„Mój mąż mówi, że zacznie się starać, gdy będziemy mieli dziecko. Ale co, jeśli to nigdy nie nastąpi?” – Historia o miłości, rozczarowaniu i trudnych wyborach
– Znowu wracasz tak wcześnie? – zapytałam, słysząc trzask klucza w zamku. Michał wszedł do mieszkania, rzucił torbę na podłogę i bez słowa przeszedł do kuchni. Wiedziałam już, co usłyszę: „Nie było dziś roboty, szef mnie puścił”. Znowu. Od miesięcy powtarza się ten sam scenariusz – Michał wraca z pracy zrezygnowany, a ja coraz bardziej czuję, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
Usiadłam na kanapie, ściskając w dłoniach kubek zimnej już herbaty. W głowie kłębiły mi się myśli: czy to naprawdę jest życie, o jakim marzyłam? Dwa lata temu wydawało mi się, że wszystko się ułoży. Poznaliśmy się na weselu mojej kuzynki – Michał był wtedy duszą towarzystwa, opowiadał dowcipy, tańczył do białego rana. Zakochałam się w jego energii i poczuciu humoru. Po roku zamieszkaliśmy razem w moim dwupokojowym mieszkaniu na Pradze. Wzięliśmy ślub w małym kościele na Grochowie, otoczeni rodziną i przyjaciółmi. Byłam szczęśliwa.
Ale potem zaczęła się codzienność. Michał pracował jako magazynier w hurtowni budowlanej. Ja byłam nauczycielką w podstawówce. Moja pensja ledwo starczała na rachunki i jedzenie, a jego zarobki były nieregularne – raz lepiej, raz gorzej. Próbowałam go namówić na kursy, zmianę pracy, ale zawsze miał wymówkę: „Po co się spinać? Na razie nie mamy dzieci, nie muszę się aż tak starać”.
Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy razem przy stole, zebrałam się na odwagę:
– Michał… Myślałeś kiedyś o tym, żeby poszukać czegoś lepszego? Może jakaś praca na produkcji albo kurs operatora wózka widłowego?
Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem:
– Kochanie, przecież wiesz… Jak będziemy mieli dziecko, to wtedy się ogarnę. Będę miał motywację.
Zatkało mnie. Czy naprawdę muszę zajść w ciążę, żeby mój mąż zaczął traktować życie poważnie? Przecież to nie jest rozwiązanie! Bałam się o naszą przyszłość. Wiedziałam, że z naszymi zarobkami nie damy rady utrzymać dziecka. A on… On żył jakby z dnia na dzień.
Zaczęły się kłótnie. Michał zarzucał mi brak zaufania:
– Ty mi nie wierzysz! Myślisz, że jestem leniem?
– Nie chodzi o lenistwo! Chodzi o odpowiedzialność! – krzyczałam przez łzy.
Czułam się osamotniona. Moja mama powtarzała: „Daj mu czas, mężczyźni dojrzewają później”. Ale ile jeszcze mam czekać?
W pracy coraz częściej łapałam się na tym, że zazdroszczę koleżankom – jednej mąż pracował w IT i zabierał ją na wakacje do Chorwacji, inna właśnie kupiła mieszkanie na kredyt. A ja? Ja bałam się przyszłości. Bałam się nawet myśleć o dziecku.
Pewnego dnia odwiedziła mnie moja młodsza siostra Ania. Usiadłyśmy w kuchni przy kawie.
– Wiesz… – zaczęła niepewnie – Może powinnaś z nim szczerze porozmawiać? Powiedzieć mu, że boisz się o waszą przyszłość?
– Próbowałam już tyle razy… On zawsze mówi to samo: „Jak będzie dziecko, to się postaram”.
Ania spojrzała na mnie ze współczuciem:
– A co jeśli dziecka nie będzie? Albo jeśli będziecie musieli czekać latami?
Te słowa uderzyły mnie jak obuchem w głowę. Co jeśli nigdy nie będziemy mieli dziecka? Czy wtedy Michał już nigdy nie poczuje motywacji?
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Michał spał obok mnie spokojnie, a ja patrzyłam w sufit i czułam narastający lęk. Czy on naprawdę mnie kocha? Czy tylko czeka na pretekst, żeby coś zmienić?
Następnego dnia postanowiłam działać. Po pracy poszłam do Michała do hurtowni.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.
Usiedliśmy na ławce przed budynkiem.
– Michał… Ja nie chcę mieć dziecka tylko po to, żebyś zaczął się starać. Chcę mieć dziecko z kimś odpowiedzialnym, kto myśli o przyszłości.
Spojrzał na mnie zaskoczony:
– Ale przecież cię kocham! Po prostu… teraz nie mam motywacji.
– A ja mam być twoją motywacją? To niesprawiedliwe!
Wróciłam do domu sama. Przez kolejne dni Michał był oschły i milczący. Czułam się winna, ale wiedziałam, że muszę być szczera wobec siebie.
Minął tydzień. Michał przyszedł do mnie wieczorem i powiedział:
– Zastanawiałem się nad tym wszystkim… Może masz rację. Może powinienem coś zmienić.
Ale czy naprawdę chciał się zmienić? Czy tylko mówił to dla świętego spokoju?
Od tamtej rozmowy minęły trzy miesiące. Michał zapisał się na kurs operatora wózka widłowego i znalazł lepiej płatną pracę w magazynie pod Warszawą. Ale ja nadal czuję niepokój – czy ta zmiana jest trwała? Czy wystarczy nam siły i cierpliwości?
Czasem patrzę na niego i zastanawiam się: czy można budować przyszłość z kimś, kto potrzebuje zewnętrznego bodźca do działania? Czy miłość wystarczy tam, gdzie brakuje odpowiedzialności?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto czekać na cudowną przemianę partnera?