„Przecież niczego ci nie brakuje” — powiedział mąż, a ja zrozumiałam, że od lat nie widzi we mnie żony

— Możesz chociaż raz odłożyć ten telefon i na mnie spojrzeć? — zapytałam, stojąc w kuchni z mokrą ścierką w dłoni.

Michał nawet nie podniósł głowy.

— Słucham przecież.

— Nie, nie słuchasz. Od pięciu minut mówię ci, że już nie daję rady.

Westchnął tak ciężko, jakbym właśnie poprosiła go o przeniesienie ściany.

— Anka, znowu zaczynasz. Dzieci zdrowe, rata zapłacona, lodówka pełna. Czego ty właściwie chcesz?

I wtedy zabrakło mi odpowiedzi. Nie dlatego, że nie wiedziałam. Po prostu zrozumiałam, że człowiekowi, który pyta w ten sposób, nie da się wytłumaczyć tęsknoty.

Byliśmy małżeństwem od trzynastu lat. Mieliśmy dwójkę dzieci, mieszkanie na kredyt pod Warszawą i kalendarz na lodówce zapisany szczelniej niż rozkład pociągów. Kuba — trening we wtorek. Ola — angielski w czwartek. Przegląd samochodu. Dentysta. Rata. Zebranie.

Nasze rozmowy wyglądały podobnie.

„Kup mleko”. „Odbierzesz Olę?”. „Przelałeś za prąd?”.

Kiedyś Michał łapał mnie za rękę nawet podczas zakupów w markecie. Teraz, gdy przypadkiem dotykałam jego ramienia w łóżku, przesuwał się bliżej ściany i mówił, że rano wcześnie wstaje.

Próbowałam. Naprawdę próbowałam.

Załatwiłam dzieciom nocowanie u mojej siostry, kupiłam bilety do teatru i zarezerwowałam stolik w małej restauracji, gdzie kiedyś obchodziliśmy rocznicę. Michał wrócił z pracy po dwudziestej.

— Zapomniałem — powiedział, zdejmując buty. — Poza tym jestem padnięty. Możemy zamówić pizzę.

Stałam w przedpokoju w sukience, której nawet nie zauważył. Potem zamknęłam się w łazience i zmywałam makijaż, chociaż łzy zrobiły to wcześniej.

Najgorsze wydarzyło się dwa tygodnie później. Michał zostawił telefon na blacie, kiedy poszedł pod prysznic. Nie chciałam go sprawdzać. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Ekran jednak rozświetliła wiadomość od Marty z jego pracy.

„Dziękuję, że zawsze umiesz mnie uspokoić. Z tobą mogę pogadać o wszystkim”.

Serce zaczęło mi walić. Otworzyłam rozmowę.

Nie było nagich zdjęć ani wyznań miłości. Było coś, co zabolało mnie bardziej. Dziesiątki ciepłych wiadomości. Żarty. Pytania, jak się czuje. Głosówka, w której Michał mówił łagodnie: „Nie przejmuj się, jestem obok”.

Mnie od lat nie zapytał, jak się czuję.

Kiedy wyszedł z łazienki, trzymałam telefon w dłoni.

— Kim jest dla ciebie Marta?

Zatrzymał się. Najpierw pobladł, potem zacisnął szczękę.

— Grzebałaś mi w telefonie?

— Kim ona jest?

— Koleżanką. Ma trudny czas.

Roześmiałam się krótko, choć wcale nie było mi do śmiechu.

— Ja też mam trudny czas, Michał. Od kilku lat.

Powiedział, że nic ich nie łączy. Że przesadzam. Że robię awanturę o zwykłe wiadomości. W końcu rzucił, że przy mnie nie da się normalnie odpocząć, bo ciągle czegoś chcę.

— Chcę męża — odpowiedziałam. — Nie współlokatora, który opłaca połowę rachunków.

Przez trzy dni prawie się nie odzywaliśmy. Przy dzieciach udawaliśmy normalność. Smarowaliśmy kanapki, szukaliśmy stroju na WF i kłóciliśmy się o to, kto zapomniał kupić płyn do prania. Zwyczajne życie potrafi być okrutne. Wszystko się rozpada, a ty i tak musisz wynieść śmieci.

W niedzielę usiadłam naprzeciwko niego. Położyłam na stole kartkę z numerem do terapeutki małżeńskiej.

— Albo spróbujemy naprawdę, albo po świętach szukam mieszkania.

Spojrzał na mnie pierwszy raz od dawna. Naprawdę spojrzał.

— Chcesz rozwalić rodzinę przez brak romantycznych kolacji?

— Nie. Chcę przestać znikać we własnym domu.

Milczał długo. Potem wziął kartkę, ale nie obiecał niczego.

Minął tydzień. Numer nadal leży przy ekspresie do kawy. Michał chodzi obok niego codziennie. Ja też. Tyle że zaczęłam odkładać pieniądze na osobne konto, po sto, czasem dwieście złotych. Nie wiem jeszcze, czy to fundusz na nowe życie, czy zabezpieczenie przed kolejnym rozczarowaniem.

Czasem pytam siebie, ile samotności trzeba znieść, zanim odejście przestaje być egoizmem. Czy małżeństwo bez czułości nadal jest małżeństwem, czy już tylko wspólnym adresem?