Teściowa wynosiła sprzęty z naszego mieszkania, a mąż mówił: „Przecież to moja mama”. W końcu postawiłam mu ultimatum

— Odstaw ten odkurzacz, proszę.

Teściowa stała w przedpokoju w rozpiętym płaszczu. Trzymała nasz nowy odkurzacz, a pod pachą miała torbę z pojemnikami, w których wczoraj zamroziłam obiady do pracy.

— Nie przesadzaj, Aniu. Mój ledwo ciągnie. Wy jesteście młodzi, możecie sobie zamieść.

Paweł nawet nie podniósł głowy znad talerza.

— Daj spokój. Mama odda.

— Tak jak blender? I suszarkę do prania?

Wtedy odstawił widelec. Nie dlatego, że zrozumiał. Przeszkadzało mu, że powiedziałam to takim tonem.

Mieliśmy po trzydzieści cztery lata, kredyt na dwupokojowe mieszkanie i coraz mniej cierpliwości do siebie. Pracowałam w rejestracji przychodni, Paweł w hurtowni elektrycznej. Po racie, opłatach i zakupach zostawało nam tyle, że wymiana opon oznaczała miesiąc bez żadnych dodatkowych wydatków.

Odkurzacz kupiliśmy na promocji. Odkładałam na niego od listopada, bo stary śmierdział spalenizną.

Teraz pani Halina patrzyła na mnie tak, jakbym zabraniała jej wziąć kawałek chleba.

— Sama wychowałam syna. Chyba mogę na niego liczyć?

Wyszła z odkurzaczem. Paweł pomógł jej znieść go do samochodu.

Zostałam przy stole. Zupa wystygła, ale zjadłam ją, bo przecież nie będę wylewać. Pamiętam, że właśnie wtedy pierwszy raz pomyślałam o odejściu. Nie podczas wielkiej awantury. Nad zimną pomidorową.

Początkowo nawet lubiłam jej wizyty. Przynosiła ogórki, pytała o pracę. Klucz daliśmy jej na czas naszego wyjazdu, żeby podlewała kwiaty. Potem zaczęła przychodzić bez zapowiedzi.

Wracałam z pracy, a ona przestawiała garnki albo sprawdzała, co mamy w lodówce.

— Ten ser zaraz wam się zmarnuje. Wezmę.

Raz zabrała żelazko. Dowiedziałam się rano, kiedy chciałam wyprasować koszulę na rozmowę o lepiej płatną pracę.

Paweł powtarzał, że taka już jest. Że starszej osobie trzeba odpuścić. Miała sześćdziesiąt trzy lata, emeryturę i własne mieszkanie, ale przy nim robiła się bezradna nawet wobec rachunku za telefon.

Tydzień po odkurzaczu zabrakło pieniędzy na opłatę za przedszkole naszej Zosi.

— Przecież zostawiłam osiemset złotych na koncie — powiedziałam.

Paweł zaczął wycierać czysty blat.

— Mama potrzebowała. Miała zaległość za prąd.

— Całe osiemset?

— Jeszcze leki i takie tam.

Poprosiłam, żeby pokazał przelewy. Najpierw się oburzył. Potem podał telefon.

W ciągu trzech miesięcy przelał jej dwa tysiące siedemset złotych.

Tego samego tygodnia powiedział mi, że musimy przełożyć moją wizytę u dentysty, bo „teraz naprawdę nie ma z czego”.

Usiadłam na podłodze obok kosza z praniem. No po prostu, nogi mnie nie trzymały.

— Ja chodzę z bolącym zębem, Paweł.

— Nie wiedziałem, że aż tak boli.

— Mówiłam ci.

Nie odpowiedział.

Następnego dnia zadzwoniłam do teściowej. Zapytałam spokojnie, czy możemy zobaczyć rachunek za prąd i pomóc jej ustalić wydatki.

— Będziesz mnie rozliczać? — syknęła. — Mojego syna też tak trzymasz krótko?

Wieczorem Paweł wrócił obrażony. Matka zdążyła mu powiedzieć, że nazwałam ją złodziejką.

— Naprawdę w to wierzysz? — zapytałam.

Patrzył gdzieś obok mnie.

Wyjęłam torbę z szafy. Włożyłam bieliznę, ubrania do pracy i ładowarkę. Ręce drżały mi tak, że dwa razy upuściłam telefon.

— Na kilka dni pojadę do siostry. Zosi powiemy razem, bez awantury.

Dopiero wtedy podszedł.

— Przez pieniądze rozwalisz rodzinę?

— Nie. Przez to, że boję się kupić buty dziecku, bo nie wiem, ile jeszcze obiecałeś mamie. Albo ustalimy granice i będziesz ich pilnował, albo odejdę. Ja już tak nie umiem.

Nie zatrzymał mnie obietnicą. Usiadł na łóżku i zasłonił twarz.

Rano poprosił, żebym została do wieczora. Zadzwonił do matki i zaprosił ją na rozmowę.

Przyszła z pretensją, że przez nas nie spała.

Paweł postawił przed nią herbatę.

— Mamo, oddaj klucz. I rzeczy. Nie możesz ich zabierać bez pytania.

Spojrzała na mnie.

— No, dopięłaś swego.

— To ja mówię — przerwał jej. Głos mu zadrżał. — Pieniędzy też więcej nie przeleję bez rozmowy z Anią. Jeśli brakuje ci na rachunki, usiądziemy nad nimi razem.

Rozpłakała się. Powiedziała, że poświęciła mu życie. Widziałam, jak zaciska dłonie pod stołem.

Ale nie cofnął ani słowa.

Sprzęty wróciły w sobotę. Klucz położyła przy drzwiach, bez pożegnania. Przez dwa tygodnie nie odbierała telefonów.

Nie wszystko się naprawiło. Nadal krzywię się, kiedy dzwoni wieczorem. Paweł czasem wychodzi po rozmowie z nią na balkon i długo stoi w ciszy. Ale teraz pokazujemy sobie wydatki, a wizyty ustalamy wcześniej.

Ostatnio zapytał, czy możemy pomóc jej kupić leki. Mogliśmy. Sprawdziliśmy budżet razem.

Nie chciałam, żeby przestał być jej synem. Chciałam tylko, żeby pamiętał, że jest też moim mężem.

Czy naprawdę musiałam spakować torbę, żeby wreszcie mnie usłyszał?