„Dlaczego dla niej zawsze jest więcej?” – Moja walka o sprawiedliwość w rodzinie męża

– Znowu tylko ogórki? – zapytałam cicho, patrząc na słoiki ustawione równo na kuchennym stole. Moja teściowa, pani Halina, nawet nie podniosła wzroku znad deski do krojenia. Michał stał obok mnie, wyraźnie spięty, jakby już czuł nadchodzącą burzę.

– A co byś chciała, Aniu? – odpowiedziała chłodno teściowa. – Przecież to domowe, zdrowe. Kasia lubi słodkie, to jej upiekłam sernik i dałam trochę pieniędzy na nowe buty.

Zacisnęłam dłonie na fartuchu. W głowie kłębiły mi się myśli: dlaczego dla niej zawsze jest więcej? Dlaczego ja, choć od lat przyjeżdżam tu z Michałem, pomagam w ogrodzie, gotuję obiady i sprzątam po rodzinnych imprezach, dostaję tylko słoiki z ogórkami? Czy naprawdę jestem tu tylko dodatkiem?

Pamiętam pierwszy raz, kiedy pojechaliśmy do rodziców Michała. Byłam wtedy pełna nadziei i ekscytacji. Chciałam zrobić dobre wrażenie. Pani Halina przyjęła mnie chłodno, ale myślałam, że to kwestia czasu. Z czasem jednak nic się nie zmieniło. Kasia – młodsza siostra Michała – zawsze była oczkiem w głowie mamy. Nawet kiedy już miała własną rodzinę i mieszkanie w Warszawie, teściowa dzwoniła do niej codziennie, wysyłała paczki z domowymi ciastami i przelewała pieniądze „na czarną godzinę”.

My z Michałem dostawaliśmy słoiki z ogórkami i czasem trochę jabłek z sadu. Nigdy nie oczekiwałam prezentów czy pieniędzy, ale ta różnica bolała coraz bardziej. Zwłaszcza gdy widziałam, jak Michał się stara – kosi trawę, naprawia płot, pomaga ojcu w warsztacie. A potem słyszy od mamy: „Dobrze, że Kasia przyjedzie na weekend, bo tak dawno jej nie widziałam”.

Pewnego dnia nie wytrzymałam. Po obiedzie, kiedy wszyscy siedzieliśmy przy stole, zebrałam się na odwagę:

– Pani Halino… chciałam zapytać… Czy my z Michałem robimy coś nie tak? Mam wrażenie, że Kasia jest dla pani ważniejsza.

W pokoju zapadła cisza. Michał spojrzał na mnie z przerażeniem. Teść chrząknął nerwowo. Kasia uniosła brwi i uśmiechnęła się ironicznie.

– Aniu, nie przesadzaj – powiedziała teściowa. – Każde dziecko jest inne. Ty masz męża, dom, pracę. Kasi jest trudniej.

– Ale ona zarabia więcej niż my oboje razem wzięci! – wyrwało mi się.

Teściowa spojrzała na mnie z wyrzutem:

– Nie rozumiesz matczynego serca. Ty nie masz dzieci, więc nie wiesz.

To zdanie uderzyło mnie jak policzek. Od lat staraliśmy się z Michałem o dziecko i tylko najbliżsi wiedzieli o naszych problemach. Poczułam łzy napływające do oczu.

Po powrocie do domu długo milczeliśmy. Michał próbował mnie pocieszyć:

– Wiesz jaka jest mama… Nie przejmuj się.

Ale ja nie mogłam przestać myśleć o tej niesprawiedliwości. Zaczęłam unikać wyjazdów na wieś. Michał jeździł sam albo wymyślaliśmy wymówki. Czułam się winna – przecież to jego rodzina. Ale ile można znosić bycie tą „gorszą synową”?

Wkrótce zaczęły się kłótnie między mną a Michałem. On był rozdarty – kochał mnie, ale czuł się odpowiedzialny za rodziców. Ja coraz częściej płakałam po nocach.

Pewnego dnia zadzwoniła Kasia:

– Anka, co ty jej nagadałaś? Mama chodzi cała roztrzęsiona! Wiesz, że ona ma słabe serce!

– Kasiu, ja tylko chciałam sprawiedliwości…

– Sprawiedliwości? Ty zawsze musisz robić z siebie ofiarę! Może po prostu zaakceptuj to, jak jest?

Rozłączyła się bez słowa pożegnania.

Zaczęłam się zastanawiać: może rzeczywiście przesadzam? Może powinnam odpuścić? Ale potem przypominałam sobie wszystkie te sytuacje: święta spędzane przy stole pełnym prezentów dla Kasi i jej dzieci; rozmowy o tym, jak to „Kasia ma ciężko”, podczas gdy nasze problemy były ignorowane; wieczne porównania i docinki.

W końcu postanowiłam porozmawiać z Michałem szczerze:

– Kocham cię i chcę być częścią twojej rodziny. Ale nie mogę dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Ta sytuacja mnie niszczy.

Michał objął mnie mocno:

– Wiem… Przepraszam cię za nich. Może powinniśmy na jakiś czas odpuścić te wizyty?

Zgodziłam się z ulgą. Przez kilka miesięcy nie jeździliśmy na wieś. Skupiliśmy się na sobie i naszych problemach. Zaczęliśmy terapię par i powoli odbudowywaliśmy naszą relację.

Po pół roku zadzwoniła teściowa:

– Aniu… może przyjechalibyście na święta? Tato tęskni za Michałem…

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Z jednej strony tęskniłam za spokojem wsi i rodzinnych spotkań przy stole. Z drugiej bałam się kolejnych upokorzeń.

W końcu pojechaliśmy. Było inaczej – mniej rozmów o Kasi, więcej zwykłych gestów życzliwości ze strony teścia. Teściowa była powściągliwa, ale wyczuwałam w niej próbę pojednania.

Nie wiem, czy kiedykolwiek poczuję się tam naprawdę jak w domu. Ale wiem jedno: zasługuję na szacunek i równe traktowanie.

Czy naprawdę tak trudno jest być sprawiedliwym wobec wszystkich dzieci? Czy rodzina to miejsce dla każdego – czy tylko dla tych „wybranych”?