Teściowa spojrzała na nasze adoptowane córki i powiedziała: „Jeszcze możecie je oddać”
— Jeszcze możecie je oddać — powiedziała teściowa, stojąc w naszej kuchni z niedopitą herbatą w dłoni.
Zosia siedziała pod stołem i ściskała kawałek chleba. Hania płakała w przedpokoju, bo Paweł próbował zdjąć jej kurtkę. Obie usłyszały. Widziałam to po oczach starszej.
— To nie są buty, mamo — syknął Paweł. — Nie oddaje się dzieci, bo okazały się trudniejsze, niż ktoś zakładał.
Teresa wzruszyła ramionami.
— Ostrzegałam was. Dzieci z takim obciążeniem… Nikt nie wie, co z nich wyrośnie.
Wtedy pierwszy raz kazałam jej wyjść z naszego domu.
O adopcji zaczęliśmy myśleć po trzecim poronieniu. Nie dlatego, że chcieliśmy „zastąpić” biologiczne dziecko. Przynajmniej tak powtarzaliśmy podczas rozmów w ośrodku adopcyjnym. Pytano nas o dzieciństwo, kłótnie, zarobki, mieszkanie, seks, żałobę. Musieliśmy dostarczyć zaświadczenia lekarskie, dokumenty z pracy, odpis aktu małżeństwa, opinie i życiorysy.
Czułam się, jakbym zdawała egzamin z prawa do bycia matką.
Paweł znosił to spokojniej. Ja po każdej rozmowie analizowałam każde zdanie.
— Myślisz, że źle odpowiedziałam o mamie? — pytałam nocami.
— Marta, oni nie szukają ludzi idealnych.
— A jeśli jednak?
Szkolenie trwało miesiącami. Potem przyszło czekanie. Telefon zadzwonił w listopadowy wtorek, kiedy stałam w kolejce w aptece. Dwie siostry. Zosia miała sześć lat, Hania trzy. Ich sytuacja prawna była uregulowana, ale ośrodek uprzedził nas o opóźnieniach rozwojowych i zaniedbaniach.
Na pierwszym spotkaniu Zosia nie odezwała się ani słowem. Pilnowała siostry, poprawiała jej czapkę, odsuwała kubek od krawędzi stołu. Sześcioletnie dziecko zachowywało się jak zmęczona matka.
Hania podeszła do mnie i zapytała:
— Masz coś słodkiego?
Nie zapytała, kim jestem. Zapytała o jedzenie.
Po kilku tygodniach spotkań i kolejnych dokumentach dziewczynki przyjechały do nas. Przygotowaliśmy jasny pokój, dwie pościele w gwiazdki i półkę z książkami. Myślałam naiwnie, że najtrudniejsze było już za nami.
Pierwszej nocy Zosia schowała kanapkę pod poduszkę. Hania budziła się co godzinę z krzykiem. Nie pozwalała się dotknąć, a chwilę później wbijała mi palce w szyję i błagała, żebym nie wychodziła.
Potem zaczęły się wizyty u lekarzy. Pediatra, neurolog, psycholog, psychiatra dziecięcy. U Hani wykryto niedosłuch i poważne problemy ze snem. U Zosi podejrzewano zaburzenia więzi oraz skutki przemocy i zaniedbania. Nikt wcześniej nie powiedział nam, że dziewczynka moczy się nocą i wpada w panikę na widok podniesionej ręki, nawet jeśli ktoś tylko sięga po kubek.
Pieniądze znikały błyskawicznie. Prywatna terapia, dojazdy do poradni w innym mieście, aparaty słuchowe, leki. Paweł brał nadgodziny, a ja przeszłam na pół etatu. Pod koniec miesiąca liczyliśmy każdą stówkę.
Teresa nie pomagała. Odmawiała zostania z dziewczynkami, choć wcześniej obiecywała, że będzie „prawdziwą babcią”. Na rodzinnych spotkaniach mówiła o nich „te dzieci”.
Najgorszy kryzys przyszedł po czterech miesiącach. Zosia rozbiła lustro, bo zabroniłam jej wynosić jedzenie do pokoju. Hania krzyczała trzecią godzinę. Paweł wrócił po pracy i zobaczył mnie siedzącą na podłodze w łazience.
— Nie dam rady — powiedziałam. — Jestem okropna, ale czasem żałuję.
Zbladł.
— Myślisz, że ja nie? — odpowiedział. — Tylko boję się powiedzieć to głośno.
Przez kilka dni rozmawialiśmy wyłącznie o lekach, zakupach i praniu. Spaliśmy osobno. Byłam pewna, że adopcja uratuje nas po stracie, a tymczasem prawie rozbiła nasze małżeństwo.
Pomogła nam dopiero terapia rodzinna i grupa rodziców adopcyjnych. Tam pierwszy raz usłyszałam, że miłość może przyjść później. Że czasem najpierw jest obowiązek, zmęczenie i decyzja, by zostać mimo wszystko.
Powoli było lepiej. Zosia przestała chować jedzenie. Hania po założeniu aparatów pierwszy raz wyraźnie powiedziała „mama”. Paweł rozpłakał się przy zlewie i udawał, że coś wpadło mu do oka.
Teresa potrzebowała prawie roku. Przełom nastąpił, gdy Zosia podała jej laurkę i powiedziała:
— Babciu, zrobiłam też dla ciebie, chociaż mnie nie lubisz.
Teściowa usiadła i długo nic nie mówiła. Potem przytuliła ją niezgrabnie. Nie zapomniałam jej słów, ale pozwoliłam jej spróbować jeszcze raz.
Dziś nasz dom nadal nie jest spokojny ani idealny. Są nawroty lęku, wizyty u specjalistów i noce, kiedy znów siedzimy przy łóżkach do rana. Ale jesteśmy rodziną — nie dlatego, że podpisaliśmy dokumenty, tylko dlatego, że każdego dnia wybieramy siebie ponownie.
Czy można osądzać rodziców za chwilę zwątpienia, jeśli mimo niej zostają? I czy wy potrafilibyście wybaczyć babci takie słowa?