Syn wyjechał, a ja zostałam sama – czy naprawdę na to zasłużyłam?
Telefon dzwonił już trzeci raz tego wieczoru, a ja wpatrywałam się w ekran, na którym wciąż widniało: „Brak odpowiedzi”. Paweł nie odbierał. Znowu. Przez chwilę miałam ochotę rzucić telefon na stół i udawać, że wcale mi na tym nie zależy, ale przecież to nieprawda. Zawsze byłam silna, zawsze powtarzałam: „Macie swoje życie, korzystajcie z niego. Ja sobie poradzę”. Ale czy naprawdę sobie radzę?
Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu Paweł wracał z uczelni, rzucał plecak na krzesło i opowiadał mi o nowych projektach, o kolegach, o tym, jak bardzo chce coś osiągnąć. Był moją dumą. Nigdy nie sprawiał problemów, pomagał w domu, był uprzejmy, troskliwy. Gdy poznał Magdę, cieszyłam się razem z nim. Była miła, uśmiechnięta, wydawała się rozsądna. Zaprosiłam ją na obiad, starałam się być serdeczna, choć czułam, że coś między nami nie gra. Może to była zazdrość? Może podświadomie wiedziałam, że od tej pory będę musiała dzielić się synem?
Ich ślub był piękny, choć czułam się trochę jak widz na własnym przedstawieniu. Paweł był szczęśliwy, a ja powtarzałam sobie, że to najważniejsze. Po weselu powiedzieli mi, że planują wyjazd do Niemiec. Magda dostała tam pracę, a Paweł miał nadzieję znaleźć coś w swoim zawodzie. Uśmiechałam się i gratulowałam, choć w środku czułam, jakby ktoś wyrywał mi serce. „To tylko kilka godzin drogi, będziemy w kontakcie”, zapewniał mnie syn. Wierzyłam mu. Chciałam wierzyć.
Na początku rzeczywiście dzwonił często. Opowiadał o nowym mieszkaniu, o pracy, o tym, jak trudno jest się odnaleźć w obcym kraju. Magda czasem wtrącała się do rozmowy, pytała, jak się czuję, czy nie potrzebuję pomocy. Ale z czasem te rozmowy stawały się coraz rzadsze. Najpierw raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie. Teraz mijają miesiące, a ja słyszę tylko sygnał oczekiwania.
Wczoraj spotkałam sąsiadkę, panią Zofię. „Co u Pawła? Dawno go nie widziałam”, zapytała. Uśmiechnęłam się blado. „Dobrze, pracuje za granicą, wie pani, młodzi muszą szukać szczęścia”. Nie powiedziałam jej, że nie mam pojęcia, co u niego. Że nie wiem, czy jest szczęśliwy, czy zdrowy, czy nie potrzebuje pomocy. Że czuję się jak ktoś niepotrzebny, jak mebel, który został w pustym mieszkaniu.
Wieczorami siadam przy stole, patrzę na zdjęcia Pawła z dzieciństwa. Przypominam sobie, jak uczył się jeździć na rowerze, jak płakał, gdy rozbił kolano, jak tulił się do mnie, gdy miał koszmary. Czy naprawdę wszystko to już minęło? Czy matka jest potrzebna tylko wtedy, gdy dziecko jest małe, bezradne?
Czasem próbuję tłumaczyć Pawła. Może jest zajęty, może Magda nie chce, żeby dzwonił do matki za często. Może nie chce, żeby wracał do Polski, bo tu nie ma przyszłości. Ale czy to naprawdę powód, żeby zapomnieć o własnej matce? Przecież nie jestem z tych, które wtrącają się w życie dzieci. Nigdy nie dzwoniłam codziennie, nie wypytywałam o wszystko, nie narzucałam się. Chciałam być nowoczesną matką, dać mu wolność, której sama nie miałam.
Ostatnio próbowałam zadzwonić do Magdy. Odebrała po kilku sygnałach. „Dzień dobry, pani Aniu”, powiedziała chłodno. „Paweł jest w pracy, oddzwoni później”. Nie oddzwonił. Zastanawiam się, czy to ona go odciąga ode mnie, czy może sam nie chce już ze mną rozmawiać. Może wstydzi się, że nie odniósł sukcesu, że nie wszystko układa się tak, jak planował? Może nie chce mnie martwić?
Czuję się coraz bardziej samotna. Przyjaciele mają swoje rodziny, wnuki, spotykają się na imieninach, świętach. Ja spędzam święta sama. W Wigilię nakrywam do stołu dla trzech osób, choć wiem, że nikt nie przyjdzie. W zeszłym roku zadzwonił tylko na chwilę, złożył życzenia, powiedział, że są zajęci, że może w przyszłym roku przyjadą. Minął kolejny rok, a ja wciąż czekam.
Czasem myślę, że może powinnam była być bardziej stanowcza, bardziej obecna w jego życiu. Może powinnam była powiedzieć mu, jak bardzo mi go brakuje, jak bardzo boli mnie ta cisza. Ale przecież nie chcę być ciężarem. Nie chcę, żeby dzwonił z poczucia obowiązku. Chcę, żeby pamiętał, że jestem, że czekam, że zawsze może na mnie liczyć.
Ostatnio zaczęłam pisać do niego listy. Nie wysyłam ich, chowam do szuflady. Piszę o tym, co się dzieje w domu, o tym, jak zakwitły moje ulubione róże, jak bardzo brakuje mi jego śmiechu. Może kiedyś je przeczyta. Może zrozumie, że matka nigdy nie przestaje kochać, nawet jeśli dziecko jest daleko.
Wczoraj w nocy nie mogłam zasnąć. Przypomniałam sobie, jak Paweł miał pięć lat i zgubił się w sklepie. Szukałam go z rozpaczą, a kiedy go znalazłam, płakał i tulił się do mnie. „Mamo, już nigdy cię nie zostawię”, powiedział wtedy. Czy dzieci naprawdę zapominają o takich słowach? Czy dorosłość musi oznaczać samotność dla tych, którzy ich wychowali?
Może powinnam pojechać do Niemiec, stanąć pod ich drzwiami i zapytać wprost: „Czy jeszcze jestem wam potrzebna?” Ale wiem, że tego nie zrobię. Zostanę tu, w naszym domu, z nadzieją, że kiedyś zadzwoni, powie: „Mamo, tęsknię”.
Czasem pytam siebie: czy to ja popełniłam błąd, pozwalając mu odejść? Czy można być dobrą matką i jednocześnie nie czuć się opuszczoną? Może to właśnie jest cena miłości – pozwolić odejść, nawet jeśli serce pęka z tęsknoty. Czy ktoś z was czuł się kiedyś tak samo? Czy naprawdę na to zasłużyłam?