Przestałam gotować dla męża, jego brata i partnerki. Dopiero przy pustych talerzach usłyszeli, że też tu mieszkam
— A dla nas gdzie jest? — Piotr podniósł pokrywkę pustego garnka, jakby obiad mógł się schować pod dnem.
Siedziałam przy stole z talerzem jajecznicy. Ręce drżały mi tak mocno, że widelec stukał o brzeg.
— Nie ma. Dzisiaj zrobiłam tylko sobie.
Mój mąż spojrzał na mnie znad telefonu.
— Beata, nie zaczynaj. Wszyscy jesteśmy głodni.
— Ja też. Dlatego jem.
Przez chwilę słychać było tylko lodówkę. Potem Karolina, partnerka Piotra, odsunęła krzesło.
— Mogłaś uprzedzić. Nie kupiliśmy nic na kolację.
Spojrzałam na siatkę z piekarni, którą przyniosłam rano. Nawet bułki były już wspólne, dopóki ktoś nie musiał po nie pójść.
Zamieszkaliśmy razem po śmierci teściowej. Duże mieszkanie w Łodzi, cztery pokoje, dwa balkony. Marek i Piotr odziedziczyli je po połowie. Piotr chciał przejąć lokal i nas spłacić, ale bank żądał kolejnych dokumentów, a sprawy spadkowe się przeciągały.
Mieliśmy wytrzymać trzy miesiące. Mijał ósmy.
Na początku gotowałam, bo lubiłam. Po pogrzebie trudno było patrzeć na Marka, który potrafił godzinę siedzieć nad zimną herbatą. Robiłam zupę, stawiałam przed nim talerz. Piotr też był w żałobie. Karolina pomagała mu porządkować rzeczy po mamie.
Myślałam: teraz ich odciążę, później wszystko się ułoży.
Tylko że później wszyscy wrócili do swojego życia. Oprócz mnie.
Pracowałam w rejestracji przychodni. Po ośmiu godzinach odbierania telefonów stałam w kolejce po mięso, ziemniaki, mleko. Wracałam, zdejmowałam buty i od razu wstawiałam wodę.
Karolina pracowała z domu. Kiedyś poprosiłam, żeby obrała ziemniaki.
— Mam spotkanie za piętnaście minut. Następnym razem, dobra?
Następnym razem też coś było.
Piotr zostawiał kubki na parapecie. Marek wrzucał koszule do prania i pytał wieczorem, czy będą suche na rano. Sprzątałam łazienkę, zamawiałam proszek, pamiętałam o papierze toaletowym.
Najbardziej bolało mnie nie zmęczenie. To, że nikt nawet nie pytał, czy mam siłę.
Raz powiedziałam Markowi w łóżku:
— Czuję się tutaj jak sprzątaczka z noclegiem.
Przyciągnął mnie do siebie.
— Przesadzasz. Ty po prostu najlepiej to ogarniasz.
— To nie jest komplement.
— U mnie w domu tak już było. Mama gotowała, tata załatwiał inne rzeczy.
Chciałam zapytać, jakie inne rzeczy on załatwia. Nie zapytałam. Byłam za bardzo zmęczona na kolejną rozmowę, która kończyła się moim milczeniem.
Pieniądze też znikały po cichu. Opłaty za mieszkanie dzieliliśmy na cztery osoby, ale zakupy robiłam głównie ja. Piotr czasem przelewał dwieście złotych. Karolina kupowała kawę i mówiła, że przecież też dokłada.
Marek uważał, że nasze pieniądze są wspólne. Tyle że jego zostawały na koncie, a moje przechodziły przez kasę w sklepie.
Przełom przyszedł w zwykły wtorek. Wróciłam z bólem głowy. W zlewie stały naczynia od śniadania, na blacie leżało opakowanie po szynce.
Na rodzinnej grupie czekała wiadomość od Piotra: „Będę z Karoliną o dziewiętnastej. Zostaw nam większe porcje”.
Bez pytania. Bez „proszę”.
Usiadłam na taborecie w przedpokoju i rozpłakałam się w kurtce. No i wtedy mi się po prostu skończyło.
Następnego dnia była jajecznica.
— Robisz awanturę o jeden obiad — powiedział Marek, kiedy już wszyscy stali w kuchni.
Wyjęłam zeszyt. Przez ostatni miesiąc zapisywałam wydatki, bo przestało mi starczać do wypłaty.
— Nie o jeden. O osiem miesięcy. Tutaj są zakupy. Tutaj chemia. A tutaj przelewy od was.
Piotr pochylił się nad kartką.
— Aż tyle?
— Możesz sprawdzić paragony.
Karolina zaczęła mówić, że przecież mogłam wcześniej powiedzieć. Wtedy przypomniałam jej ziemniaki, sobotnie sprzątanie i wiadomość, w której prosiłam o zwrot za zakupy.
Opuściła wzrok.
Marek nadal patrzył na mnie z urazą.
— Naprawdę musiałaś zrobić to w taki sposób?
Poczułam ucisk w gardle, ale nie uciekłam do łazienki, jak zwykle.
— Mówiłam po cichu. Nic się nie zmieniało.
Rozmowa trwała do jedenastej. Były pretensje, wyliczanie, kto ile pracuje, i trzaśnięcie drzwiami balkonu. W końcu ustaliliśmy stałą kwotę na wspólne zakupy, rozliczenie zaległych wydatków i dyżury. Gotowanie parami, sprzątanie na zmianę.
Nie zrobiło się od razu miło. Przez dwa dni Piotr ledwo się odzywał. Marek przeprosił dopiero w niedzielę, kiedy zobaczył, ile czasu zajmuje obiad i posprzątanie kuchni.
Teraz czasem jem kanapki, bo komuś nie chce się gotować. Nie biegnę wtedy do garnków. Uczę się siedzieć spokojnie, chociaż nadal mam odruch, żeby wszystkich wyręczyć.
Najtrudniej było mi uwierzyć, że mam prawo odpocząć, nawet gdy ktoś obok jest niezadowolony.
Czy naprawdę musiałam zostawić pusty garnek, żeby moje zmęczenie wreszcie stało się widoczne?