Zabrałam córki z wakacji i wróciłam sama do domu, bo mój mąż po raz kolejny wybrał święty spokój zamiast nas
– Naprawdę pozwalasz im tyle jeść przed obiadem? – powiedziała Krystyna, patrząc na moje córki tak, jakby właśnie zrobiły coś strasznego, a nie zjadły po jednej drożdżówce po spacerze.
Siedzieliśmy w smażalni we Władysławowie. Było duszno, głośno, wszędzie zapach oleju i ryby. Maja bawiła się serwetką, Zosia opierała głowę o moje ramię, zmęczona po plaży. A ja czułam, jak coś we mnie znowu pęka.
– Mamo, daj spokój – rzuciłam cicho, bardziej ze zmęczenia niż odwagi.
Krystyna prychnęła.
– Ja tylko mówię. Potem się dziwisz, że dzieci są rozdrażnione, że nie słuchają. Wszystko ma swoje konsekwencje.
Spojrzałam na Pawła. Nawet nie podniósł wzroku znad menu.
– Paweł, powiedz coś.
Westchnął tylko.
– Anka, nie zaczynaj. Mama jest już w tym wieku. Naprawdę warto robić awanturę o drobiazgi?
O drobiazgi. To słowo uderzyło mnie mocniej niż wszystko, co powiedziała jego matka.
Te wakacje od początku były pomyłką. Ja nie chciałam jechać w trójkę z jego mamą, ale Paweł przekonywał, że dobrze jej zrobi wyjazd, że po śmierci ojca siedzi sama w bloku i tylko patrzy w telewizor. Zgodziłam się, bo pomyślałam: tydzień, dam radę. Dla świętego spokoju. Dla rodziny.
Już pierwszego dnia Krystyna weszła do apartamentu i powiedziała:
– O matko, dzieci będą spały tak blisko okna? Przewieje je. Ty, Ania, zawsze taka lekkomyślna byłaś.
Nie odpowiedziałam. Rozpakowywałam walizki, dziewczynki skakały po łóżku, Paweł znosił torby z auta. Pomyślałam, że odpuści. Nie odpuściła.
Każdego dnia było coś. Że Zosi za cienko ubrałam bluzę rano. Że Maja za długo siedzi w piasku i na pewno się przeziębi. Że daję im za mało zupy, za dużo lodów, za późno je kładę spać, za rzadko czeszę, źle kremuję, niedokładnie myję ręce po plaży. Nawet kiedy składałam pranie, potrafiła stanąć nade mną i powiedzieć:
– U mnie w domu ręczniki składało się porządnie, nie byle jak.
U mnie w domu. Wtedy miałam ochotę zapytać, czy w ogóle zauważyła, że to nie jest jej dom, jej dzieci ani jej małżeństwo. Ale gryzłam się w język.
Najgorsze było to, że Paweł wszystko widział. I nic.
Wieczorami, kiedy dziewczynki zasypiały, mówiłam mu szeptem, żeby nie słyszały.
– Nie wytrzymuję już twojej matki.
– Przesadzasz.
– Nie, Paweł. Ona mnie podważa przy dzieciach. Przy tobie. Non stop.
– Mama tak ma. Nie zmienisz jej.
– Ale ty możesz zareagować.
Odwracał się na drugi bok.
– Ja nie chcę stać między wami.
Tylko że on już stał. Tyle że nie po mojej stronie.
Tamtego dnia przy obiedzie wszystko się wylało. Maja nie chciała zjeść dorsza. Była marudna, spalona słońcem, senna. Powiedziałam, że nic się nie stanie, jak zje tylko ziemniaki i surówkę.
Krystyna odłożyła widelec z takim stukiem, że ludzie przy sąsiednim stoliku spojrzeli.
– I dlatego ona tobą rządzi. Dziecko ma jeść to, co dostaje. Ty nie wychowujesz córek, tylko je rozpieszczasz.
Maja natychmiast spuściła głowę. Zosia znieruchomiała.
Poczułam, jak robi mi się gorąco.
– Proszę cię, nie mów tak przy dzieciach.
– A kiedy mam mówić? Ty żadnej uwagi nie umiesz przyjąć. Wszystko odbierasz jak atak. Matką się bywa, ale dobrej matki trzeba się nauczyć.
To było już za dużo.
Spojrzałam na Pawła. Naprawdę jeszcze wierzyłam, że teraz zareaguje. Że powie: dość. Że poprosi swoją matkę, żeby przestała. Że chociaż raz zobaczę, że jestem dla niego kimś ważniejszym niż wygoda.
On tylko potarł czoło i mruknął:
– No już, uspokójcie się obie. Ludzie patrzą.
Obie.
Jakbyśmy były dwiema rozkapryszonymi kobietami robiącymi scenę. Jakby to był jakiś równy spór, a nie miesiące milczenia z mojej strony i kolejne upokorzenia.
Wstałam tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało o podłogę.
– Dziewczynki, ubieramy się. Jedziemy do domu.
Paweł popatrzył na mnie jak na wariatkę.
– Anka, nie przesadzaj.
– Nie. Właśnie przestałam.
Krystyna zaśmiała się pod nosem.
– O, obraza majestatu.
Nie odpowiedziałam. Trzęsły mi się ręce, kiedy zapinałam Zosi bluzę. Maja patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
– Mamusiu, coś się stało?
Kucnęłam przy niej.
– Tak, kochanie. Stało się to, że wracamy tam, gdzie jest spokojnie.
W apartamencie pakowałam wszystko w pośpiechu. Stroje kąpielowe jeszcze wilgotne, piasek w torbach, szczoteczki wrzucone luzem do kosmetyczki. Paweł chodził za mną i coraz bardziej się denerwował.
– Chcesz rozwalić cały wyjazd przez jedno głupie gadanie?
Odwróciłam się do niego.
– To nie jest jedno gadanie. To jest całe nasze życie, Paweł. Twoja matka mówi, ja mam milczeć, a ty udajesz, że nic się nie dzieje.
– Bo nie chcę wojny.
– A ja nie chcę żyć w domu, w którym mnie się ciągle poucza, a ty nazywasz to drobiazgami.
Zamilkł. Pierwszy raz chyba naprawdę usłyszał, jak brzmię.
Pojechałam z dziewczynkami sama. Całą drogę lał deszcz. Zosia zasnęła po dziesięciu minutach, Maja patrzyła w szybę i tylko raz zapytała, czy tata do nas przyjedzie. Nie umiałam odpowiedzieć.
Wieczorem, już w domu, napisałam Pawłowi wiadomość. Krótką, bo byłam tak zmęczona, że ledwo widziałam ekran.
„Kiedy wrócisz, porozmawiamy. Albo ustalimy jasne granice z twoją mamą i zaczniesz wreszcie stawać po stronie swojej rodziny, albo nie wiem, jak mamy dalej żyć razem.”
Nie odpisał od razu. I może nawet to bolało mniej niż wszystko wcześniej, bo pierwszy raz od dawna poczułam, że zrobiłam coś w swojej obronie.
Nie wiem, czy da się jeszcze posklejać małżeństwo, w którym jedna osoba ciągle ustępuje, a druga ciągle znika za słowami „daj spokój”.
Powiedzcie mi szczerze: ile jeszcze kobieta ma wytrzymać, zanim przestanie być tą rozsądną i w końcu wybierze siebie i dzieci?