Kiedy mąż mnie zawiódł podczas porodu: Prawdziwa siła polskiej kobiety
— Przestań już jęczeć, ile to jeszcze potrwa? — głos Pawła odbił się echem od szpitalnych ścian, przeszywając mnie bardziej niż skurcz, który właśnie rozrywał mi brzuch. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. W tej chwili, kiedy najbardziej potrzebowałam wsparcia, on siedział na plastikowym krześle, przewracając oczami i zerkając na telefon.
To była nasza pierwsza noc w szpitalu. Miałam rodzić nasze dziecko. Wyobrażałam sobie, że będzie trzymał mnie za rękę, szeptał słowa otuchy, może nawet uroni łzę wzruszenia. Zamiast tego dostałam chłód i irytację. — Może byś się trochę ogarnęła? Przecież inne kobiety też rodzą i nie robią takiego przedstawienia — dodał cicho, ale wystarczająco głośno, bym poczuła się upokorzona.
Zacisnęłam zęby. Położna spojrzała na mnie ze współczuciem, a potem na Pawła z dezaprobatą. — Proszę pana, jeśli nie potrafi pan pomóc żonie, lepiej niech pan wyjdzie — powiedziała stanowczo. Paweł tylko wzruszył ramionami i wyszedł na korytarz.
Zostałam sama. Sama z bólem, strachem i poczuciem zdrady. Przez kolejne godziny powtarzałam sobie w myślach: „Dasz radę, Magda. Dasz radę sama.”
Kiedy w końcu urodziłam Zosię, łzy płynęły mi po policzkach. Nie tylko z bólu czy szczęścia — to była mieszanka wszystkiego: ulgi, żalu i rozczarowania. Paweł wrócił dopiero rano, z kubkiem kawy w ręku i miną obrażonego chłopca. — No i po wszystkim — rzucił bez emocji.
Przez kolejne dni w szpitalu czułam się jak cień samej siebie. Inne kobiety rozmawiały z mężami przez telefon, dostawały kwiaty, czekoladki. Ja miałam tylko ciszę i spojrzenia pełne litości od personelu.
Po powrocie do domu wszystko miało się zmienić — tak sobie obiecywałam. Ale Paweł był coraz bardziej nieobecny. Znikał do pracy, wracał późno, unikał rozmów o porodzie. Kiedy próbowałam poruszyć temat tamtej nocy, machał ręką: — Przesadzasz. Każdy ma swoje problemy.
Pewnego wieczoru, gdy Zosia płakała już trzecią godzinę z rzędu, a ja byłam na skraju wyczerpania, poprosiłam Pawła o pomoc.
— Może byś się w końcu nauczyła radzić sobie sama? — rzucił zirytowany.
Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie mogę liczyć na wsparcie od osoby, która powinna być najbliżej. Przestałam prosić. Zaczęłam działać sama.
Moja mama przyjeżdżała codziennie, pomagała mi przy Zosi, gotowała obiady i powtarzała: — Magda, jesteś silniejsza niż myślisz.
Ale w środku czułam się jak wrak. Każdego dnia walczyłam z poczuciem winy — czy to ze mną jest coś nie tak? Czy to ja przesadzam? Może rzeczywiście powinnam być twardsza?
Pewnej nocy usiadłam przy łóżeczku Zosi i zaczęłam płakać. Cicho, żeby jej nie obudzić. Wtedy przyszła mama i przytuliła mnie mocno.
— Córciu, nie pozwól nikomu siebie złamać. Nawet jeśli to twój mąż.
Te słowa były jak iskra. Postanowiłam zawalczyć o siebie.
Zaczęłam chodzić do psychologa. Na początku w tajemnicy przed Pawłem — bałam się jego reakcji. Ale z każdym spotkaniem czułam się silniejsza. Uczyłam się mówić o swoich uczuciach i potrzebach bez poczucia winy.
W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam Pawłowi wszystko: o bólu tamtej nocy, o poczuciu samotności i o tym, że nie chcę tak żyć.
— Przesadzasz — powtórzył jak mantrę.
— Nie przesadzam — odpowiedziałam spokojnie. — Po prostu już nie chcę być niewidzialna.
Zaczęliśmy chodzić na terapię dla par. Paweł był sceptyczny, często ironizował podczas spotkań. Ale ja już wiedziałam jedno: nawet jeśli on się nie zmieni, ja już nigdy nie pozwolę sobie odebrać godności.
Dziś Zosia ma dwa lata. Jest cudownym dzieckiem — radosnym, ciekawym świata. Paweł… jest nadal obok nas, ale nasza relacja jest inna. Już nie czekam na jego wsparcie za wszelką cenę. Nauczyłam się być dla siebie najważniejsza.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: ile jeszcze polskich kobiet przeżywa to samo w ciszy? Ile z nas boi się zawalczyć o siebie? Może czas przerwać milczenie i zacząć mówić głośno o tym, co boli?