Mam trzydzieści lat i czuję, jak samotność zaciska mi się na gardle
— No i co, nadal sama? — głos cioci Ewy przeciął kuchnię jak nóż.
Stałam z talerzem w rękach, a rosół parował, jakby miał zakryć to, co właśnie usłyszałam. Mama udawała, że miesza w garnku. Tata patrzył w telewizor, chociaż był wyłączony.
— Ciociu… — zaczęłam, ale nie zdążyłam.
— Bo wiesz, Ania, czas leci. Trzydzieści lat. Zegar tyka — dorzuciła, jakby mówiła o rachunkach.
Wtedy poczułam to znajome ukłucie. Nie w sercu. W żołądku. Ten wstyd, że nie mam kogo przyprowadzić. Że moje życie nie wygląda jak na zdjęciach koleżanek.
Kasia wrzuciła właśnie kolejne ujęcie: pierścionek na palcu, uśmiech, podpis „na zawsze”. Magda ma już drugie dziecko. Nawet Paweł… mój były… ma partnerkę. Widziałam ich na rynku. Trzymał ją za rękę tak, jak mnie kiedyś. Jakby tamte pięć lat małżeństwa było tylko przerwą w jego prawdziwym życiu.
— Może spróbuj tych aplikacji — odezwała się mama, w końcu podnosząc wzrok. — Tylko… nie wybredzaj. Wiesz, jak jest.
„Nie wybredzaj.” Jakbym szukała butów na wyprzedaży.
— Mamo, ja nie jestem wybredna. Ja jestem… zmęczona — powiedziałam cicho.
— Zmęczona czym? — ciocia Ewa się uśmiechnęła. — Ty to jeszcze życia nie znasz.
Wtedy mnie poniosło.
— Zmęczona tym, że każdy ma prawo pytać mnie o to, z kim śpię, z kim mieszkam i dlaczego nie urodziłam dziecka! — wyrzuciłam z siebie. — Zmęczona tym, że jak wracam do pustego mieszkania, to czuję się jak ktoś, kto zawiódł wszystkich!
Zapadła cisza. Taka gęsta, że aż słyszałam tykanie zegara na ścianie.
— My się tylko martwimy — powiedziała mama. — Ludzie gadają.
I to było sedno. Nie moje uczucia. Nie moje życie. „Ludzie”.
Po obiedzie wyszłam na klatkę, niby po powietrze. W rzeczywistości po oddech. Telefon zawibrował. Wiadomość od Magdy:
„Ej, przyjedź w sobotę. Będzie też Tomek, kolega Michała. Fajny, spokojny. Taki do związku.”
„Taki do związku.” Jakby mnie ustawiali na półce.
Odpisałam: „Może.”
W sobotę i tak pojechałam. Nie dlatego, że wierzyłam w miłość. Tylko dlatego, że bałam się, że już nigdy nie spróbuję.
Tomek był miły. Za miły. Mówił, że lubi stabilizację, że chciałby „normalnie”, że kobieta po trzydziestce wie, czego chce.
— A ty czego chcesz, Ania? — zapytał.
Spojrzałam na niego i nagle zobaczyłam siebie sprzed lat, kiedy mówiłam Pawłowi, że dam radę, że będę lepsza, spokojniejsza, mniej „trudna”. A potem siedziałam w łazience i płakałam cicho, żeby sąsiedzi nie słyszeli.
— Chcę, żeby nikt nie brał mnie z litości — odpowiedziałam.
Tomek zmieszał się.
— Ja nie… ja tylko… wiesz.
— Wiem. Wszyscy „tylko”. Tylko pytają. Tylko radzą. Tylko porównują.
Wróciłam do domu późno. Zdjęłam buty w przedpokoju i usiadłam na podłodze, jakbym nie miała siły dojść do kanapy. Cisza była okrutna, ale przynajmniej moja.
Następnego dnia zadzwoniła mama.
— I jak? — zapytała od razu.
— Mamo, ja nie jestem projektem do naprawy — powiedziałam. — Ja… ja czasem sama nie wiem, czy chcę kogoś, czy tylko chcę, żeby wszyscy przestali patrzeć na mnie jak na problem.
Po drugiej stronie było tylko ciężkie westchnienie.
— Ja chcę, żebyś była szczęśliwa.
— To przestań się bać, co ludzie powiedzą — odpowiedziałam.
Nie rozłączyłam się od razu. Słyszałam, jak mama milczy, a potem cicho mówi:
— Dobrze. Postaram się.
I wtedy, pierwszy raz od dawna, poczułam, że nie muszę nikomu udowadniać, że zasługuję na miłość. Że może najpierw muszę przestać udowadniać, że samotność to wstyd.
Bo najgorsze w tym wszystkim nie jest to, że jestem sama. Najgorsze jest to, że w Polsce kobieta sama po trzydziestce musi się tłumaczyć, jakby popełniła błąd.
A może miłość przychodzi dopiero wtedy, kiedy przestajemy ją brać jak ratunek? A wy… też czasem czujecie, że bardziej boli cudza presja niż własna samotność?