Porzucona na poboczu – historia suczki, która znalazła dom i siostrę w kocie
– Nie zostawiaj jej tutaj, proszę! – usłyszałam drżący głos dziewczynki, zanim jeszcze otworzyłam oczy. Byłam tak zmęczona, tak obolała, że nawet nie miałam siły podnieść głowy. Wszystko bolało – łapy, bok, nawet ogon. W uszach dźwięczał mi jeszcze huk samochodu, który odjeżdżał z piskiem opon, zostawiając mnie na poboczu.
Nie rozumiałam, dlaczego to się stało. Przecież byłam grzeczna. Zawsze merdałam ogonem, kiedy tylko ktoś na mnie spojrzał. Ale tamtego dnia, kiedy drzwi samochodu się otworzyły, a potem nagle znalazłam się na zimnym asfalcie, zrozumiałam, że już nie jestem nikomu potrzebna.
– Mamo, ona żyje! – dziewczynka klęknęła przy mnie, jej dłonie były ciepłe i delikatne. – Zobacz, ona się rusza!
Kobieta, która stała obok, spojrzała na mnie z troską. – Musimy ją zabrać do weterynarza. Może jeszcze zdążymy…
Nie wiem, ile czasu minęło, zanim znalazłam się w ciepłym, pachnącym wnętrzu samochodu. Dziewczynka tuliła mnie do siebie, a ja pierwszy raz od dawna poczułam coś, co przypominało bezpieczeństwo. W gabinecie weterynaryjnym światło raziło mnie w oczy, a obce dłonie dotykały moich ran. Słyszałam szeptane rozmowy, czułam ukłucia igieł, ale nie miałam już siły walczyć. Po prostu pozwoliłam im robić, co chcieli.
– Ma złamaną łapę, kilka ran ciętych i jest bardzo odwodniona – powiedział lekarz. – Ale jeśli będziecie ją pielęgnować, ma szansę wrócić do zdrowia.
Nie wiedziałam, co to znaczy „wrócić do zdrowia”. Wiedziałam tylko, że nie jestem już sama. Przez kolejne dni leżałam na miękkim kocu, a dziewczynka – Zosia, jak się później dowiedziałam – czytała mi bajki i głaskała mnie po głowie. Czułam, jak powoli wraca do mnie życie. Każdy dzień był trochę lepszy od poprzedniego. Zaczęłam jeść, potem próbowałam wstać. Zosia cieszyła się z każdego mojego kroku, a jej mama – pani Marta – dbała o moje rany.
Ale w tym domu nie byłam sama. Pewnego dnia, kiedy już mogłam chodzić, zobaczyłam ją – siedziała na parapecie, patrząc na mnie z góry. Miała zielone oczy i futro w kolorze śmietanki. Kotka. Nazywała się Lusia.
– Mamo, a co jeśli one się nie polubią? – Zosia patrzyła z niepokojem na mnie i na Lusię.
– Muszą się do siebie przyzwyczaić – odpowiedziała pani Marta. – Dajmy im czas.
Lusia przez pierwsze dni tylko mnie obserwowała. Kiedy podchodziłam bliżej, syczała i uciekała na szafę. Ja też się bałam. Przecież byłam tu nowa, nie wiedziałam, czy mogę ufać. Ale Zosia była cierpliwa. Każdego dnia dawała nam smakołyki, głaskała nas razem, opowiadała historie o przyjaźni psa i kota.
Pewnej nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, usłyszałam ciche kroki. Lusia wskoczyła na moje posłanie i położyła się obok. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w ciszy. Potem ona delikatnie dotknęła mnie łapką, jakby chciała powiedzieć: „Już się nie bój”. Od tamtej pory byłyśmy nierozłączne.
Zosia śmiała się, widząc, jak razem biegamy po mieszkaniu, dzielimy się zabawkami i śpimy wtulone w siebie. Nawet pani Marta zaczęła mówić, że jesteśmy jak siostry. Ale nie wszystko było takie proste. Czasem, kiedy słyszałam głośne dźwięki za oknem, wracały do mnie wspomnienia. Bałam się, że znowu ktoś mnie zostawi. Wtedy Lusia przychodziła do mnie i mruczała, a Zosia tuliła mnie mocno.
Wkrótce zaczęłam wychodzić z Zosią na spacery. Poznałam innych ludzi, inne psy. Niektórzy patrzyli na mnie z litością, inni pytali, skąd mam takie blizny. Zosia zawsze odpowiadała z dumą:
– To nasza Misia. Ktoś ją skrzywdził, ale teraz jest szczęśliwa.
Czułam, że jestem ważna. Że ktoś mnie kocha. Ale wciąż nie rozumiałam, dlaczego tamci ludzie mnie porzucili. Czy byłam za brzydka? Za niegrzeczna? Czasem, kiedy patrzyłam w lustro, widziałam tylko swoje blizny. Ale Zosia widziała coś więcej.
– Jesteś najpiękniejsza na świecie – mówiła, przytulając mnie mocno. – I już nigdy cię nie oddam.
W domu bywało różnie. Pani Marta pracowała dużo, czasem wracała zmęczona i nie miała siły się uśmiechać. Zosia miała swoje problemy w szkole – dzieci śmiały się z niej, że woli zwierzęta od ludzi. Ale zawsze, kiedy wracały do domu, przytulały się do mnie i do Lusi. Wtedy wszystko było dobrze.
Pewnego dnia, kiedy leżałyśmy z Lusią na słońcu, usłyszałam kłótnię w kuchni.
– Marta, nie możemy mieć dwóch zwierząt! – głos taty Zosi był zdenerwowany. – To za dużo obowiązków, za dużo kosztów!
– Ale one są rodziną – odpowiedziała pani Marta. – Zosia je kocha. Nie mogę jej tego zabrać.
– A co, jeśli zachorują? Kto za to zapłaci? Kto się nimi zajmie, kiedy wyjedziemy?
Zosia stała w drzwiach, łzy płynęły jej po policzkach. Przyszła do mnie i mocno mnie przytuliła.
– Nie pozwolę, żeby cię oddali – szepnęła. – Nigdy.
Przez kilka dni w domu panowała napięta atmosfera. Tata Zosi był coraz bardziej zdenerwowany, unikał mnie i Lusi. Bałam się, że znowu mnie wyrzucą. Ale wtedy wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko.
Zosia zachorowała. Miała wysoką gorączkę, nie chciała jeść, całe dnie leżała w łóżku. Pani Marta była przerażona. Lekarze mówili, że to tylko grypa, ale Zosia była coraz słabsza. Leżałam przy jej łóżku, nie ruszałam się nawet na chwilę. Lusia też nie odchodziła od niej na krok.
Pewnej nocy Zosia zaczęła płakać przez sen. Wtedy tata wszedł do pokoju, usiadł obok niej i pogłaskał mnie po głowie. Po raz pierwszy spojrzał na mnie z czułością.
– Dobrze, że tu jesteś – powiedział cicho. – Ona cię potrzebuje.
Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Tata zaczął się do mnie uśmiechać, czasem nawet dawał mi smakołyki. Zrozumiał, że jestem częścią tej rodziny. Że nie jestem tylko psem, ale kimś, kto potrafi kochać i dawać wsparcie.
Zosia wyzdrowiała. Wróciłyśmy do naszych codziennych zabaw, spacerów i wspólnego leniuchowania z Lusią. Czasem jeszcze wracają do mnie złe wspomnienia, ale wiem, że już nigdy nie będę sama. Mam dom, rodzinę i kocią siostrę, której nigdy bym się nie spodziewała.
Czasem patrzę na Zosię i myślę: jak to możliwe, że ktoś mnie kiedyś wyrzucił? Czy naprawdę byłam nic nie warta? A może każdy z nas zasługuje na drugą szansę i prawdziwą rodzinę? Co o tym myślicie? Czy każdy pies – nawet ten z bliznami – może być czyimś szczęściem?