Włożyliśmy wszystkie oszczędności w rodzinny dom męża. Po pogrzebie teściowej jego córka powiedziała nam, że mamy się wyprowadzić

— Tato, ten dom jest mój. Nie możecie zachowywać się tak, jakbyście go kupili — powiedziała Marta, opierając filiżankę na parapecie, który Marek szlifował przez trzy wieczory.

Mąż stał przy stole z teczką rachunków. Rozpiął ją za mocno i faktury rozsypały się pod nogami córki. Nie schyliła się po żadną.

— Dwieście sześćdziesiąt tysięcy — powiedział. — I osiem lat roboty. Naprawdę chcesz udawać, że tego nie było?

Marta poprawiła rękaw płaszcza.

— Babcia wiedziała, co podpisuje.

Jeszcze miesiąc wcześniej siedzieliśmy przy tym stole po pogrzebie. Podawałam rosół, pilnowałam, żeby każdy dostał czystą łyżkę. Marta płakała wtedy na ramieniu ojca. Dziś nie potrafiłam na nią patrzeć.

Do domu teściowej wprowadziliśmy się, kiedy zaczęły jej odmawiać nogi. Mieliśmy małe mieszkanie w bloku i trochę oszczędności. Dom pod Radomiem był zawilgocony, ogrzewany starym piecem, z łazienką, w której zimą zamarzała woda w rurach.

— Po co macie płacić czynsz? — przekonywała nas Zofia. — Zrobicie sobie tutaj porządnie. Przecież obcym tego nie zostawię.

Marek słyszał w tym obietnicę. Ja też, chociaż żadna z tych rozmów nie odbyła się u notariusza.

Sprzedaliśmy mieszkanie. Część pieniędzy odłożyliśmy, reszta szła w dom. Najpierw dach, bo ciekło na strychu. Potem instalacja, okna, ocieplenie. Kiedy zdrożały materiały, dobraliśmy kredyt. Marek brał sobotnie zlecenia, ja dodatkowe zmiany w sklepie.

Wieczorami zeskrobywałam farbę z futryn. Jedliśmy na stojąco, między workami zaprawy. Bywało, że kłóciliśmy się o trzydzieści złotych, a zaraz potem wybieraliśmy uchwyty do szafek. No bo to miało być już nasze ostatnie miejsce.

Zofia dostała ciepły pokój na parterze i prysznic bez brodzika. Prałam jej pościel, woziłam do przychodni, pilnowałam leków. Nie robiłam tego za dom. Chcę to powiedzieć uczciwie. Ale wierzyłam, że jesteśmy rodziną, która nie musi wszystkiego zabezpieczać podpisem.

Marta przyjeżdżała z ciastem i mówiła:

— Ale tu pięknie zrobiliście. Babcia ma jak królowa.

Nigdy nie zapytała, z czego płacimy.

O testamencie dowiedzieliśmy się po pogrzebie, kiedy Marta pokazała ojcu wypis aktu notarialnego. Zofia zapisała jej cały dom. Dokument powstał trzy lata wcześniej, niedługo przed wymianą dachu.

Marek przeczytał datę kilka razy.

— Wiedziałaś? — zapytał córkę.

— Babcia mówiła, że chce mi zapewnić jakiś start. Wy przecież macie emeryturę przed sobą, a ja jestem sama z dzieckiem.

Miałam pięćdziesiąt osiem lat, uszkodzony bark i ratę kredytu do spłacenia. Ten jej „start” kosztował nas wszystko, co miało chronić naszą starość.

Najgorsze przyszło później.

— Wiedziałaś, kiedy wybieraliśmy dachówkę?

Nie odpowiedziała od razu.

Wtedy Marek usiadł. Po prostu ugięły się pod nim nogi.

Poszliśmy do prawniczki. Wyjaśniła, że trzeba osobno zbadać możliwość dochodzenia zwrotu nakładów i sprawę zachowku. Kazała zbierać faktury, przelewy, wiadomości. Pytała, co było uzgodnione z właścicielką i jak możemy to wykazać.

Na większości paragonów druk już wyblakł. Ustalenia mieliśmy przy niedzielnym obiedzie.

Syn Marka, Paweł, próbował rozmawiać z siostrą. Zaprosił nas wszystkich do siebie. Położył na stole kalkulator i kartkę.

— Zatrzymaj dom, skoro tak zdecydowała babcia. Ale rozlicz się z ojcem. Sprzedaj go albo weź kredyt. Przecież oni nie mogą zostać z niczym.

— A dlaczego mam sprzedawać majątek mojego dziecka? — odpowiedziała Marta.

Paweł odsunął krzesło tak gwałtownie, że przewróciła się szklanka.

— Jeszcze pół roku temu prosiłaś tatę, żeby po pracy przyjechał ci skręcić kuchnię.

Wyszła bez pożegnania. Rodzeństwo od tamtej pory ze sobą nie rozmawia.

Marta zaproponowała nam później, że możemy zostać za czynsz niższy od rynkowego. Nadal mielibyśmy płacić rachunki i zajmować się domem.

Marek przeczytał wiadomość, odłożył telefon i przez kilka minut patrzył w wyłączony telewizor.

— Czyli mam jej płacić za mieszkanie pod dachem, za który jeszcze spłacam raty?

Od tamtego wieczoru szukaliśmy wynajmu.

Teraz pakuję kubki w gazetę. Znaleźliśmy dwa pokoje na trzecim piętrze, bez windy. Po kaucji i pierwszym czynszu zostanie nam niewielka rezerwa. Sprawę rozliczeń oddaliśmy prawniczce, ale na razie musimy z czegoś żyć.

Wczoraj Marek odkręcił poręcz, którą zamontował matce przy łóżku. Trzymał ją długo, aż poprosiłam, żeby usiadł.

— Nie zabierajmy jej — powiedział w końcu. — Może komuś się przyda.

O córce nie mówi źle. Pyta tylko czasem, czy dostałam od niej jakąś wiadomość. Nie dostałam.

Nie wiem, czy potrafię jej wybaczyć. Czy można odbudować zaufanie do kogoś, kto znał prawdę i przez lata patrzył, jak oddajemy temu domowi wszystko?