Wpadł pod tramwaj na Mogilskiej, a ja zrozumiałam, że nie mam już gdzie wracać

Zobaczyłam tylko, jak łapy ślizgają mu się na mokrych płytach, a potem jak znika między ludźmi przy przystanku na Mogilskiej. Krzyknęłam jego imię i szarpnęłam smycz, ale było za późno. Ktoś zahamował, ktoś zaklął, a ja poczułam metaliczny zapach krwi zmieszany z olejem z jezdni. Pies zawył tak, że aż ścisnęło mi gardło, i pobiegł prosto w stronę torów, jakby uciekał przed czymś gorszym niż tramwaj…

Nazywał się Bąbel, chociaż wcale nie był mały. Taki zwykły kundel, szorstka sierść w kolorze mokrego piasku i jedno ucho zawsze lekko oklapnięte. Wzięłam go pół roku po tym, jak rozwiodłam się z Marcinem. Nie dlatego, że „zawsze marzyłam o psie”. Wzięłam go, bo nie potrafiłam wracać do mieszkania i słuchać własnych kroków. Cisza w bloku na Prądniku była jak ciężka kołdra, pod którą brakowało powietrza.

Tylko że ja wcale nie mieszkałam sama. Przez lata tłoczyłyśmy się w trzypokojowym M-4 po babci: ja, mama i moja młodsza siostra Anka. Trzy kobiety, trzy różne rytmy, jedna łazienka i kuchnia pachnąca zawsze smażoną cebulą. Mama wstawała o piątej, bo pracowała w szkolnej stołówce. Anka studiowała zaocznie i dorabiała w drogerii, wracała po dwudziestej. Ja siedziałam na zdalnym w call center i udawałam, że to „tymczasowe”.

Po rozwodzie wcisnęłam się z powrotem do tego mieszkania, jak do za ciasnego płaszcza. Marcin zostawił mi długi i kilka pudeł. Uśmiechnął się na rozprawie, jakby to była formalność. A ja wróciłam do mamy, bo nie miałam zdolności kredytowej ani siły na walkę.

Bąbel pojawił się przez przypadek. Wracałam z pracy, padał deszcz ze śniegiem, taki krakowski, lepki. Pod klatką siedział pies, przemoczony, trząsł się, a z mokrej sierści bił zapach starej budy i ulicznego błota. Podszedł do mnie bez wahania i wcisnął nos w moją dłoń. Czułam jego ciepły oddech na palcach i jak drży. Wtedy pomyślałam: „Jeśli go zostawię, to ja też zostanę zostawiona”.

Mama była wściekła. „Jeszcze tego brakowało. Kto będzie sprzątał? Kto zapłaci za weterynarza? Przecież tu nie ma miejsca”. Anka przewróciła oczami. „Wynajmij sobie coś, jak chcesz psa”.

A ja, pierwszy raz od dawna, powiedziałam „nie”. To była moja pierwsza nieodwracalna decyzja przez niego: zarejestrowałam go na siebie, opłaciłam czipowanie i szczepienia, mimo że oznaczało to rezygnację z raty za telefon i kilka tygodni jedzenia makaronu z twarogiem. W gabinecie weterynaryjnym pachniało spirytusem i mokrą sierścią. Bąbel wciskał mi łeb pod łokieć, a ja głaskałam go po karku, czując pod palcami szorstkie włosy i szybkie, nerwowe bicie serca.

Zaczęły się spacery. Najpierw krótkie, bo nie chciałam spotykać ludzi. Potem dłuższe, bo Bąbel ciągnął, jakby całe życie spędził w klatce. Zimą na Plantach skrzypiał śnieg, a powietrze pachniało dymem z kominów i mokrymi rękawiczkami. Latem w parku przy AWF-ie było duszno, asfalt oddawał ciepło, a Bąbel kładł się na moich stopach w cieniu, dysząc. Jego oddech brzmiał jak mały silnik, spokojny, równy, i działał na mnie lepiej niż jakiekolwiek ćwiczenia z aplikacji.

Z czasem zaczęłam wracać do domu nie tylko „na noc”. Wracałam, bo on tam czekał. I choć czasem miałam ochotę krzyczeć, kiedy znów znalazłam rozszarpaną reklamówkę z kosza, to jego ciężar przy moich nogach wieczorem uspokajał mnie bardziej niż rozmowy z mamą.

Problem ze ścianami wrócił, gdy pojawił się temat spadku. Ciotka z Tarnowa zadzwoniła, że po dziadku jest działka i trochę oszczędności. „Tylko trzeba to uporządkować, bo są papiery, sąd, te sprawy”. Mama od razu ożyła. W jej głosie usłyszałam coś, czego nie słyszałam od lat: plan.

Wieczorem w kuchni pachniało zupą ogórkową i detergentem, bo mama przed rozmową wyszorowała blat. Anka siedziała z telefonem, udając obojętność. Mama powiedziała wprost: „Jeśli dostaniemy swoje, to remontujemy mieszkanie. I ty, Kasia, wreszcie się ogarniesz. Przestaniesz żyć jak lokatorka”.

W środku mnie coś pękło. Nie chciałam remontu. Chciałam wyjść. Chciałam własnych kluczy, ciszy, w której nie trzeba przepraszać za każdy oddech. Tylko że wiedziałam, że sama tego nie udźwignę. Wynajem w Krakowie był koszmarem, kaucje, umowy, a do tego pies i zakaz zwierząt w większości ogłoszeń.

I wtedy Bąbel zrobił coś, co zmieniło układ sił. W nocy zaczął wyć. Nie takie zwykłe skomlenie. Wył jak syrena. Mama wyskoczyła z łóżka, Anka z impetem otworzyła drzwi pokoju, a ja zobaczyłam, że Bąbel drapie do drzwi łazienki. Mama była w środku. Zasłabła. Drzwi zablokowały się od środka.

Pamiętam zapach wilgotnych kafelków i proszku do prania, kiedy uderzałam barkiem w drzwi. Pamiętam, jak Bąbel skakał przy mnie, dotykał mnie łapami po udach, jakby mnie popychał. W końcu Anka pobiegła po sąsiada z góry. Wezwałyśmy pogotowie. Mama trafiła na SOR, potem na oddział. NFZ, kolejki, papiery. „Proszę czekać na korytarzu”. „Proszę przynieść wyniki”. „Proszę podpisać”.

Gdyby nie Bąbel, spałybyśmy, a mama leżałaby tam sama. To była moja druga nieodwracalna decyzja przez niego: zgodziłam się, żeby mama przepisała na mnie część spraw urzędowych i dała mi pełnomocnictwo. W normalnych warunkach unikałabym odpowiedzialności. Teraz nie mogłam. Trzymałam długopis, a ręka mi drżała.

W szpitalu pachniało gotowaną kapustą i środkami do dezynfekcji. Mama była blada, wściekła na własną słabość. „Nie mów nikomu”. A ja w środku czułam złość. Na nią, że zawsze wszystko musi kontrolować. Na siebie, że dalej jestem dzieckiem w jej oczach.

Wróciłyśmy do domu po dwóch dniach. Bąbel nie odstępował mamy. Kładł się pod jej krzesłem, a kiedy wstawała, szedł za nią krok w krok. Słyszałam jego pazury na panelach, takie małe klik-klik, które doprowadzało mnie do szału i jednocześnie dawało poczucie, że ktoś pilnuje.

Wtedy Anka pierwszy raz spojrzała na niego inaczej. „On serio ją wyczuł” – powiedziała cicho. I to zmieniło naszą relację. Nie stałyśmy się nagle siostrami z reklamy. Ale przestałyśmy być wrogami w jednym mieszkaniu. Anka zaczęła wychodzić z nim rano, kiedy ja miałam zmianę. Zdarzyło jej się nawet kupić karmę. „Bo była promocja” – mruknęła, jakby to nic nie znaczyło.

Spadek jednak nie był wybawieniem. Okazało się, że działka ma nieuregulowany dojazd, a oszczędności zjadły opłaty i długi po dziadku. Mama wpadła w rozpacz i w złość. Zaczęła wyładowywać to na mnie. „Gdybyś nie miała tego psa, byłoby łatwiej. Mogłybyśmy wynająć komuś pokój”. „Przez ciebie wszystko się komplikuje”.

Nie byłam święta. Odpowiadałam ostro. Trzasnęłam drzwiami tyle razy, że framuga zaczęła odstawać. Czułam się jak w pułapce. I wtedy przyszła ta scena na Mogilskiej.

Bąbel wyrwał mi się, bo ktoś odpalił petardę pod wiaduktem. To był głupi, zimny wieczór, wiatr wciskał się pod kurtkę, a w powietrzu czułam spaleniznę i mokry beton. Smycz miałam owiniętą wokół dłoni. Pękła. I nagle mój cały świat biegł przede mną, w stronę torów.

Kiedy dopadłam go przy krawężniku, już kulał. Na łapie miał rozcięcie, krew mieszała się z brudną wodą z kałuży. Wzięłam go na ręce. Był ciężki, a ja czułam, jak napina się w bólu. Jego oddech był urywany, gorący, pachniał karmą i strachem. Ludzie patrzyli, ktoś zaproponował, że zadzwoni po straż miejską. Ja tylko powtarzałam: „Niech pan nie dotyka, proszę”.

Weterynarz dyżurny był na drugim końcu miasta. Nie miałam auta. Uber kosztował więcej, niż miałam na koncie. Tramwaje akurat miały awarię. Stałam z psem na rękach, ręce mi drętwiały, a on ciężko dyszał. W końcu podszedł starszy facet w czapce. „Mam samochód. Pani wsiada”. Zawahałam się. Bałam się ludzi. Po rozwodzie każdy obcy był dla mnie zagrożeniem.

Ale patrzyłam na Bąbla i wiedziałam, że nie mam wyboru. To była trzecia nieodwracalna decyzja przez niego: zaufałam obcemu i pojechałam z nim, zamiast wracać do domu i liczyć na cud. W aucie pachniało tytoniem i choinką zapachową. Trzymałam psa na kolanach, czułam jego ciepło przesiąkające przez kurtkę. Serce waliło mi w skroniach.

W gabinecie zapłaciłam kartą kredytową, którą miałam „na czarną godzinę”. Czarna godzina przyszła. Szycie, antybiotyk, kołnierz. Rachunek był taki, że zrobiło mi się słabo. Weterynarz powiedział: „Miała pani szczęście. Gdyby poszło głębiej, byłoby gorzej”.

Wróciłam do domu nad ranem. Mama siedziała w kuchni. Na stole stała zimna herbata. W powietrzu unosił się zapach starego tłuszczu z patelni, którego nikt nie umył. Anka spała na kanapie w ubraniu.

Mama spojrzała na kołnierz Bąbla i pierwszy raz nie powiedziała „a nie mówiłam”. Zamiast tego dotknęła jego łba, ostrożnie, jakby bała się, że zniknie. „Przepraszam” – wyszeptała. I ja też powiedziałam „przepraszam”, choć nie byłam pewna za co dokładnie.

Kilka tygodni później, gdy mama doszła do siebie, podjęłam decyzję, której odkładałam latami. Znalazłam małe mieszkanie na wynajem w Nowej Hucie. Stare budownictwo, zapach wilgoci na klatce, ale właściciel zgodził się na psa za wyższą kaucją. Wzięłam dodatkowe zmiany w pracy. Zrezygnowałam z weekendów. Bolało mnie to, bo byłam zmęczona, czasem wściekła na Bąbla, że muszę wyjść w deszcz, kiedy marzę o łóżku.

Przeprowadzka była jak wyrywanie zęba bez znieczulenia. Mama płakała, Anka udawała, że jej nie zależy, ale podała mi karton z kubkami. Bąbel kręcił się między pudłami, ocierał o moje nogi, a ja głaskałam go po grzbiecie, czując pod palcami bliznę, która już się zagoiła.

Nie stałam się nagle szczęśliwa. Samotność po rozwodzie nie zniknęła. Wciąż czasem wracam wieczorem do ciszy, która boli. Ale teraz ta cisza ma rytm: pazury na panelach, westchnięcie psa, jego ciepło przy moich stopach. I mam coś jeszcze: świadomość, że potrafię podjąć decyzję i ponieść jej koszt.

Z mamą i Anką nie jest idealnie. Kłócimy się o pieniądze, o to, kto co powinien. Ale rozmawiamy. Czasem spotykamy się na spacerze w parku. Mama niesie woreczki na psie kupy i udaje, że to przypadek. Anka kupiła Bąblowi nową smycz, mocniejszą. „Żebyś znowu nie robiła cyrku na Mogilskiej” – rzuciła, a ja usłyszałam w tym troskę.

Najdziwniejsze jest to, że nie wiem, czy wzięłam psa, żeby nie być sama, czy żeby wreszcie przestać uciekać. Wiem tylko, że on zmusił mnie do ruchu, kiedy ja chciałam zastygnąć.

I teraz mam do was pytanie: jeśli ktoś, kogo kochasz, ogranicza twoją wolność, to czy masz prawo odejść, kiedy on od ciebie zależy? A może odpowiedzialność to też forma miłości, nawet gdy boli?