Przez siedem lat szukałam zaginionego męża. Teraz prosi o przebaczenie, bo umiera, a ja już wiem, gdzie naprawdę był
— Nie odkładaj. Ja umieram — powiedział głos, który przez siedem lat próbowałam sobie przypomnieć bez pomocy nagrania z naszych wakacji.
Stałam przy zlewie, z ziemniakiem w jednej ręce i telefonem w drugiej. Obierka przykleiła mi się do palca. Pamiętam ją lepiej niż pierwsze sekundy tej rozmowy.
— Paweł?
Z pokoju wyszła Zosia. Zatrzymała się w progu.
— Mama? Kto to?
Nie odpowiedziałam. Nogi zrobiły mi się miękkie, więc usiadłam na kuchennej podłodze.
Kiedy zniknął, Zosia miała osiem lat. Tamtego ranka pokłóciliśmy się o pieniądze. Brakowało na czynsz, on obiecywał dodatkową robotę przy remontach. Wyszedł z kanapkami zawiniętymi w papier. Powiedział, żebym nie czekała z obiadem.
Wieczorem telefon był wyłączony.
Potem policja, szpitale, rozwieszanie zdjęć. Jeździłam na każde zgłoszenie, nawet kiedy ktoś widział podobnego mężczyznę pod sklepem sto kilometrów od nas. Raz pojechałam rozpoznać ciało. Do dziś śni mi się korytarz, na którym czekałam.
Jego matka mówiła, że musiałam go doprowadzić do ostateczności.
— Chłop tak bez powodu nie znika.
Przestała przychodzić, kiedy poprosiłam, żeby została z Zosią podczas mojej sobotniej zmiany. Nie miała siły, twierdziła. Ja widocznie musiałam mieć.
Pracowałam w piekarni, później sprzątałam biura. Zosia zasypiała czasem u sąsiadki, pani Teresy. Odbierałam ją po dwudziestej drugiej, ciepłą, ciężką od snu. Niosłam po schodach, bo w naszym bloku nie było windy.
Najgorsze nie były rachunki. Najgorsze było to, że córka zostawiała ojcu kawałek tortu na urodziny.
Przez pierwsze dwa lata zamrażałam te kawałki. Potem wyrzucałam po kryjomu.
Teraz miałam go w słuchawce.
— Rak trzustki. Są przerzuty — powiedział. — Chciałbym was zobaczyć.
— Gdzie byłeś?
Milczał tak długo, że usłyszałam szum telewizora w jego pokoju.
— W Bydgoszczy.
Nie za granicą. Nie w miejscu, z którego nie mógł wrócić. W Bydgoszczy, kilka godzin pociągiem od naszego mieszkania.
— Dlaczego nie zadzwoniłeś?
— Potem było coraz trudniej.
Parsknęłam. Taki brzydki, obcy śmiech mi wyszedł.
— Trudniej? Zosia pytała, czy zmarznięty człowiek długo cierpi. Bo usłyszała w szkole, że może gdzieś leżysz.
Córka wyrwała mi telefon.
— Masz inne dzieci?
Patrzyłam na nią. Stała boso, w za dużej bluzie, i nagle zrozumiałam, że ona pomyślała o tym szybciej ode mnie.
Miał syna. Sześcioletniego. I kobietę, której powiedział, że jest wdowcem.
Zosia oddała mi telefon, poszła do łazienki i przekręciła zamek.
Nie płakała. Słyszałam tylko lecącą wodę.
Dwa dni później zadzwoniła Magdalena, jego partnerka. Numer dostała od niego. Mówiła cicho, jakby przepraszała za sam fakt, że istnieje.
— Znalazłam pani zdjęcie w jego dokumentach. Powiedział, że nie potrafił wyrzucić.
Miałam ochotę odpowiedzieć, że nas potrafił. Zamiast tego zapytałam, kiedy się poznali.
Cztery miesiące przed jego zniknięciem.
Nie był to żaden nagły kryzys. Wracał do domu, jadł moją pomidorową, podpisywał Zosi zgodę na wycieczkę i planował życie, w którym nas nie będzie.
Magdalena też nie wiedziała wszystkiego. O jego chorobie, długach, naszym ślubie. Nie miałam siły jej pocieszać, ale nie umiałam też jej nienawidzić.
Paweł zaczął pisać codziennie. Że żałuje. Że chce odejść pogodzony. Że lekarz mówi o miesiącach, może krócej.
Ani razu nie zapytał, z czego żyłyśmy.
W końcu odpisałam: „Czy pomyślałeś, co ta rozmowa zrobi Zosi?”.
Przysłał zdjęcie ze szpitalnego łóżka.
Przez chwilę naprawdę chciałam pojechać. Znam tę twarz. Kiedyś przykładałam do niej zimny ręcznik, kiedy miał gorączkę. Ciało pamięta takie rzeczy, nawet gdy człowiek już nie chce.
Zosia znalazła mnie wieczorem nad rozkładem pociągów.
— Jedziesz?
— Nie wiem. A ty chciałabyś…?
— Nie pytaj mnie tak, jakby od mojej odpowiedzi zależało, czy będziesz dobrą żoną.
Zamknęłam laptop.
Miała rację. Znowu robiłam z niej kogoś, kto ma udźwignąć sprawy dorosłych.
Następnego dnia umówiłam nas do psycholożki. Zosia powiedziała, że może kiedyś napisze list, ale teraz nie chce oglądać ojca. Ani chorego, ani zdrowego.
Uszanowałam to.
Jemu napisałam, że nie przyjedziemy. Że jeśli naprawdę chce coś naprawić, może zacząć od szczerego listu do córki, bez próśb o wybaczenie i bez zdjęć ze szpitala. Zapytać, czego potrzebuje. Przyjąć, że może nie odpowiedzieć.
Telefon odłożyłam do szuflady. Potem zrobiłyśmy kolację. Zosia kroiła ogórki, ja smarowałam chleb. Nagle zapytała, czy jestem zła, że nie chce go zobaczyć.
Przytuliłam ją tak mocno, że mruknęła: „Dobra, mama, oddycham”.
Nie wiem, czy jeszcze do niego pojadę. Wiem tylko, że nie zabiorę córce prawa do odmowy, żeby jemu było lżej.
Czy można współczuć człowiekowi, który umiera, i jednocześnie nie chcieć go z powrotem w swoim życiu?