Syn przyszedł po pieniądze na mieszkanie. Kiedy powiedziałam, że ojciec potrzebuje pomocy przy kąpieli, spojrzał na zegarek
— Mamo, brakuje nam tylko trzydziestu tysięcy. Przecież wam te pieniądze leżą — powiedział Paweł, przesuwając cukiernicę, żeby położyć przede mną wydruk z banku.
Za ścianą Jan próbował wstać z fotela. Usłyszałam stuk laski, potem jego ciche przekleństwo. Syn nawet nie odwrócił głowy.
— Pomóż ojcu dojść do łazienki — poprosiłam.
Spojrzał na zegarek.
— Zaraz muszę jechać. Możemy najpierw ustalić tę pożyczkę?
Patrzyłam na niego i przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Mój syn. Ten sam, któremu kiedyś siedziałam przy łóżku przez całą noc, bo bał się zasnąć z gorączką.
Mam sześćdziesiąt osiem lat. Z Janem mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu na łódzkim osiedlu. On pracował jako elektryk, ja przez trzydzieści lat w szkolnej kuchni. Oszczędności nie spadły nam z nieba. Zostały po odkładanych wyjazdach, cerowanych kurtkach i liczeniu, czy wymienić lodówkę teraz, czy jeszcze poczekać.
Dzieciom pomagaliśmy bez wypominania. Marcie daliśmy dwanaście tysięcy na remont łazienki. Pawłowi zapłaciliśmy za naprawę samochodu, bo woził wnuczkę do przedszkola. Były też mniejsze przelewy. Tysiąc do pierwszego. Dwa tysiące, bo rata i dentysta w jednym miesiącu.
Jan czasem mruczał, że nasza książeczka oszczędnościowa ma więcej wizyt niż my. Śmiałam się. Głupio mi teraz, ale naprawdę się śmiałam.
Potem dostał udaru.
W szpitalu oboje dzieci przyjechało od razu. Marta przyniosła piżamę, Paweł rozmawiał z lekarzem. Pomyślałam wtedy, że przecież mogę na nich liczyć.
Kiedy Jan wrócił do domu, ich życie też wróciło do dawnego rytmu. Nasze nie.
Mąż nie dopinał guzików, mylił tabletki, bał się wejść do wanny. Na rehabilitację czekaliśmy, więc część wizyt opłacałam prywatnie. Po nocach nasłuchiwałam, czy oddycha. Rano schodziłam po zakupy, a potem wnosiłam siatki na trzecie piętro, odpoczywając na półpiętrze.
— Trzeba było zadzwonić — mówiła Marta.
Dzwoniłam.
Raz miała zebranie. Innym razem dzieci kaszlały. Paweł obiecywał, że wpadnie w sobotę, ale w sobotę pisał, że nie da rady. Nie kłamali za każdym razem, wiem. Mieli pracę, własne kłopoty. Tylko że nasza potrzeba pomocy zawsze mogła poczekać.
Pewnego wieczoru usiadłam na podłodze w łazience, bo zabrakło mi siły, żeby pomóc Janowi wstać. Siedział na brzegu wanny, mokry, owinięty ręcznikiem.
— Zostaw mnie, odpocznij — powiedział.
Płakałam ze złości. Na niego też, choć niczemu nie zawinił. I tego wstydziłam się najbardziej.
Trzy dni później Paweł przyniósł wydruk z banku.
Pomogłam Janowi wrócić do pokoju, a potem usiadłam naprzeciwko syna.
— Nie damy wam tych pieniędzy.
— To pożyczka, nie prezent.
— Poprzednią też tak nazywałeś.
Zacisnął usta. Osiem tysięcy za samochód miało wrócić w zeszłym roku. Nie wróciło nic.
— Czyli teraz będziemy sobie wszystko wypominać?
— Nie. Teraz pierwszy raz policzymy również to, czego nam brakuje.
Poprosiłam, żeby następnego dnia przyszedł z Martą. Bez wnuków, bez zakupów załatwianych po drodze. Chciałam spokojnie porozmawiać.
Marta od progu była spięta.
— Paweł mówi, że uważacie nas za wyrodne dzieci.
— Nie użyłam takiego słowa.
— Ale o to chodzi.
Jan długo obracał laskę w dłoniach.
— Córciu, ja się wstydzę prosić waszą matkę, żeby mnie umyła. Ona ledwo stoi. A wy pytacie, czy możemy jeszcze komuś dołożyć.
Marta spuściła oczy. Paweł patrzył w okno.
Powiedziałam, że pieniądze zostają na leczenie i pomoc w domu. Że nie chcemy kolejnych próśb o pożyczki. Potrzebujemy zakupów, zawiezienia na rehabilitację, dwóch godzin, podczas których mogę wyjść bez strachu.
— Czyli mamy teraz przychodzić według grafiku? — burknął Paweł.
— Jeśli inaczej nie potraficie, to tak.
Zrobiło się cicho. Bałam się, że wstaną i wyjdą.
Marta nagle powiedziała:
— Ty zawsze mówiłaś, że sobie radzicie.
To zabolało, bo miała rację.
— Bo chciałam, żebyście przychodzili do nas z ochotą, nie z obowiązku. Ale już sobie nie radzę.
Głos mi się urwał. Nie tak to miało, no… nie chciałam przy nich płakać.
Nie było wielkiego pogodzenia. Paweł wyszedł obrażony. Marta została i umyła naczynia. Później zapytała o termin rehabilitacji.
Minęło sześć tygodni. Córka przyjeżdża w środy. Syn robi większe zakupy i raz został z ojcem, kiedy poszłam do fryzjera. Nadal czasem patrzy na zegarek. Nadal uczymy się mówić sobie prawdę.
W zeszłą niedzielę przyszedł bez żadnej sprawy. Usiadł obok Jana i zapytał, czy obejrzą mecz. Zrobiłam trzy herbaty.
Czy naprawdę musieliśmy odmówić pieniędzy, żeby znaleźć dla siebie miejsce w ich tygodniu? Cieszę się tą herbatą we troje, ale tamto pytanie wciąż we mnie siedzi.