Kuzynka zabrała mi pokój, a pies zmusił mnie, żebym w końcu postawiła granice
Szarpnęłam klamkę tak mocno, że skóra na palcach pękła i poczułam metaliczny smak krwi w ustach, choć nie wiedziałam jeszcze skąd. Mój pies, Rysiek, wcisnął łeb w szparę pod drzwiami i zawył, jakby ktoś go dusił. Z drugiej strony słychać było tylko szybkie kroki i trzask zamka. Ktoś zamknął nas na korytarzu, a w środku zostały moje dokumenty i leki, i nagle dotarło do mnie, że to nie jest już mój dom…
Mieszkałam w Łodzi, na Retkini, w bloku z wielkiej płyty, gdzie klatka pachniała jednocześnie detergentem i wilgocią. Ten zapach zawsze mnie uspokajał, bo kojarzył się z dzieciństwem, z mamą myjącą schody „bo sąsiedzi patrzą”. Po rozwodzie wróciłam do niej „na chwilę”, jak to się u nas mówi. Chwilę, która rozlała się na dwa lata. Samotność po rozwodzie nie była wielkim dramatem z filmów. To była cisza w kuchni o szóstej rano, kiedy czajnik gwiżdże dla nikogo. To był brak wiadomości na telefonie i to, że nikt nie pytał, czy dojechałam.
Kiedy mama powiedziała, że przyjedzie jej siostrzenica, moja kuzynka Ola, „tylko na miesiąc, bo studia i praktyki”, nawet nie protestowałam. Byłam zmęczona kłótniami. A poza tym w naszej rodzinie odmawia się z trudem. Ola przyjechała z walizką na kółkach i zapachem tanich perfum, które zostawały w przedpokoju jak ślad. Uśmiechała się szeroko, a ja udawałam, że ten uśmiech mnie nie drażni.
Pierwszego dnia mama powiedziała: „Oddasz jej swój pokój, bo ty i tak śpisz byle gdzie, a ona musi się uczyć”. To było zdanie wypowiedziane spokojnie, jakby dotyczyło przesunięcia krzesła, nie mnie. Mój pokój był jedynym miejscem, gdzie trzymałam swoje rzeczy po rozwodzie. Zdjęcia, notesy, ubrania, które jeszcze pachniały dawnym mieszkaniem. Kiedy weszłam tam wieczorem, zobaczyłam, że Ola już rozłożyła swoje kosmetyki na mojej komodzie. Moje rzeczy stały w kartonie na podłodze.
Wtedy pojawił się Rysiek. Nie kupiłam go, nie planowałam. Tydzień wcześniej wracałam z pracy z późnej zmiany w aptece. Padał drobny deszcz, taki, który wchodzi w kołnierz i sprawia, że skóra robi się lepka. Na przystanku przy alei Wyszyńskiego siedział pies, chudy, z poszarpanym uchem. Nie był rasowy. Miał szorstką sierść w kolorze ciemnej kawy z mlekiem, jak brudny dywan. Pachniał mokrą sierścią i czymś kwaśnym, jakby spał w piwnicy. Podszedł do mnie i dotknął nosem mojej dłoni. Ciepły, mokry nos. Zadrżałam, bo to było pierwsze świadome dotknięcie od tygodni.
Zabrałam go do domu, choć mama kręciła nosem. „W bloku nie wolno, są skargi, a jak będzie szczekał?” Ola prychnęła: „Serio? Pies? W takim mieszkaniu?” Wtedy pierwszy raz poczułam w sobie opór, ale jeszcze cichy. Powiedziałam tylko: „Zostaje na noc. Jest zimno”. Noc okazała się początkiem. Rysiek spał przy moich nogach na rozłożonym kocu w salonie. Czułam jego oddech, równy i ciepły, na mojej łydce. Kiedy się poruszałam, on przesuwał się bliżej, jakby sprawdzał, czy nie zniknę.
Pierwsze tygodnie z nim były jak obowiązek narzucony z góry. Wstawałam wcześniej, bo trzeba było wyjść. W zimowe poranki mróz szczypał w policzki, a chodnik był śliski od posypanej soli. Czułam pod palcami szorstką smycz i napięcie jego mięśni, kiedy ciągnął do krzaków pod blokiem. Wkurzałam się. Zdarzało mi się syknąć: „Rysiek, no ile można”. A potem miałam wyrzuty sumienia, bo on patrzył na mnie tak, jakby naprawdę mnie rozumiał.
Weterynarz kosztował. Pierwsza wizyta w lecznicy na osiedlu to był dla mnie cios. Odrobaczenie, szczepienia, badanie ucha. Wyciągnęłam kartę, a w głowie liczyłam rachunki. Po rozwodzie spłacałam kredyt za sprzęty, które zostały u byłego męża, bo „tak było prościej”. Prościej dla niego. Dla mnie była to dziura w budżecie. NFZ nie pomoże, kiedy pies choruje. A ja, zamiast kupić sobie nowe buty, kupiłam mu krople.
Rysiek zaczął zmieniać moje dni w sposób, którego nie planowałam. Zmuszał mnie do wychodzenia, kiedy najchętniej zasłoniłabym się kołdrą. Na spacerach spotykałam sąsiadów, których wcześniej omijałam. Starsza pani z parteru, pani Halina, raz powiedziała: „Ładny kundelek. Widać, że panią pilnuje”. Zaśmiałam się krótko, ale w środku coś się poruszyło. Ktoś mnie widział.
W domu było gorzej. Ola rozsiadła się w moim pokoju jak w hotelu. Zaczęła zamykać drzwi, bo „musi mieć spokój”. Mama stawała po jej stronie, bo „młoda, trzeba pomóc”. Ja spałam na wersalce w salonie, między suszarką z praniem a pudłami z moimi rzeczami. Wieczorami słyszałam ich śmiech zza drzwi. Ten śmiech miał zapach kawy i ciastek, które Ola piekła tylko dla siebie.
Rysiek nie rozumiał rodzinnych układów. On rozumiał tylko, że ja jestem jego człowiekiem. Kiedy Ola krzyczała na mnie, że pies brudzi, Rysiek stawał między nami. Nie warczał. Po prostu stał, napięty, jakby mówił: „Stop”. To było dziwnie upokarzające, że dopiero pies pokazał mi granicę, której ja nie umiałam postawić.
Pierwsza nieodwracalna decyzja przyszła nagle. Ola zaczęła zostawiać otwarte drzwi wejściowe, bo „skoczy tylko do Żabki”. Rysiek raz wybiegł na klatkę. Zleciałam po schodach boso, czując zimny beton pod stopami. Znalazłam go przy windzie, trząsł się, dyszał szybko, serce waliło mu pod żebrami jak młot. Przytuliłam go, a jego mokra sierść przykleiła mi się do policzka. Pachniał kurzem i strachem.
Tego samego wieczoru powiedziałam mamie: „Albo Ola zaczyna szanować zasady, albo ja się wyprowadzam”. To nie było teatralne. To było spokojne, bo byłam już pusta. Mama spojrzała na mnie, jakbym ją zdradziła. „Przez psa robisz awanturę?” zapytała. I wtedy zrozumiałam, że to nie przez psa. To przez mnie. Pies był tylko zapalnikiem.
Zaczęłam szukać pokoju do wynajęcia. Rynek był bezlitosny. W ogłoszeniach wszędzie: „bez zwierząt”. Dzwoniłam, tłumaczyłam, prosiłam. Słyszałam w słuchawce westchnienia i szybkie „nie”. Płakałam w autobusie 76, patrząc przez zaparowaną szybę na mokre ulice. Rysiek leżał wtedy w domu i czekał. W końcu znalazłam małą kawalerkę na Dąbrowie, u faceta, który sam miał kiedyś psa. Kaucja zjadła moje oszczędności. Druga nieodwracalna decyzja: podpisałam umowę, choć bałam się, że nie dam rady.
Przeprowadzka była jak ucieczka. Kartony, worki, smycz w zębach Ryśka, bo nie chciał jej puścić. Mama nie pomogła. Ola stała w drzwiach mojego dawnego pokoju i przewracała oczami. Pani Halina przyszła na chwilę, podała mi taśmę i powiedziała: „Niech pani idzie. Pani jeszcze pożyje”. To zdanie bolało i leczyło jednocześnie.
W nowym mieszkaniu było zimno. Kaloryfery grzały słabo, a z okna ciągnęło. Czułam zapach starej farby i smażonej cebuli od sąsiadów. Ale to była moja przestrzeń. Rysiek chodził po kątach, obwąchiwał listwy, jakby sprawdzał, czy tu jest bezpiecznie. Pierwszej nocy spał przy mojej piersi. Czułam jego ciepło i ciężar, jakby kotwica trzymała mnie na miejscu.
Trzecią nieodwracalną decyzję podjęłam, kiedy przyszła prawdziwa panika. Pewnego popołudnia wróciłam z pracy i znalazłam smycz przeciętą. Rysiek zniknął. Okno było uchylone, a na parapecie ślady błota. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Wybiegłam na klatkę, krzyczałam jego imię. Na dworze wiał ostry wiatr, niebo było niskie i szare, jakby miało zaraz spaść. Śnieg z deszczem wciskał się pod kurtkę.
Biegałam po osiedlu godzinami. Ręce miałam czerwone z zimna, w gardle czułam smak taniej kawy z automatu, którą wypiłam w biegu. W końcu podszedł do mnie mężczyzna w odblaskowej kurtce. „Pani pies? Taki szorstki? Zabrali go do schroniska na Marmurowej, bo biegał przy ulicy” powiedział. „Zabrali” brzmiało jak wyrok.
W schronisku pachniało moczem, mokrą słomą i środkami czystości. Ten zapach wchodził w ubrania, w włosy, w pamięć. Stałam w kolejce, a pani w okienku mówiła o procedurach, o opłatach, o tym, że muszę pokazać dowód i potwierdzić szczepienie. Miałam wrażenie, że mój mózg nie nadąża. Kiedy w końcu zobaczyłam Ryśka w boksie, skakał na kraty i dyszał tak szybko, że bałam się, że się udusi. Jego oczy były czerwone od stresu.
Zapłaciłam karę i opłaty, choć to znaczyło, że przez tydzień będę jadła makaron z masłem. W drodze do domu trzymałam go mocno za obrożę, aż czułam pod palcami twardą skórę i drżenie. Wtedy dotarło do mnie, że ktoś musiał przeciąć smycz. Okno było za wysoko, żeby sam wyskoczył. Nie chciałam wierzyć, ale myśl wracała jak ból zęba.
Zgłosiłam sprawę na policję. To była decyzja, której wcześniej bym nie podjęła, bo „po co robić aferę”. Na komisariacie pachniało starym papierem i potem. Policjant patrzył na mnie z lekkim znużeniem, ale spisał zeznanie. Nie miałam dowodów, tylko podejrzenia. Podejrzenia, że Ola albo ktoś z rodziny, kto miał klucze, chciał mi „pokazać”. Wyszłam stamtąd z uczuciem wstydu i ulgi jednocześnie. Wstyd, bo brzmiałam jak histeryczka. Ulga, bo w końcu powiedziałam głośno: ktoś mnie przekroczył.
Konsekwencje przyszły szybko. Mama zadzwoniła wieczorem. Krzyczała, że „wciągam policję w rodzinne sprawy”, że „Ola płakała”, że „jak mogłam”. Rysiek leżał wtedy obok, a ja czułam jego spokojny oddech na mojej dłoni. Dotknęłam jego ucha, tego poszarpanego, i powiedziałam do telefonu: „Mamo, ja już nie wrócę. I nie będę przepraszać za to, że chronię to, co moje”. Słowa wyszły szorstko, ale prawdziwie.
Nie było cudownego pojednania. Mama przestała dzwonić na kilka miesięcy. W pracy szefowa kręciła nosem, bo musiałam czasem wyjść wcześniej do weterynarza. Raz usłyszałam: „Pani Aniu, to tylko pies”. A ja chciałam odpowiedzieć, że to nie „tylko”. To mój powód, żeby wstać.
Z czasem zaczęłam oddychać inaczej. Nie szerzej, tylko spokojniej. Rysiek nauczył się nowych tras spacerów. Wiosną pachniało mokrą ziemią i świeżo skoszoną trawą na skwerze, gdzie dzieci grały w piłkę. Siadałam na ławce, czułam pod palcami chropowate drewno, a on kładł łeb na moim kolanie. Ciepły, ciężki. Jakby mówił: „Jestem”.
Największa zmiana była w tym, że przestałam udawać, że mi wszystko jedno. Zaczęłam stawiać granice w małych rzeczach. Nie brałam dodatkowych zmian, kiedy byłam wykończona. Nie odbierałam telefonów, kiedy czułam, że ktoś chce mnie zgnieść. Z mamą rozmawiam teraz rzadko. Kiedy już, to krótko i bez tłumaczeń. Nadal boli, że własna rodzina potrafi zabrać ci miejsce w domu. Ale już nie próbuję zasłużyć na prawo do własnego kąta.
Czasem patrzę na Ryśka, kiedy śpi i porusza łapą, jakby biegł we śnie. Myślę wtedy o tym, jak łatwo było mi kiedyś oddawać wszystko, żeby tylko był spokój. I o tym, że spokój kupowany moim kosztem był kłamstwem.
Powiedzcie mi szczerze: gdzie kończy się „rodzina”, a zaczyna odpowiedzialność za siebie i za tego, kto od ciebie zależy? I czy lojalność to jeszcze miłość, czy już strach przed samotnością?