Przyjęłam syna i jego partnerkę, żeby stanęli na nogi. Po dziewięciu miesiącach usłyszałam, że przeszkadzam im we własnym mieszkaniu

— Mamo, możesz teraz nie wychodzić? Kasia ma rozmowę przez komputer.

Stałam w przedpokoju z pustym kubkiem. Była ósma rano, chciałam zrobić herbatę i zjeść coś przed lekami. Mój trzydziestodwuletni syn trzymał rękę na klamce do dużego pokoju, jakby pilnował wejścia.

— Kuchnia też jest zajęta? — zapytałam.

— No nie utrudniaj. Godzinę wytrzymasz.

Wróciłam do siebie. Dopiero kiedy usiadłam na łóżku, dotarło do mnie, że właśnie dostałam polecenie pozostania w pokoju. We własnym mieszkaniu.

Przyjęłam ich dziewięć miesięcy wcześniej. Paweł stracił pracę w hurtowni, a właściciel wynajmowanej kawalerki podniósł im opłatę o sześćset złotych. Kasia pracowała przy obsłudze sklepu internetowego. Raz miała więcej zleceń, raz mniej.

— Trzy miesiące, mamo. Odłożymy na kaucję i znikamy — obiecał syn.

Miałam czterdzieści trzy metry, dwa pokoje i emeryturę po trzydziestu sześciu latach pracy w szkolnej kuchni. Po śmierci męża nauczyłam się liczyć każdą stówkę, ale przecież nie powiedziałabym dziecku: radź sobie samo.

Oddałam im większy pokój. Przeniosłam telewizor do siebie, ubrania ścisnęłam w jednej szafie. Umówiliśmy się na osiemset złotych miesięcznie do opłat i osobne zakupy.

Przez pierwsze dwa miesiące było dobrze. Kasia piekła czasem ciasto, Paweł naprawił cieknący kran. Wieczorami słyszałam ich śmiech i cieszyłam się, że mieszkanie znowu żyje.

Potem pieniądze zaczęły przychodzić później.

Najpierw pięćset zamiast ośmiuset. Później dwieście, „reszta po wypłacie”. W końcu nic.

— Mamo, widziałaś ceny? — Paweł rozłożył ręce. — Jak mamy odkładać, skoro mamy ci jeszcze płacić?

— Ja też widzę ceny. Codziennie w sklepie.

Westchnął tak ciężko, jakbym to ja nie rozumiała podstawowych rzeczy.

Nie chodziło tylko o pieniądze. Rano wyjmowałam z suszarki ich mokre pranie, żeby powiesić swoje. Na stole stał komputer Kasi, ładowarki, talerze. Kiedy prosiłam o posprzątanie, słyszałam: „zaraz”. To zaraz czasem trwało do następnego dnia.

Zaczęłam jeść kolację na taborecie w kuchni, bo przy stole zawsze coś było. Ich goście przychodzili bez uprzedzenia. Ja swoją siostrę, Zofię, przestałam zapraszać, żeby nikomu nie przeszkadzać.

Zosia zauważyła to pierwsza.

— Czemu ty szepczesz przez telefon?

— Bo młodzi odpoczywają.

— A ty kiedy?

Obraziłam się na nią. Łatwiej było niż przyznać, że ma rację.

Pewnego wieczoru przyszło rozliczenie ogrzewania. Siedemset osiemdziesiąt złotych dopłaty. Położyłam kartkę przed synem.

— Musimy to podzielić.

Kasia odsunęła talerz.

— Przecież mieszkanie i tak trzeba ogrzewać. My tu kokosów nie zarabiamy.

— Ja też nie.

— Ale nie płacisz wynajmu — wtrącił Paweł.

Patrzyłam na niego i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Jakby te ściany po prostu kiedyś dostałam. Jakby jego ojciec nie brał dodatkowych zmian, a ja nie cerowała rękawów, żeby wystarczyło do pierwszego.

Wstałam i pozmywałam. Jeszcze po nich pozmywałam, no bo co miałam zrobić z rękami.

Po tamtym poranku z herbatą zajrzałam do zeszytu z wydatkami. Brakowało mi pieniędzy na wizytę u dentysty, odkładaną od grudnia. Za to tydzień wcześniej zapłaciłam cały rachunek za prąd, bo Pawłowi potrącili coś z pensji w nowej pracy.

Tego dnia poprosiłam ich, żeby usiedli ze mną przy stole. Kasia przesunęła komputer, wyraźnie zniecierpliwiona.

— Chcę, żebyście w ciągu dwóch miesięcy znaleźli inne mieszkanie.

Paweł się zaśmiał. Krótko, nerwowo.

— Wyrzucasz nas?

— Proszę was o wyprowadzkę. Z trzech miesięcy zrobiło się dziewięć. Nie dokładacie się, a ja nie daję już rady.

— Czyli pieniądze są ważniejsze od syna.

Poczułam, jak drżą mi kolana. Miałam ochotę natychmiast wszystko odwołać.

— Nie mów tak do mnie. Proszę cię.

Kasia zaczęła płakać. Powiedziała, że wstydzi się tej sytuacji, że przegląda ogłoszenia i wszędzie chcą kaucji. Pierwszy raz rozmawiałyśmy bez wzajemnych pretensji. Zaproponowałam pomoc w szukaniu, ale terminu nie cofnęłam.

Przez następne dni Paweł prawie się do mnie nie odzywał. Mijał mnie w przedpokoju i patrzył w podłogę. To bolało bardziej niż kłótnia.

Wyprowadzili się po siedmiu tygodniach do małego mieszkania na obrzeżach. Pomogłam umyć szafki przed ich wprowadzeniem. Paweł odwiózł mnie potem do domu.

— W niedzielę możemy wpaść? — zapytał przy wysiadaniu.

— Na obiad czy zamieszkać?

Uśmiechnął się słabo. Ja też.

Nadal czekam na zwykłe „przepraszam”. Ale rano mogę spokojnie usiąść przy swoim stole i wypić herbatę.

Czy naprawdę musiałam doprowadzić się do płaczu nad rachunkami, żeby wolno mi było powiedzieć własnemu dziecku: dość?