Kiedy leczyłam raka, rodzina nie miała dla mnie czasu. Gdy wyzdrowiałam, zażądali, żebym znów była dobrą córką i siostrą
— Nie możesz ciągle zasłaniać się tym rakiem — powiedziała mama, kiedy poprosiłam, żeby tata odebrał mnie po pierwszej chemii.
Stałam przy kuchennym zlewie z telefonem przy uchu. Woda przelewała się przez kubek, a ja nie potrafiłam zakręcić kranu.
— Ja się nie zasłaniam. Boję się wracać sama.
— Ojciec ma jutro wymianę opon. Nie wszystko może się kręcić wokół ciebie.
Miałam trzydzieści dziewięć lat i pierwszy raz pomyślałam, że naprawdę zostałam sama.
Diagnozę dostałam w lutym. Guz w lewej piersi, potem biopsja, kolejne badania, plan leczenia. Z gabinetu wyszłam z teczką dokumentów i kompletną pustką w głowie. Zadzwoniłam do mamy jeszcze na szpitalnym parkingu.
Popłakała się. Tata powiedział, że trzeba walczyć. Bracia, Paweł i Michał, napisali na rodzinnej grupie, że mam dawać znać, gdyby czegoś było trzeba.
Uwierzyłam im. No bo komu miałam uwierzyć?
Mieszkałam sama, pracowałam w księgowości małej hurtowni. Z oszczędności miałam pieniądze na zepsutą pralkę, nie na miesiące chorowania. Kiedy zaczęło się zwolnienie, każdą opłatę oglądałam z dwóch stron. Czynsz, prąd, leki, dojazdy do ośrodka oddalonego o czterdzieści kilometrów.
Rodzice mieszkali piętnaście minut ode mnie. Obaj bracia mieli samochody.
Na pierwszą chemioterapię zawiozła mnie jednak Beata, moja przyjaciółka jeszcze z technikum. Wzięła wolne w piekarni, gdzie pracowała na zmiany. Weszła rano do mieszkania z kanapkami i ładowarką.
— Klucze masz? Dokumenty? Dobra, resztę ogarniemy.
Nie powiedziała, że będzie dobrze. Chyba właśnie tego potrzebowałam: kogoś, kto nie będzie niczego obiecywał, tylko ze mną pojedzie.
Po drugim wlewie wymiotowałam tak mocno, że bolały mnie żebra. Zadzwoniłam do mamy, czy mogłaby przynieść rosół.
— Nie mogę teraz. Robię obiad, chłopaki przychodzą z dziećmi.
— To może odlej mi trochę. Ktoś podrzuci.
Westchnęła.
— Nie komplikuj. Zamów sobie coś.
Odłożyłam telefon i usiadłam na podłodze pod lodówką. Nie chodziło o ten rosół. Nawet nie byłam pewna, czy zdołam go zjeść.
Beata przyjechała wieczorem. Umyła garnek, zmieniła pościel, wystawiła śmieci. Kiedy zobaczyła włosy na poduszce, nie odwróciła wzroku. Następnego dnia siedziała obok, gdy fryzjerka skracała mi je przy samej skórze.
Wstyd mi było, że widzi moje brudne mieszkanie, zaległe rachunki i mnie taką… no, bez niczego. Bez siły nawet na udawanie.
Rodzina dzwoniła w niedziele.
— Jak tam? — pytał tata.
Kiedy zaczynałam odpowiadać, po chwili mówił, że nie trzeba się nakręcać. Paweł tłumaczył, że ma dzieci i kredyt. Michał powiedział wprost, że szpitale go dołują.
— Mnie też — odpowiedziałam.
Zaśmiał się krótko, chyba uznał to za żart.
Przestałam prosić po tym, jak zobaczyłam zdjęcia z rodzinnego grilla. Mama napisała pod nimi: „Najważniejsze, że wszyscy razem”. Tego dnia byłam po kolejnym wlewie. Nikt nawet nie zapytał, czy potrzebuję zakupów.
Zrobiłam zrzut ekranu. Nie wiedziałam po co. Później zrozumiałam, że potrzebowałam go dla siebie, kiedy zaczynałam myśleć, że może jednak przesadzam.
Leczenie trwało miesiącami. Była operacja, potem radioterapia. Beata nie mogła być przy mnie zawsze. Miała własne życie i zmęczenie, którego czasem nawet nie próbowała ukrywać. Ustalałyśmy więc konkretne dni. Resztę dojazdów organizowałam z pomocą sąsiadki albo płaciłam za przejazd, licząc, co mogę odłożyć do następnej wypłaty.
Po zakończeniu leczenia usłyszałam, że wyniki są dobre. Pozostawały kontrole i rehabilitacja ręki. Wracałam do pracy stopniowo. Zaczęły odrastać włosy.
Wtedy mama zadzwoniła z zaproszeniem na niedzielny obiad.
— Wreszcie wrócimy do normalności.
Poszłam. Chciałam powiedzieć im wszystko w oczy.
Przy stole tata zaczął opowiadać, jak bardzo wszyscy się martwili. Odłożyłam widelec.
— To dlaczego ani razu nie zawieźliście mnie na leczenie?
Zapadła cisza. Mama poprawiła obrus przy swoim talerzu.
— Każdy ma swoje obowiązki.
— Wiem. Beata też je ma. A jednak myła mi łazienkę, kiedy nie mogłam ustać na nogach.
Paweł odsunął krzesło.
— Teraz będziesz nas rozliczać? Przecież wyzdrowiałaś.
Powiedziałam im o rosole, wymianie opon, nieodebranych telefonach. O tym, jak bałam się nocą i układałam w głowie wiadomości tak, żeby nikomu nie przeszkadzać.
— Przyszłaś nam zepsuć niedzielę — powiedziała mama.
Wtedy już wiedziałam, że niczego im nie wytłumaczę.
Powiedziałam, że nie będę przyjeżdżać na święta ani prowadzić niedzielnych rozmów. Poprosiłam, żeby dzwonili tylko w pilnych sprawach.
Od kilku miesięcy słyszę od krewnych, że jestem niewdzięczna. Bracia mówią o nielojalności. Nie zamierzam wracać do poprzednich kontaktów, chociaż nadal boli mnie widok rodzin przychodzących razem na szpitalne kontrole.
Czasem tęsknię za mamą tak mocno, że sięgam po telefon. Potem przypominam sobie, jak długo ćwiczyłam jedno zdanie: „Czy możesz mi pomóc?”.
Czy jestem złą córką, skoro nie chcę już kolejny raz sprawdzać, czy tym razem odpowie inaczej?