O ślubie mojego syna dowiedziałam się od sąsiadki. Cisza, która rozdarła rodzinę Kowałeckich
— No i co, pani Mario… to prawda? — głos pani Haliny, tej z trzeciego piętra, wbił mi się w ucho jak igła. Stała w drzwiach windy z siatką z Biedronki, a ja z kluczami w ręku, jeszcze w kurtce, zmarznięta po powrocie z pracy. — Że Paweł się żeni?
Zamarłam. Winda zjechała na parter, drzwi się rozsunęły, a ja nie weszłam. Jakby ktoś przytrzymał mnie za ramiona.
— Co pani mówi? — wydusiłam. — Kto się żeni?
Pani Halina uniosła brwi, jakby to było oczywiste.
— No pani syn. Paweł. Widziałam zaproszenie u pani Krysi, bo jej córka pracuje w tej drukarni na Woli. Mówiła, że ładne, takie… eko, na szarym papierze. I że ślub w sobotę. W urzędzie na Pradze. A potem podobno obiad w restauracji. — Nachyliła się konspiracyjnie. — Pani nie wie?
W gardle zrobiło mi się sucho. Poczułam, jak serce wali mi w skroniach. W głowie miałam tylko jedno: „To niemożliwe”. A zaraz potem: „To możliwe. Bo on od miesięcy milczy”.
— Nie… nie wiem — powiedziałam w końcu, a mój głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego.
Pani Halina zmieszała się, odchrząknęła.
— Ojej, to ja… ja myślałam, że pani… No nic, ja już idę. — I uciekła do windy, jakby to ona zrobiła coś złego.
Zostałam na klatce schodowej, w zapachu mokrych kurtek i starej farby olejnej, z reklamówką, w której miałam dwa jogurty, chleb i pasztet. Nagle te zakupy wydały mi się śmieszne, niepotrzebne, jak rekwizyty w życiu, które właśnie się rozsypało.
Weszłam do mieszkania i od razu uderzyła mnie cisza. Ta sama, która od dawna była tu lokatorem. Cisza po Pawle. Cisza po jego śmiechu, po trzaskaniu drzwiami, po muzyce, którą puszczał, kiedy jeszcze mieszkał ze mną w dwupokojowym M-3 na Bródnie.
Usiadłam na krześle w kuchni, nie zdejmując butów. Patrzyłam na stół, na ceratę w kwiaty, na kubek z napisem „Najlepsza mama”, który dostałam kiedyś na Dzień Matki. Pomyślałam: „Najlepsza mama dowiaduje się o ślubie syna od sąsiadki”.
Wyciągnęłam telefon. Palce mi drżały. Wpisałam „Paweł” i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
Sygnał. Drugi. Trzeci.
— Halo? — odezwał się w końcu, zmęczonym głosem, jakby mu przeszkadzałam.
— Paweł… — zaczęłam, ale głos mi się załamał. — Paweł, czy to prawda, że… że ty się żenisz?
Po drugiej stronie zapadła cisza. Dłuższa niż powinna.
— Skąd wiesz? — zapytał w końcu.
To „skąd” zabolało bardziej niż wszystko. Nie „mamo”, nie „kto ci powiedział”, tylko „skąd wiesz”, jakby to była tajemnica, którą wykradłam.
— Od… sąsiadki — wyszeptałam. — Paweł, dlaczego ja dowiaduję się od obcych ludzi?
— Mamo, nie zaczynaj — powiedział ostro. — Nie mam teraz czasu.
— Nie zaczynaj? — poczułam, jak we mnie coś pęka. — To ja nie mam czasu? Ja jestem twoją matką!
— Właśnie dlatego — rzucił. — Właśnie dlatego nie chciałem.
— Nie chciałeś czego? Żebym wiedziała? Żebym była? — łzy napłynęły mi do oczu. — Paweł, ja… ja nawet nie wiem, z kim ty…
— Z Martą — przerwał. — Z Martą, mamo. Tą, którą poznałaś. Tą, o której mówiłaś, że „za mądra jak na dziewczynę” i że „pewnie będzie tobą rządzić”.
Zrobiło mi się gorąco. Pamiętałam tamtą scenę aż za dobrze.
Marta przyszła do nas pierwszy raz dwa lata temu, w listopadzie. Przyniosła ciasto, takie domowe, z jabłkami. Usiadła przy stole, uśmiechała się grzecznie, a ja patrzyłam na nią jak na intruza. Bo Paweł wtedy jeszcze był „mój”. Mój syn, moje życie, mój sens. A ona przyszła i usiadła na moim miejscu.
— Pani Mario, bardzo mi miło — powiedziała wtedy.
— Mhm — mruknęłam, bo nie umiałam inaczej.
Paweł patrzył na mnie ostrzegawczo.
— Mamo, bądź miła — syknął, kiedy Marta poszła do łazienki.
— Jestem miła — odpowiedziałam. — Tylko nie wiem, po co ci to wszystko. Praca, mieszkanie, a teraz jeszcze… dziewczyna.
— „Jeszcze”? — Paweł zacisnął zęby. — Mamo, ja mam 28 lat.
— I co z tego? — odburknęłam. — Ja też miałam swoje plany, a życie je zweryfikowało.
Wtedy nie powiedziałam mu, że boję się zostać sama. Że po śmierci jego ojca, Andrzeja, wszystko się we mnie skurczyło. Andrzej zmarł nagle, zawał, w pracy, na budowie. Telefon odebrałam o szóstej rano. „Pani mąż… proszę przyjechać”. A potem już tylko formalności, pogrzeb, kredyt, rachunki, i Paweł, który miał wtedy 16 lat i patrzył na mnie jak na kogoś, kto ma odpowiedzi.
Nie miałam. Miałam tylko strach.
I ten strach zamienił się w kontrolę. W pytania: „Gdzie byłeś?”, „Z kim?”, „O której wrócisz?”. W obrażanie się, kiedy nie odbierał. W komentarze o jego wyborach. W udawanie, że to troska, kiedy to była panika.
— Paweł… — wróciłam do rozmowy, czując, jak wstyd miesza się z żalem. — Ja nie chciałam…
— Chciałaś, mamo — powiedział cicho. — Zawsze chciałaś, żeby było po twojemu. A jak nie było, to robiłaś ciszę. Taką, że człowiek się dusi.
Zabolało, bo to była prawda. Moja cisza była karą. Nie krzyczałam, nie biłam, nie robiłam scen jak niektóre matki. Ja po prostu milkłam. Potrafiłam nie odzywać się dwa dni, trzy, tydzień. A on chodził po mieszkaniu jak po polu minowym.
— Kiedy jest ten ślub? — zapytałam, choć już znałam odpowiedź.
— W sobotę — powiedział.
— I… ja nie jestem zaproszona? — słowa ledwo przeszły mi przez gardło.
— Nie wiem — odpowiedział. — Marta mówi, że może… ale ja… ja nie chcę, żebyś przyszła i zrobiła coś…
— Co ja mam zrobić? — przerwałam. — Ja mam przyjść i płakać? I powiedzieć, że jestem dumna? Bo jestem, Paweł. Tylko… tylko dlaczego ty mi to robisz?
— To nie ja, mamo. To my. — Westchnął. — Ja cię kocham, ale ja nie umiem już żyć w twoim cieniu.
Rozłączył się.
Siedziałam jeszcze długo z telefonem przy uchu, słuchając pustego sygnału. Potem wstałam i zaczęłam chodzić po mieszkaniu. Jak zwierzę w klatce. Dotykałam rzeczy, jakby miały mi powiedzieć, co robić: zdjęcie Pawła w ramce, kiedy miał osiem lat i brakujący ząb; jego świadectwo maturalne w szufladzie; stara bluza z liceum, której nie wyrzuciłam.
W końcu usiadłam na łóżku i przypomniałam sobie ostatnią naszą kłótnię. To było w Wigilię, rok temu.
Paweł przyszedł z Martą. Ja zrobiłam barszcz, uszka, karpia, pierogi. Stół był nakryty białym obrusem, pod nim sianko, jak u mojej mamy na wsi pod Siedlcami. Chciałam, żeby było „jak zawsze”, bo „jak zawsze” znaczyło bezpiecznie.
— Mamo, mamy dla ciebie prezent — powiedział Paweł, podając mi kopertę.
W środku były bilety. Wyjazd do Zakopanego. „Żebyś odpoczęła” — napisała Marta.
— A po co mi to? — zapytałam, zamiast podziękować.
Marta zamarła.
— Pani Mario, pomyśleliśmy…
— Wy pomyśleliście — powtórzyłam z przekąsem. — A ja mam swoje obowiązki. Praca, dom. Nie będę się włóczyć.
Paweł zacisnął pięści.
— Mamo, to jest prezent. Normalni ludzie mówią „dziękuję”.
— Normalni ludzie nie wtrącają się w cudze życie — odburknęłam.
Marta spuściła wzrok. A Paweł wstał od stołu.
— Wiesz co? — powiedział wtedy. — Ja mam dość. Całe życie mam dość.
— To idź — rzuciłam, bo duma była moją tarczą.
I poszedł. W Wigilię. Zostawił mnie z karpiem i barszczem, z choinką, która nagle wyglądała jak dekoracja w pustym teatrze.
Potem przez miesiące rozmawialiśmy tylko o rzeczach koniecznych. „Masz moje dokumenty?”, „Przyjadę po rzeczy”, „Oddaj klucze”. A ja udawałam, że mnie to nie boli. Że jestem twarda. Że „nie będę się prosić”.
Tylko że teraz, kiedy usłyszałam o ślubie, zrozumiałam, że ta twardość to była samotność przebrana za dumę.
Następnego dnia wzięłam wolne w pracy. W moim biurze rachunkowym i tak nikt nie lubił, kiedy brałam urlop, bo „Marija wszystko ogarnia”. Ale tym razem nie mogłam siedzieć nad fakturami, kiedy moje dziecko układało sobie życie beze mnie.
Pojechałam na Pragę, pod adres, który pamiętałam z rozmów Pawła: mieszkanie Marty, które wynajmowali razem. Blok z wielkiej płyty, podobny do mojego, tylko odnowiony, z domofonem i nową elewacją. Stałam pod klatką jak nastolatka, która przyszła pod dom chłopaka.
Zadzwoniłam.
— Słucham? — odezwał się głos Marty.
— Marta… tu Marija. Możesz… możesz zejść?
Chwila ciszy.
— Dobrze — powiedziała w końcu.
Wyszła po kilku minutach w szarym płaszczu, z włosami związanymi w kucyk. Wyglądała na zmęczoną. I nagle zobaczyłam w niej nie wroga, tylko kobietę, która też się boi.
— Dzień dobry — powiedziała chłodno.
— Dzień dobry — odpowiedziałam. — Marta… ja… ja przyszłam, bo…
— Bo dowiedziała się pani od sąsiadki — dokończyła. — Paweł mi powiedział.
Spuściłam wzrok.
— Tak. I… ja nie wiem, co mam zrobić. Ja nie chcę wam przeszkadzać. Ja tylko… ja jestem jego matką.
Marta westchnęła.
— Pani Mario, ja nie chcę wojny. Naprawdę. Ale ja widziałam, jak Paweł cierpiał po każdej rozmowie z panią. Jak wracał do domu i milczał. Jak mówił: „Nie mogę jej powiedzieć, bo będzie dramat”.
— Ja nie robiłam dramatów — zaprotestowałam odruchowo.
Marta spojrzała mi prosto w oczy.
— Pani milczenie było dramatem.
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. Bo dokładnie to samo powiedział Paweł.
— Ja… ja nie umiałam inaczej — wyszeptałam. — Zostałam sama. Andrzej… — głos mi się załamał. — Jak on umarł, ja… ja się bałam, że stracę też Pawła. Więc trzymałam go przy sobie. Za mocno.
Marta zmiękła. Widziałam to w jej twarzy.
— Ja rozumiem strach — powiedziała ciszej. — Ale Paweł nie jest pani własnością.
— Wiem — odpowiedziałam. I pierwszy raz w życiu naprawdę to poczułam.
Stałyśmy chwilę w milczeniu, a potem Marta zapytała:
— Pani chce przyjść na ślub?
Serce mi podskoczyło.
— Chcę — powiedziałam natychmiast. — Jeśli… jeśli Paweł pozwoli.
Marta skinęła głową.
— Ja z nim porozmawiam. Ale proszę mi obiecać jedno.
— Co?
— Że nie będzie pani oceniać. Żadnych komentarzy. Żadnych „a po co wam to”, „a czemu tak”, „a czemu nie w kościele”. To jest nasz dzień.
Zacisnęłam dłonie.
— Obiecuję — powiedziałam, choć bałam się, czy potrafię.
Wróciłam do domu jak po spowiedzi. Z jednej strony lżejsza, z drugiej przerażona. Bo obietnica to jedno, a nawyki to drugie.
W sobotę rano obudziłam się o piątej. Nie mogłam spać. Wstałam, zrobiłam herbatę, patrzyłam przez okno na szare podwórko, na śmietniki, na ludzi idących z psami. Warszawa budziła się powoli, a ja czułam, jakby to był najważniejszy dzień mojego życia.
Wyjęłam z szafy granatową sukienkę, tę „na okazje”. Prasowałam ją drżącymi rękami. Potem malowałam się, choć dawno tego nie robiłam. W lustrze widziałam kobietę po pięćdziesiątce, z cienkimi ustami i zmęczonymi oczami. Pomyślałam: „Czy on mnie w ogóle chce tam widzieć?”
Przed urzędem stanu cywilnego na Pradze stało kilka osób. Marta w jasnej sukience, Paweł w garniturze, jego koledzy, jej rodzice. I ja, trochę z boku, jak gość z innego świata.
Paweł mnie zobaczył. Zamarł. Przez chwilę myślałam, że odwróci się i odejdzie. Ale podszedł.
— Mamo — powiedział cicho.
— Paweł — odpowiedziałam. — Dziękuję, że… że mogę tu być.
Patrzył na mnie długo, jakby szukał w mojej twarzy dawnej wersji mnie. Tej, która potrafiła przytulić bez warunków.
— Nie zepsuj tego — szepnął.
To zabolało, ale nie zaprzeczyłam.
— Nie zepsuję — obiecałam.
Ceremonia była krótka. Urzędniczka mówiła o miłości, o wspólnym życiu, o odpowiedzialności. Paweł i Marta trzymali się za ręce. Kiedy powiedzieli „tak”, poczułam, jak łzy spływają mi po policzkach. Nie z żalu, tylko z czegoś, co dawno we mnie nie było: z czystej, prostej radości, że on jest szczęśliwy.
Po wszystkim podeszłam do Marty.
— Gratuluję — powiedziałam, a głos mi drżał. — I… przepraszam.
Marta spojrzała na mnie uważnie.
— Za co?
— Za to, że od początku widziałam w tobie zagrożenie, a nie człowieka. Za to, że nie umiałam oddać Pawła. — Wzięłam oddech. — I za to, że moja miłość była ciężarem.
Marta milczała chwilę, a potem powiedziała:
— Dziękuję. To dużo.
Na obiedzie w restauracji siedziałam przy stole z ludźmi, których nie znałam. Słuchałam rozmów o kredytach, o cenach mieszkań, o tym, że „wszystko drożeje”, o planach na dziecko, o pracy w korporacji. Polska codzienność w eleganckich ubraniach. A ja czułam się jak ktoś, kto wrócił do życia po długiej chorobie.
Paweł podszedł do mnie, kiedy Marta poszła do toalety.
— Mamo — powiedział. — Dziękuję, że jesteś spokojna.
— Ja się uczę — odpowiedziałam. — Uczę się ciebie nie trzymać.
Uśmiechnął się smutno.
— Wiesz, ja nie chciałem cię zranić. Ale ja… ja musiałem postawić granicę.
— Wiem — powiedziałam. — I masz do tego prawo.
Te słowa były dla mnie jak kamień, który musiałam przełknąć. Ale kiedy je wypowiedziałam, poczułam, że coś się we mnie prostuje.
Wieczorem, kiedy wróciłam do pustego mieszkania, cisza znów była obecna. Ale tym razem nie była karą. Była przestrzenią. Usiadłam przy stole, spojrzałam na kubek „Najlepsza mama” i pomyślałam, że może nie muszę być najlepsza. Może wystarczy, że będę prawdziwa.
Bo największym problemem w naszej rodzinie nie była Marta, nie był ślub, nie były pieniądze ani mieszkanie. Największym problemem była moja duma i ta gęsta, lepka cisza, którą przez lata nazywałam „spokojem”.
Teraz wiem, że cisza potrafi zabić relację równie skutecznie jak krzyk.
I siedząc tak w kuchni, z rękami na zimnym blacie, zadałam sobie pytanie, którego wcześniej bałam się najbardziej: czy ja naprawdę kochałam Pawła tak, jak on tego potrzebował… czy tak, jak ja umiałam?
A wy — powiedzcie mi — ile razy w waszych domach cisza była łatwiejsza niż rozmowa, a potem okazywała się najdroższą karą?