Teściowa chciała, żebym najpierw przepisała jej mieszkanie. Kiedy poprosiłam o jedną umowę u notariusza, przestała mówić o dobru wnuków
— Podpiszesz czy znowu zrobisz ze mnie złodziejkę? — teściowa przesunęła kartkę przez stół tak gwałtownie, że herbata wylała się na obrus.
Paweł nie podniósł wzroku. Nasza córka siedziała za ścianą i odrabiała matematykę. Słyszałam, jak przestała stukać ołówkiem.
— Nie podpiszę czegoś, czego nie rozumiem — powiedziałam.
— To zwykła zgoda. Notariusz już wszystko przygotuje.
Na kartce było moje nazwisko, adres mieszkania po babci i słowo „darowizna”. O mieszkaniu teściowej nie było ani zdania.
Mieliśmy się zamienić. Tak przynajmniej mówiła przez ostatnie trzy miesiące.
Moje dwa pokoje w bloku na poznańskich Ratajach były ciasne dla czterech osób. Syn spał we wnęce oddzielonej regałem, a ja pracowałam przy kuchennym stole. Mieszkanie dostałam po babci jeszcze przed ślubem. Bez kredytu. Z krzywą podłogą, ale własne.
Teściowa zajmowała sama siedemdziesiąt metrów. Trzecie piętro bez windy zaczęło jej dokuczać, moje było na parterze. Zamiana miała sens.
Tylko dlaczego miałam najpierw oddać swoje mieszkanie, a jej dostać „jak już pozałatwia sprawy”?
— Mama przecież cię nie oszuka — odezwał się wreszcie Paweł.
— To dlaczego nie możemy zrobić tego jednocześnie?
Teściowa zacisnęła usta.
— Bo w rodzinie powinno być trochę zaufania.
Słyszałam to już wcześniej. Kiedy pożyczyliśmy jej osiem tysięcy na leczenie zębów, też nie chciała żadnego potwierdzenia. Potem wyszło, że pieniądze dostał brat Pawła, Łukasz, na ratę samochodu. Gdy upomniałam się o zwrot, dowiedziałam się, że przecież „pomogliśmy rodzinie”, a nie udzieliliśmy pożyczki.
Paweł wtedy prosił, żebym odpuściła. Odpuściłam. Przez pół roku odkładałam wizytę u dentysty.
Teraz chodziło o całe moje mieszkanie.
Po wyjściu teściowej mąż pozbierał filiżanki. Ustawiał je w zlewie ostrożnie, jakby od tego zależało, czy zaczniemy krzyczeć.
— Upokorzyłaś ją przy mnie.
— Pytaniem o umowę?
— Sposobem, w jaki na nią patrzysz. Jakby tylko czekała, żeby nas okraść.
— Nas? Paweł, to ja mam oddać mieszkanie. Ty nie ryzykujesz niczego swojego.
Odwrócił się tak szybko, że potrącił suszarkę.
— Czyli po dwunastu latach nadal jest moje i twoje?
Nie odpowiedziałam od razu. Było mi wstyd, chociaż do dziś nie wiem za co. Za to, że babcia coś mi zostawiła? Że nie chciałam zostać z dziećmi bez żadnej pewności?
Tej nocy spał na kanapie. Rano zostawił mi kanapki do pracy, ale nie powiedział ani słowa.
Umówiłam konsultację z prawniczką. Zapłaciłam trzysta złotych i przez chwilę czułam się tak, jakbym potajemnie przygotowywała rozwód.
Pani mecenas poprosiła o numery ksiąg wieczystych. Swój miałam. O numer mieszkania teściowej musiałam poprosić trzy razy.
— Po co ci to? — zapytała przez telefon.
— Żeby sprawdzić, co właściwie mamy dostać.
Rozłączyła się. Numer przysłała wieczorem, bez komentarza.
W księdze była hipoteka.
Usiadłam na brzegu wanny, bo tam akurat składałam pranie. Patrzyłam na ekran i czułam, jak robi mi się zimno.
Sam wpis nie mówił, ile zostało do spłaty. Prawniczka wyjaśniła, że potrzebne są aktualne dokumenty z banku i warunki wykreślenia zabezpieczenia. Nie powinnam przyjmować, że wszystko jakoś się wyjaśni po podpisaniu.
Paweł zadzwonił do matki przy mnie.
Najpierw słuchał. Potem zapytał:
— Jak to Łukasz spłaca? Przecież mieszkanie jest twoje.
Kredyt zabezpieczony mieszkaniem pomagał spłacać jego brat. Właśnie stracił pracę. Teściowa liczyła, że po zamianie „jakoś wspólnie to udźwigniemy”.
Paweł usiadł obok mnie. Długo obracał telefon w dłoniach.
— Wiedziałem, że pomaga Łukaszowi. O hipotece nie wiedziałem.
Chciałam mu uwierzyć. Jednocześnie bolało mnie, że dopiero dokument przekonał go bardziej niż mój strach.
Spotkaliśmy się ponownie w niedzielę, bez dzieci.
Położyłam na stole listę warunków: sprawdzenie dokumentów przez prawniczkę, aktualne zaświadczenie z banku, uzgodniony sposób spłaty kredytu i zwolnienia hipoteki. Potem jedna umowa zamiany u notariusza. Żadnego przepisywania mojego mieszkania wcześniej.
— Nie przenoszę własności, dopóki nie wiem, że równocześnie dostanę uzgodnione mieszkanie bez tego obciążenia — powiedziałam.
— Na takie koszty to oczywiście masz — syknęła teściowa. — A rodzinie pomóc szkoda.
Paweł pierwszy raz jej przerwał.
— Mamo, mówiłaś, że pomagasz nam. Nie że mamy przejąć problem Łukasza.
Zaczęła płakać. Odruchowo sięgnął po chusteczki, ale nie wycofał tego, co powiedział.
Do zamiany nie doszło. Przynajmniej na razie. Nadal rozkładamy suszarkę między stołem a lodówką. Z Pawłem rozmawiamy, czasem trudno, czasem po dziesięć minut przed snem.
Nie cieszę się, że miałam rację. Wolałabym dostać uczciwą propozycję i nigdy nie zobaczyć tego wpisu w księdze.
Czy naprawdę brak zaufania zaczyna się od prośby o dokumenty? A może wcześniej — kiedy ktoś żąda, żeby bliska osoba zaryzykowała wszystko na słowo?