Po osiemnastu latach małżeństwa położyłam pozew rozwodowy obok jego pilota. Dopiero wtedy oderwał wzrok od telewizora

— Co to jest? — Marek trzymał kartki nad stolikiem, ale nadal zerkał na telewizor, jakby nawet mój pozew rozwodowy nie był wystarczającym powodem, żeby wyłączyć wiadomości.

— To, o czym próbuję z tobą rozmawiać od trzech lat.

Wreszcie nacisnął przycisk na pilocie. W salonie zrobiło się cicho. Pomyślałam wtedy, że to chyba pierwszy wieczór od miesięcy, kiedy naprawdę na mnie patrzył.

Byliśmy małżeństwem osiemnaście lat. Mieliśmy córkę Aleksandrę, kredyt na mieszkanie w Radomiu i zwyczajne życie, które z zewnątrz wyglądało całkiem dobrze. Marek pracował w hurtowni budowlanej, ja w szkolnym sekretariacie. Nie było zdrad, awantur po alkoholu ani rozbijania talerzy. Było coś znacznie cichszego.

Obojętność.

Marek wracał po siedemnastej, zdejmował buty w przedpokoju i pytał, co na obiad. Potem siadał przed telewizorem. Jeśli akurat nic go nie interesowało, brał telefon. Przesuwał palcem po ekranie, oglądał krótkie nagrania, czytał wiadomości. Ja opowiadałam, że Aleksandra dostała czwórkę z matematyki, że cieknie kran, że moja mama ma kolejne badania.

— Mhm.

— Słyszysz mnie?

— No przecież słyszę.

Tylko nigdy nie wiedział, co powiedziałam.

Najpierw go usprawiedliwiałam. Był zmęczony. Kierownik dokładał mu obowiązków, raty wzrosły, samochód znowu wymagał naprawy. Robiłam mu kolację, ściszałam córkę, odkładałam własne potrzeby na później. Tyle że to „później” nie nadchodziło.

Pewnego wieczoru usiadłam obok niego i powiedziałam wprost:

— Marek, ja czuję się samotna.

Westchnął, ale odłożył telefon.

— Przecież jestem w domu.

— Jesteś ciałem. Reszty ciebie tu nie ma.

Skrzywił się, jakbym powiedziała coś niesprawiedliwego.

— Ewa, haruję cały dzień. Nie chodzę po knajpach, pieniądze przynoszę. Czego jeszcze chcesz?

Chciałam, żeby zapytał, jak minął mi dzień. Żeby mnie objął bez powodu. Żebyśmy czasem poszli na spacer albo wypili razem herbatę w kuchni. Kiedy mu to powiedziałam, pokręcił głową.

— Robisz problem z niczego.

Płakałam wtedy w łazience przy odkręconej wodzie. Nie chciałam, żeby Aleksandra słyszała.

Dwa dni później Marek przyniósł kwiaty z marketu. Przez tydzień pomagał przy kolacji, zaproponował nawet niedzielny spacer nad zalewem. Poczułam nadzieję. Głupio wielką, jak na kilka tulipanów i pół godziny rozmowy.

Potem wszystko wróciło. Telewizor. Telefon. „Zaraz”. „Nie teraz”. „Jestem zmęczony”.

Zaproponowałam terapię małżeńską. Powiedział, że nie będzie opowiadał obcej kobiecie o swoim życiu i płacił dwustu złotych za godzinę gadania. Poszłam sama. Przez kilka miesięcy odkładałam na wizyty z pieniędzy, które zarabiałam, przepisując po godzinach dokumenty znajomej księgowej.

Najgorszy był dzień moich czterdziestych trzecich urodzin. Aleksandra nocowała u koleżanki, więc przygotowałam kolację. Zapaliłam świeczki, kupiłam jego ulubioną szarlotkę. Marek wrócił, rzucił kurtkę na krzesło i usiadł przed meczem.

— Pamiętasz, jaki dziś dzień?

Zamarł. Widziałam, jak szuka odpowiedzi.

— No… wtorek?

Nie krzyczałam. Zdmuchnęłam świeczki i schowałam szarlotkę do lodówki. Wtedy coś we mnie po prostu ucichło.

Pozew złożyłam trzy tygodnie później. Kiedy Marek go przeczytał, zrobił się czerwony.

— Chcesz rozwalić rodzinę, bo za mało z tobą rozmawiam?

— Nie. Chcę przestać udawać, że jeszcze jesteśmy rodziną.

Przez chwilę milczał. Potem obiecał, że się zmieni. Mówił o wspólnym wyjeździe, terapii, remoncie sypialni. Wszystkim naraz. Dawniej rzuciłabym mu się na szyję. Tym razem czułam tylko zmęczenie.

Aleksandra płakała, kiedy jej powiedzieliśmy. Nie obwiniała mnie, choć tego bałam się najbardziej.

— Mamo, ja też widziałam, że tata cię nie słucha — szepnęła.

Te słowa zabolały bardziej niż pretensje Marka. Nasza córka przez lata uczyła się, że tak wygląda małżeństwo.

Wyprowadziłam się do małego wynajętego mieszkania. Śpię na rozkładanej kanapie, liczę każdą złotówkę i czasem płaczę, gdy wieczorem robi się zbyt cicho. Ale ta cisza jest inna. Nie siedzi obok mnie człowiek, który wybiera ekran zamiast mojego głosu.

Czy naprawdę powinnam była zostać tylko dlatego, że Marek mnie nie zdradzał i płacił rachunki? A może samotność we dwoje też jest wystarczającym powodem, żeby odejść?