Teściowa nazwała mnie chciwą, bo nie spłaciłam długów szwagra. Wtedy mój tata położył na stole jedną kartkę

— Zrobisz ten przelew dzisiaj czy mamy jeszcze przed tobą klękać? — teściowa przesunęła mój telefon po stole, prosto między talerzyk z sernikiem a filiżankę. — Marek ma termin do jutra.

Spojrzałam na Pawła. Siedział obok mnie i skubał skórkę przy paznokciu. Czekałam, aż powie matce, żeby przestała. Zamiast tego usłyszałam:

— Może po prostu ich wysłuchaj.

Chodziło o pięćdziesiąt osiem tysięcy złotych. Prawie wszystkie moje oszczędności.

Odkładałam przez osiem lat. Pracowałam w zakładzie krawieckim, a wieczorami skracałam spodnie sąsiadom i poprawiałam sukienki na wesela. Bywało, że zasypiałam przy maszynie. Paweł nieraz zdejmował mi okulary i mówił, żebym już poszła spać.

Te pieniądze miały być na własną pracownię. Mały lokal na naszym osiedlu, dwie porządne maszyny, zapas na pierwsze miesiące składek. Żadne wielkie marzenie. Chciałam wreszcie pracować na siebie.

Marek, starszy brat Pawła, potrzebował spłacić kredyty i chwilówki. Najpierw słyszeliśmy o awarii samochodu, później o opóźnionej wypłacie. Teraz okazało się, że od miesięcy brał kolejne pożyczki na spłatę poprzednich.

— Nie oddam wam tych pieniędzy — powiedziałam.

Teść odsunął krzesło tak gwałtownie, że zadrapał podłogę.

— Rodzina jest ważniejsza niż twoje fanaberie.

— Moja praca nie jest fanaberią.

— Ale człowiek może się odbić, jak mu się pomoże — wtrąciła teściowa. — Nie bądź chciwa, Anka.

Marek siedział pod oknem. Nawet na mnie nie spojrzał. Obracał kluczyki od samochodu, którego jakoś nie zamierzał sprzedać.

W domu Paweł długo milczał. Potem stanął w drzwiach łazienki, kiedy zmywałam makijaż.

— Mogłabyś pożyczyć chociaż połowę.

— A kiedy odda?

— Nie wiem. Ustalimy.

— Zanim czy po przelewie?

Westchnął, jakbym specjalnie wszystko utrudniała.

Najbardziej zabolało mnie nie to, że poprosił. Zabolało, że znał cenę tych pieniędzy. Widział moje popękane dłonie i niedziele spędzone nad cudzymi firankami.

Przez następny tydzień jego matka dzwoniła codziennie. Kiedy wracałam z pracy, rozmowa nagle się kończyła. Raz usłyszałam z przedpokoju:

— Musisz jej wytłumaczyć. Jesteś mężem, chyba masz coś do powiedzenia.

Paweł zaczął mówić jej słowami. Że pieniądze można zarobić jeszcze raz. Że z lokalem mogę poczekać. Że jego rodzice przez to nie śpią.

— A ja śpię? — zapytałam.

Wzruszył ramionami. Tego wieczoru pościeliłam sobie w małym pokoju.

Dwa dni później zadzwoniła właścicielka upatrzonego lokalu. Miała drugą chętną osobę. Poprosiłam o kilka dni, odłożyłam telefon i rozpłakałam się przy zlewie. Wtedy zadzwoniłam do taty.

Przyjechał z torbą jabłek i drożdżówkami, jak zawsze. Wysłuchał mnie bez przerywania. Tylko raz zapytał, czy naprawdę chcę pożyczyć te pieniądze.

— Nie chcę. Ale już nie mam siły tego powtarzać.

Nazajutrz teściowie przyszli z Markiem „ostatecznie załatwić sprawę”. Tata został na moją prośbę. Paweł skrzywił się, gdy go zobaczył.

— To sprawa naszej rodziny.

— Moja córka też do niej należy, prawda? — odpowiedział tata.

Teściowa zaczęła opowiadać o solidarności. Teść powiedział, że tata powinien mnie nauczyć, czym jest małżeństwo.

Wtedy ojciec wyjął kartkę i położył ją na stole.

— Proszę spisać wszystkie długi Marka. Kwoty, wierzycieli, terminy. Potem jego dochody i plan oddawania pieniędzy Annie.

— Nie jesteśmy w banku — burknął Marek.

— Właśnie. Bank przynajmniej sprawdza, czy pożyczający potrafi spłacić zobowiązanie.

Zapadła cisza.

Tata wskazał teścia.

— Macie działkę rekreacyjną. Dlaczego jej nie sprzedacie?

— Pan chyba żartuje. Całe życie na nią pracowaliśmy.

Ojciec spojrzał na mnie, potem znów na niego.

— A moja córka te pieniądze znalazła na chodniku?

Paweł przestał skubać palce.

Teściowa zaczęła płakać. Powiedziała, że nastawiam wszystkich przeciwko sobie. Marek wstał i rzucił, że jeszcze pożałuję, kiedy sama będę potrzebowała pomocy.

— Wyjdźcie — powiedziałam.

Głos mi drżał. Musiałam powtórzyć.

Paweł otworzył drzwi.

Nie naprawiło to naszego małżeństwa od razu. Przez kilka tygodni rozmawialiśmy głównie o tym, dlaczego łatwiej było mu naciskać na mnie niż odmówić matce. Zaczęliśmy terapię. Przeprosił bez dodawania „ale”. Tego potrzebowałam.

Z teściami i Markiem zerwaliśmy kontakt po kolejnej serii wyzwisk w wiadomościach. Paweł sam napisał, że nie zgadza się na obrażanie mnie. Potem odłożył telefon. Pierwszy raz nie musiałam go o to prosić.

Pracownię otworzyłam we wrześniu. Tata przykręcał szyld, a Paweł mył witrynę. Ja stałam w środku, trzymałam pierwszy rachunek za czynsz i trochę się bałam. Tylko tym razem był to mój własny wybór.

Nadal czasem słyszę w głowie, że byłam chciwa. Czy naprawdę trzeba oddać komuś wszystko, żeby udowodnić, że jest się rodziną?