Kiedy krew kapała na klatkę schodową, a mój pies nie chciał puścić rękawa policjanta — wtedy zrozumiałam, że wypalenie mnie zabije, jeśli ja sama nie przerwę tego hałasu
Szarpnęłam smycz tak mocno, że linka wbiła mi się w dłoń, a on i tak ciągnął w dół klatki. W półmroku czułam zapach mokrego betonu i ostrej, metalicznej krwi. Na trzecim piętrze ktoś zostawił otwarte drzwi, a na wycieraczce leżał rozbity kieliszek. Mój pies warknął i wsunął pysk w szparę, jakby chciał wejść do środka. Wtedy usłyszałam stłumiony płacz i czyjś szept: „Nie dzwoń…”
Nazywam się Marta, mam czterdzieści dwa lata i mieszkam w Łodzi, na Retkini, w bloku z wielkiej płyty. Pracowałam w call center, potem w dziale reklamacji w hurtowni AGD. Zawsze w słuchawkach, zawsze z cudzymi pretensjami w uchu. Przez lata mówiłam sobie, że to tylko praca. Że wrócę do domu i odpocznę. A potem w domu też nie odpoczywałam, bo w głowie dalej brzmiały głosy klientów.
Wypalenie przyszło po cichu. Najpierw przestałam czuć radość. Potem zaczęłam czuć tylko ciężar. Rano budziłam się z wrażeniem, że ktoś położył mi na klatce piersiowej worek z piaskiem. W autobusie 76 śmierdziało spalinami i mokrymi kurtkami, a ja liczyłam przystanki jak skazaniec. W pracy robiłam wszystko mechanicznie. Zdarzało mi się patrzeć w ekran i nie rozumieć, co czytam.
Pies pojawił się w moim życiu nie dlatego, że byłam gotowa. Pojawił się, bo nie umiałam przejść obok.
To było w listopadzie, kiedy wiatr wciskał się pod kołnierz, a na chodnikach leżały zgniłe liście, pachnące wilgocią i rozkładem. Wracałam z pracy późno. Na przystanku ktoś zostawił karton. Słyszałam ciche skomlenie. Zajrzałam i zobaczyłam chudego kundla z posklejaną sierścią, w kolorze jak przypalona kawa z mlekiem. Miał jedno ucho postawione, drugie opadało. Oczy miał czujne, ale zmęczone.
Powinnam była zadzwonić do schroniska i odejść. Powinnam była pomyśleć o czynszu, o tym, że w mojej kawalerce regulamin wspólnoty krzywo patrzy na psy. Powinnam była pamiętać, że nie mam siły na nic.
A jednak uklękłam. Dotknęłam jego karku. Był zimny i drżał. Poczułam pod palcami wystające kości. On polizał mi dłoń, ostrożnie, jakby sprawdzał, czy mu nie zrobię krzywdy.
To była moja pierwsza nieodwracalna decyzja: zabrałam go do domu.
W windzie pachniało starym smarem i czyimś papierosem. Pies stał przy mojej nodze i oddychał szybko. Czułam jego ciepło przez cienkie spodnie. W mieszkaniu położyłam mu koc, a on od razu się na nim zwinął. Słyszałam jego ciężki oddech. Co jakiś czas wzdychał, jak człowiek.
Następnego dnia poszłam do weterynarza na Wyszyńskiego. W poczekalni było duszno, pachniało mokrą sierścią i środkiem do dezynfekcji. Weterynarz obejrzał go, podniósł wargę, sprawdził zęby. Powiedział: „Zapalenie ucha, świerzb, niedożywienie. Trzeba leczyć.”
Koszt wizyty i leków był jak policzek. W portfelu miałam niewiele. Wtedy poczułam wściekłość. Nie na weterynarza. Na siebie, że wzięłam odpowiedzialność. Na świat, że ktoś wyrzucił żywe stworzenie jak śmieć.
Wracałam do domu i myślałam, że może oddam go do schroniska. On szedł obok, potykał się o własne łapy, ale nie ciągnął. Co chwilę ocierał się o moją nogę. Ten dotyk był jednocześnie miły i męczący. Jakby mówił: „Już jestem, nie znikaj.”
Wypalenie nie znika, kiedy przychodzi pies. Zmienia tylko kształt. Zamiast leżeć po pracy w ciszy, musiałam wychodzić. Rano, w deszczu, kiedy zimne krople wchodziły mi za kołnierz. Wieczorem, kiedy śnieg sypał drobno i skrzypiał pod butami. Czasem miałam ochotę krzyczeć, bo marzyłam o tym, żeby nikt ode mnie nic nie chciał.
A on chciał. Miski. Spaceru. Mojej obecności.
Nazwę mu dałam dopiero po tygodniu. „Borys” wyszło mi z ust, kiedy usiadł przy drzwiach i popatrzył na mnie tak, jakby czekał na pozwolenie. Borys brzmiał solidnie. Jak ktoś, kto zostaje.
Zaczęliśmy rutynę. Te same ścieżki między blokami, te same krzaki, te same śmietniki. W powietrzu mieszał się zapach smażonej cebuli z okien i wilgotnej ziemi z trawników. Ludzie mijali nas obojętnie. Ja też byłam obojętna. Myślałam, że tak już zostanie.
Aż pewnego dnia na spacerze spotkałam sąsiadkę z parteru, panią Halinę. Zawsze widziałam ją z siatkami z rynku. Tym razem stała z kluczami w ręku i płakała.
„Znowu mi ktoś porysował drzwi” – powiedziała. Borys podszedł do niej, powąchał jej rękaw, potem położył łeb na jej kolanie. Pani Halina odruchowo pogłaskała go po grzbiecie. Jej palce drżały. Ja stałam niezręcznie, bo nie umiałam pocieszać ludzi.
„Ma pani dobrego psa” – szepnęła.
To była pierwsza rozmowa z kimkolwiek w moim bloku, która nie była o śmieciach czy głośnej muzyce. Od tego dnia pani Halina zaczęła mówić mi „dzień dobry” inaczej. Czasem pytała, jak Borys. Ja odpowiadałam. Prosto. Bez uciekania wzrokiem.
W pracy było gorzej. Szefowa zaczęła naciskać na wyniki. „Marta, musisz wyrabiać normę.” A ja nie wyrabiałam. Przez noc budziłam się z uczuciem, że dzwoni telefon. Rano miałam mdłości. W autobusie zaciskałam zęby.
Któregoś dnia, w styczniu, kiedy mróz trzymał jak zaciśnięta pięść, wróciłam z pracy i położyłam się w ubraniu na wersalce. Borys wskoczył obok. Poczułam jego ciepło przy brzuchu. Jego serce biło szybko, równo. Wpatrywał się we mnie, a ja nagle pomyślałam: „Jeśli ja zniknę, on znowu trafi do kartonu.”
To była druga nieodwracalna decyzja: poszłam do lekarza rodzinnego i poprosiłam o pomoc.
Nie było to heroiczne. Było upokarzające. W przychodni na NFZ czekałam dwie godziny. W korytarzu pachniało płynem do podłóg i czyimś mentolowym maścią. Ludzie kaszleli. Ktoś kłócił się o kolejkę. Ja siedziałam i czułam, że zaraz ucieknę.
Lekarka, pani doktor Wysocka, spojrzała na mnie i zapytała: „Co panią sprowadza?”
Chciałam powiedzieć: „Nic.” Zamiast tego powiedziałam: „Nie śpię. Nie mam siły. Boję się, że któregoś dnia nie wstanę.”
Dostałam skierowanie do psychiatry i zalecenie terapii. Terminy były odległe. Pani doktor rozłożyła ręce. „Tak to wygląda. Mogę pani dać coś na sen, ale to nie rozwiąże problemu.”
Wyszłam na zewnątrz. Powietrze było ostre, czyste, aż bolało w płucach. Borys szedł obok, a ja czułam w kieszeni kartkę ze skierowaniem jak ciężki kamień.
Kryzys przyszedł w nocy, tej, od której zaczęłam.
Była prawie druga. Wyszłam z Borysem na szybki spacer, bo nie chciał się uspokoić. Zwykle w nocy było cicho, tylko gdzieś w oddali słychać było tramwaj. Tym razem na klatce schodowej było dziwnie. Światło migało. Na stopniach zobaczyłam smugi.
Borys znieruchomiał. Zjeżył sierść. Pociągnął mnie w górę.
Na trzecim piętrze drzwi do mieszkania młodego chłopaka, tego co zawsze słuchał głośno muzyki, były uchylone. W środku grało radio, ale cicho. Jakby ktoś zapomniał wyłączyć. Na wycieraczce leżał kieliszek. I ta krew.
Zamarłam. Wypalenie nauczyło mnie unikać problemów. W mojej głowie od razu było: „Nie mieszaj się. To nie twoje.”
Borys jednak wsunął pysk w szparę i zaczął szczekać, krótko, ostro. Jak alarm. Usłyszałam czyjś płacz. Potem szept.
Wtedy podjęłam trzecią nieodwracalną decyzję: zadzwoniłam na policję.
Ręce mi się trzęsły. Mówiłam szybko, plątały mi się słowa. Dyspozytorka kazała mi zostać na miejscu. Ja chciałam zamknąć drzwi i uciec do siebie. Borys stał jak przybity. Jego oddech był szybki, parował w zimnym powietrzu klatki.
Policja przyjechała po kilkunastu minutach. Dwóch funkcjonariuszy. Jeden młody, drugi starszy. Starszy próbował podejść do drzwi, a Borys złapał go za rękaw. Nie ugryzł, tylko chwycił i nie puszczał. Jakby mówił: „Uważaj.”
W środku znaleźli dziewczynę. Siedziała na podłodze, miała rozcięty łuk brwiowy. Pachniało alkoholem, słodko i kwaśno. W kącie leżał chłopak, półprzytomny. Ktoś ich pobił, a potem uciekł. Dziewczyna powtarzała, że to „koledzy” i że „nie trzeba robić afery”.
Gdyby nie Borys, poszłabym spać. Powiedziałabym sobie rano, że pewnie ktoś rozlał wino. A ta dziewczyna może by zasnęła z krwawieniem. Może by się udławiła wymiocinami. Tego nie wiem. Wiem tylko, że karetka zabrała ich do szpitala im. Barlickiego.
Następnego dnia policjant zadzwonił do mnie po zeznania. Znowu papierologia, znowu czekanie. A ja byłam zmęczona jak po maratonie. W pracy wzięłam urlop na żądanie. Szefowa była wściekła. „Znowu?”
Wypalenie mówiło: „Jesteś problemem.” Borys mówił ciałem: „Jesteś potrzebna.” I to było strasznie niewygodne.
Pani Halina przyniosła mi rosół w słoiku. „Taki domowy, żeby pani stanęła na nogi.” W mieszkaniu pachniało marchewką i koperkiem. Zjadłam. Pierwszy raz od dawna poczułam głód.
Kilka tygodni później zadzwoniła do mnie ta dziewczyna. Miała na imię Karolina. Dostała mój numer od policji. Powiedziała, że chce podziękować. Jej głos był zachrypnięty. „Gdyby nie pani, nie wiem…”
Nie umiałam przyjąć wdzięczności. Było mi głupio. Powiedziałam tylko: „To pies. On pierwszy.”
Borys w tym czasie miał nawrót z uchem. Kolejna wizyta, kolejne koszty. Stałam w lecznicy, słuchałam, jak weterynarz mówi o kroplach i badaniu. Myślałam o rachunkach. O tym, że mój pracodawca nie będzie czekał, aż ja się poskładam.
I wtedy przyszła decyzja, której się bałam najbardziej. Złożyłam wypowiedzenie.
To była moja czwarta nieodwracalna decyzja, choć wcale nie wyglądała jak odwaga. Raczej jak skok w zimną wodę. Znalazłam pracę na pół etatu w małej księgarni na Piotrkowskiej. Mniej pieniędzy. Więcej powietrza. I godziny, które pozwalały mi być z Borysem.
Nie było cudów. Nadal miewałam dni, kiedy nie chciało mi się wstawać. Nadal czasem denerwowało mnie, że muszę wyjść na spacer, kiedy leje i wieje. Czasem krzyczałam na niego bez powodu, a potem płakałam w łazience, czując zapach proszku do prania i własnego wstydu.
Ale coś się przesunęło. Zaczęłam zasypiać, słysząc jego spokojny oddech. Czułam, jak jego bok unosi się i opada przy moim. W zimowe wieczory kładł łeb na mojej stopie, a jego ciepło przechodziło przez skarpetę. To nie było romantyczne. To było zwierzęce, konkretne.
Karolina czasem pisała SMS-y. Pani Halina przestała płakać na klatce. W bloku nadal bywało głośno, ale ja przestałam być przezroczysta.
Wypalenie nie zniknęło. Stało się czymś, co umiem nazwać. I czymś, z czym nie muszę zostać sama.
Czasem myślę o tej nocy z krwią na schodach. O tym, jak łatwo było udawać, że nie widzę. I o tym, że to pies, kundel z kartonu, wymusił na mnie ruch.
Czy lojalność to zawsze piękne słowo, czy czasem po prostu ciężar, którego nie wolno zrzucić na słabszego? A jeśli odpowiedzialność przyszła do was w najbardziej niewygodnej formie, to uciekliście czy zostaliście?