w bawełnę — zaczął. — Potrzebuję pieniędzy.

Zaśmiałam się krótko, bez humoru.

— Oczywiście.

— Anka… — spojrzał na mnie błagalnie. — Ja wiem, że zawaliłem. Wiem. Ale… jestem chory.

— Każdy jest chory, kiedy potrzebuje pieniędzy.

— Nie, ja naprawdę. — Podwinął rękaw. Na przedramieniu miał ślady po wkłuciach, stare i nowe. Skóra była sina. — Nerki. Dializy. Nie mam na leki.

Patrzyłam na te ślady i czułam, jak wraca tamten obraz: koperta na stole, mama krzycząca, ja z listem z uczelni.

— Sprzedawałeś krew — powiedziałam cicho.

— Sprzedawałem. — Skinął głową. — Dla ciebie.

To „dla ciebie” zabrzmiało jak oskarżenie.

— Nie tylko dla mnie — syknęłam. — Dla siebie też. Żebyś mógł potem pić i znikać.

— Nie rozumiesz… — zaczął.

— Rozumiem aż za dobrze. — Poczułam, że drżą mi ręce. — Wiesz, ile razy mama płakała przeze mnie? Bo myślała, że to jej wina, że ty się staczasz? Wiesz, ile razy ja się zastanawiałam, czy gdybym nie poszła na studia, to ty byś… nie wiem… został? Był normalny?

Marek spuścił wzrok.

— Ja wtedy chciałem dobrze.

— A potem? — zapytałam. — Potem też chciałeś dobrze, kiedy ją zostawiłeś z długami? Kiedy nie odbierałeś telefonu? Kiedy ja wysyłałam ci wiadomości, a ty milczałeś?

— Bałem się — wyszeptał.

— Czego? Odpowiedzialności?

Milczał. W mieszkaniu było słychać tylko szum miasta za oknem.

— Ile? — zapytałam w końcu, bo część mnie chciała mieć to już za sobą.

— Dziesięć tysięcy — powiedział szybko, jakby bał się, że zmienię zdanie.

Dziesięć tysięcy. Dla mnie to była kwota, którą wydawałam na weekendowy wyjazd. A jednak poczułam, jakby prosił mnie o serce.

— Nie dam ci — powiedziałam.

Podniósł głowę gwałtownie.

— Co?

— Nie dam ci ani grosza.

— Anka… — jego głos się załamał. — Ja… ja oddałem krew.

— A ja oddałam dzieciństwo — odpowiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać. — Oddałam spokój. Oddałam mamie lata, których już nie odzyska. I wiesz co? Ja cię nie prosiłam o tę krew. To była twoja decyzja. A potem używałeś jej jak bata.

Wstał, chwiejnie.

— Czyli tak? — zapytał, a w jego oczach pojawiła się złość, ta sama, którą pamiętałam z kuchni w Radomiu. — Dorobiłaś się i teraz masz mnie gdzieś.

— Nie. — Poczułam, że łzy napływają mi do oczu, ale nie pozwoliłam im spaść. — Ja po prostu nie chcę już być zakładniczką twoich wyborów.

— To ja jestem zakładnikiem! — krzyknął. — Ja umieram!

— A mama? — zapytałam cicho. — Ona też umierała, tylko powoli. Ze wstydu, ze strachu, z samotności. Gdzie wtedy byłeś?

Zamilkł. Patrzył na mnie długo, jakby próbował znaleźć w mojej twarzy litość. Nie znalazł.

— Dobrze — powiedział w końcu, głosem pustym. — Rozumiem.

Nie wierzyłam mu. Marek nigdy nie rozumiał. On tylko przechodził do następnej roli: ofiary.

Podszedł do drzwi, założył czapkę. Zatrzymał się jeszcze na chwilę.

— Wiesz… — zaczął. — Ja naprawdę byłem dumny, jak dostałaś się na studia.

To zdanie uderzyło mnie mocniej niż krzyk. Bo w nim było coś prawdziwego. Coś, co mogło być początkiem innej historii.

— Ja też byłam dumna — odpowiedziałam szeptem. — I dlatego tak boli.

Wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho, a ja stałam w przedpokoju, jakbym nagle nie umiała oddychać. Przez chwilę miałam ochotę pobiec za nim, wcisnąć mu pieniądze do ręki, powiedzieć: „Masz, tylko zniknij, nie wracaj”. Ale nie ruszyłam się.

Zadzwoniłam do mamy.

— Mamo… był u mnie Marek.

Po drugiej stronie zapadła cisza, ciężka jak kamień.

— I co? — zapytała w końcu.

— Chciał pieniędzy. Nie dałam.

Usłyszałam jej oddech, urywany.

— Anka… — powiedziała cicho. — Ja nie wiem, co jest dobre. Ja już nie mam siły oceniać.

— Ja też nie wiem — przyznałam, a głos mi zadrżał. — Ale wiem, że jak mu dam, to znowu będę tą dziewczyną, która stoi nad kopertą i czuje, że musi zapłacić za cudze decyzje.

— A jeśli on naprawdę jest chory? — zapytała.

To pytanie zawisło między nami jak nóż.

— To niech idzie do opieki społecznej. Niech idzie do MOPS-u. Niech… nie wiem. — Mówiłam szybko, jakbym chciała zagadać własne sumienie. — Ja nie mogę.

— Rozumiem — szepnęła mama, ale w jej głosie nie było pewności.

Po rozmowie usiadłam na podłodze w salonie. Patrzyłam na swoje dłonie, zadbane, z manicure. Pomyślałam o jego dłoniach, spękanych, z sinymi śladami. Pomyślałam o tym, że sto tysięcy miesięcznie nie kupi mi spokoju, jeśli w środku nadal jestem tam, w Radomiu, przy stole z ceratą.

I nagle dotarło do mnie coś jeszcze: że moja odmowa nie była tylko karą dla niego. Była też próbą ocalenia siebie. Tylko czy mam do tego prawo, jeśli ktoś kiedyś naprawdę oddał dla mnie krew?

Nie wiem, czy zrobiłam dobrze. Wiem tylko, że kiedy zamknęłam drzwi, poczułam ulgę… a zaraz potem wstyd, który palił jak gorączka.

Czy wdzięczność ma termin ważności, jeśli była okupiona przemocą i strachem? A jeśli ktoś raz sprzedał dla mnie krew, to czy ja do końca życia muszę płacić za jego wybory?