Gdy nasza córka walczyła z chorobą, słyszałam, że źle się nią opiekuję. Mąż milczał, aż położyłam przed nim szpitalną kartę
— Gdybyś dawała jej porządne obiady, miałaby więcej siły — powiedziała teściowa, kiedy klęczałam przy kanapie i trzymałam miskę pod brodą mojej córki.
Hania właśnie zwymiotowała drugi raz. Z łazienki przyniosłam wilgotny ręcznik, ale Teresa zdążyła już zajrzeć do garnka.
— Znowu sam rosół?
Spojrzałam na Pawła. Siedział przy stole z telefonem w ręce.
— Powiesz coś? — zapytałam.
— Nie zaczynajcie znowu. Dopiero wróciłem z pracy.
Hania złapała mnie za rękaw.
— Mamo, przepraszam, że nabrudziłam.
To było najgorsze. Nie uwaga teściowej. Nie milczenie męża. To, że moja siedmioletnia córka przepraszała za skutki chemioterapii.
Jeszcze pół roku wcześniej pracowałam w biurze rachunkowym na cały etat. Narzekałam na korki, drożejące zakupy i mokre buty zostawiane w przedpokoju. Potem przyszły siniaki na nogach Hani, gorączki i diagnoza: białaczka.
Od tamtej pory nasz kalendarz składał się z terminów przyjęć, badań i kontroli morfologii.
Szefowa zgodziła się na ćwierć etatu. Robiłam zestawienia wieczorami, czasem ze szpitalnego krzesła, z komputerem opartym na kolanach. Moja wypłata ledwo pokrywała część rachunków. Paweł brał nadgodziny w hurtowni elektrycznej.
Wiedziałam, że się stara. Naprawdę wiedziałam.
Tylko że jego zmiana kiedyś się kończyła.
Moja trwała także o drugiej w nocy, kiedy mierzyłam Hani temperaturę, sprawdzałam zalecenia i zastanawiałam się, czy już dzwonić na oddział. Trwała rano, przy praniu pościeli, i po południu, gdy córka płakała nad talerzem.
Teresa przychodziła trzy razy w tygodniu. Bez zapowiedzi, bo miała klucz „na wszelki wypadek”.
— Za dużo ją nosisz.
— Za mało wychodzicie.
— Kiedyś dzieci nie miały tylu fanaberii z jedzeniem.
Raz zapytałam, czy mogłaby umyć łazienkę. Powiedziała, że kręgosłup jej nie pozwala. Dziesięć minut później odsunęła fotel, żeby pokazać mi kurz pod spodem.
Nie odpowiedziałam. Hania spała i bałam się ją obudzić.
Po tamtej scenie z miską teściowa wyszła obrażona, bo odmówiłam podania córce kotleta. Paweł zamknął za nią drzwi i westchnął.
— Mogłaś być milsza. Mama chce dobrze.
Stałam przy zlewie, szorując garnek. Miałam spuchnięte dłonie od detergentów i małą plamę wymiocin na spodniach.
— A ty? — spytałam. — Ty też chcesz dobrze?
— Co to w ogóle za pytanie?
Odłożyłam gąbkę. Poszłam po segregator Hani i położyłam przed nim ostatnią kartę wypisową.
— Jakie leki bierze wieczorem?
Zmarszczył czoło.
— Przecież ty tego pilnujesz.
— A numer na oddział? Nazwisko prowadzącej lekarki? Wiesz, gdzie trzymam termometr?
— Nie rób ze mnie idioty. Zarabiam na ten dom.
— Wiem. Ale jeśli jutro ja trafię do szpitala, to co zrobisz?
Otworzył usta, potem je zamknął.
W lodówce włączył się agregat. Pamiętam ten dźwięk, bo nagle zrobiło się tak cicho.
— Nie wiem, w czym mam ci pomagać — powiedział w końcu.
I wtedy puściło.
— To nie jest pomaganie mi! Hania jest też twoją córką. Pranie jest nasze. Łazienka nasza. Strach też powinien być nasz, a ja nawet boję się sama!
Zaczęłam płakać, ale mówiłam dalej, trochę bez składu.
Że zasypiam w ubraniu. Że odwołałam własną wizytę u lekarza. Że czasem siedzę w samochodzie pod apteką dwie minuty dłużej, bo tam nikt niczego ode mnie nie chce.
— Nie proszę, żebyś ją wyleczył. Chcę, żebyś wiedział, co robić, kiedy ja już nie mam siły.
Paweł patrzył na kartę. Kciukiem wygładzał jej zagięty róg.
— Myślałem, że jak nie będę ci się wtrącał… Ty wszystko lepiej ogarniasz.
— Bo musiałam się nauczyć. Też możesz.
Nie przytulił mnie od razu. Nie było wielkiego przepraszania. Zapytał, kiedy jest następna kontrola.
W środę pojechaliśmy razem. Wziął dzień wolny, zapisał zalecenia i sam zapytał pielęgniarkę o rzeczy, których wcześniej nawet nie zauważał.
Wieczorami przejął kuchnię, pranie i przygotowywanie torby do szpitala. Nadal musiałam czasem przypominać, ale przestałam robić wszystko za niego, bo szybciej.
Najtrudniejsza była rozmowa z Teresą.
— Czyli teraz jestem niepotrzebna? — spytała, kiedy Paweł poprosił o oddanie klucza.
— Jesteś babcią. Możesz przyjść po uzgodnieniu. Ale nie będziesz oceniać jej przy Hani.
Nie odzywała się przez tydzień. Potem zadzwoniła zapytać, jakie zakupy przynieść.
Hania nadal choruje. Rachunki nie zmalały, nadal bywamy przerażeni. Tylko wczoraj, kiedy zasnęłam obok córki, Paweł obudził mnie delikatnie.
— Idź do łóżka. Teraz ja przy niej posiedzę.
Poszłam. Pierwszy raz bez wyliczania mu wszystkiego od drzwi.
Wciąż boli mnie, że musiałam aż pęknąć, żeby zostać usłyszaną. Czy naprawdę trzeba doprowadzić się do granic, żeby bliscy zauważyli, że też potrzebujemy opieki?