To ja, Krystyna, wyprowadziłam się z domu. Chcę wreszcie oddychać pełną piersią.
– Krystyna, czy ty naprawdę zamierzasz to zrobić? – głos mojego męża, Andrzeja, drżał z niedowierzania. Stałam w przedpokoju naszego mieszkania na Jeżycach, trzymając w ręku walizkę. W powietrzu unosił się zapach jego ulubionej kawy, którą parzył każdego wieczoru, jakby nic się nie zmieniło. Ale wszystko już było inne.
Miałam sześćdziesiąt dwa lata i po raz pierwszy od czterdziestu lat czułam, że oddycham. Przez dekady byłam żoną, matką, babcią, księgową w lokalnej firmie. Zawsze dla innych – dla Andrzeja, dla dzieci, dla wnuków. Moje potrzeby były gdzieś na końcu tej listy. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz kupiłam sobie coś tylko dlatego, że miałam na to ochotę. Zawsze liczyły się rachunki, obiady, porządek w domu i spokój Andrzeja.
– Krystyna, przecież my już nie mamy po co się rozstawać. Po tylu latach? – Andrzej próbował mnie zatrzymać, ale jego głos był bardziej zrezygnowany niż zły. Może czuł, że to nie jest kaprys, tylko decyzja podjęta dawno temu, która właśnie dojrzała.
Spojrzałam mu w oczy. Były zmęczone. Tak jak ja. Przez lata nauczyliśmy się żyć obok siebie – on z gazetą i telewizorem, ja z garnkami i wiecznym poczuciem winy, że czegoś nie dopilnowałam. Nasze rozmowy ograniczały się do „co na obiad?” i „czy kupiłaś mleko?”. Czasem miałam wrażenie, że jestem przezroczysta.
Najgorsze były święta. Wszyscy przy stole, dzieci z rodzinami, wnuki biegające po mieszkaniu. A ja w kuchni, z rękami poparzonymi od gorących blach i sercem ściśniętym żalem. Bo nikt nie pytał mnie, jak się czuję. Nikt nie zauważał zmęczenia w moich oczach.
Pamiętam ten wieczór sprzed dwóch miesięcy. Siedziałam sama na balkonie z kubkiem herbaty. Było już ciemno, a światła Poznania migotały gdzieś w oddali. Usłyszałam śmiech sąsiadki z naprzeciwka – młoda dziewczyna wracała z randki. Pomyślałam wtedy: kiedy ostatni raz śmiałam się tak beztrosko? Kiedy ostatni raz czułam się szczęśliwa?
Wtedy postanowiłam – muszę coś zmienić. Nie chcę umrzeć jako cień samej siebie.
Przez kolejne tygodnie zaczęłam powoli przygotowywać się do odejścia. Wynajęłam małe mieszkanie na Wildzie – kawalerkę z widokiem na park. Po raz pierwszy od lat kupiłam sobie nową sukienkę i buty na obcasie. Zaczęłam chodzić na spacery po Cytadeli i do biblioteki miejskiej. Czułam się jak nastolatka uciekająca z domu.
Dzieci nie rozumiały mojej decyzji. – Mamo, co ty robisz? Przecież tata cię potrzebuje! – krzyczała przez telefon moja córka Marta. Syn Michał był bardziej powściągliwy: – Mamo, czy to nie za późno na takie zmiany? Przecież masz już swoje lata…
Ale ja wiedziałam, że jeśli teraz nie zrobię tego kroku, już nigdy nie będę miała odwagi.
Ostatni wieczór w starym mieszkaniu był najtrudniejszy. Andrzej siedział przy stole i patrzył na mnie bez słowa. W jego oczach widziałam żal i strach – może nawet trochę złości. Ale nie próbował mnie zatrzymać siłą. Może wiedział, że to koniec.
– Krystyna… a jeśli ci się nie uda? Jeśli będziesz żałować? – zapytał cicho.
– Wolę żałować tego, co zrobiłam, niż tego, czego nigdy nie spróbowałam – odpowiedziałam.
Wyszłam z mieszkania i poczułam ulgę tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie.
Pierwsze dni były trudne. Samotność potrafi być głośniejsza niż krzyk tłumu. Budziłam się rano i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Brakowało mi znajomych dźwięków – szurania kapci Andrzeja po podłodze, radia grającego w kuchni.
Ale potem zaczęłam odkrywać siebie na nowo. Zapisałam się na zajęcia jogi dla seniorów w pobliskim domu kultury. Poznałam tam Halinę i Zofię – kobiety po przejściach, które też postanowiły zawalczyć o siebie. Wieczorami chodziłyśmy razem do kina albo na lody do Starego Browaru.
Najtrudniej było z rodziną. Marta przez kilka tygodni nie odbierała moich telefonów. Michał przyjechał raz – spojrzał na moje nowe mieszkanie i powiedział tylko: – Nie poznaję cię, mamo.
Czasem płakałam po nocach ze strachu i tęsknoty za dawnym życiem. Ale rano budziłam się z myślą: to jest moje życie i nikt mi go już nie odbierze.
Pewnego dnia spotkałam w parku starszego pana – pana Stefana. Rozmawialiśmy o książkach i o tym, jak trudno jest zacząć wszystko od nowa po sześćdziesiątce. On też był samotny po śmierci żony. Zaprosił mnie na kawę do kawiarni przy Rynku Jeżyckim.
Siedzieliśmy tam godzinami, śmiejąc się i wspominając młodość. Poczułam wtedy coś dziwnego – jakby świat znów stał przede mną otworem.
Dziś wiem jedno: nigdy nie jest za późno na zmianę. Nawet jeśli wszyscy wokół mówią ci, że powinnaś siedzieć cicho i być wdzięczna za to, co masz.
Czasem zastanawiam się: czy gdybym została z Andrzejem do końca życia, byłabym szczęśliwsza? Czy dzieci byłyby dumne ze swojej matki-męczennicy? A może właśnie teraz pokazuję im najważniejszą lekcję – że warto walczyć o siebie?
Może ktoś powie: egoistka! Ale czy naprawdę egoizmem jest chcieć być szczęśliwą?
Patrzę dziś w lustro i widzę kobietę zmęczoną życiem, ale wolną. I pytam siebie – czy odwaga zawsze musi boleć? Czy szczęście naprawdę jest tylko dla młodych? Może każda z nas zasługuje na nowy początek – bez względu na wiek.