„Oddałaś mi syna, a teraz go zabrałaś” — czy naprawdę jestem winna rozbicia rodziny?
„Oddałaś mi syna. A teraz mi go zabrałaś.”
Te słowa teściowej wbiły mi się pod skórę jak drzazga. Stałyśmy w progu ich mieszkania. Zupa parowała na stole. A ja czułam, że zaraz coś pęknie.
Bartek ścisnął moją dłoń.
— Mamo, przestań.
— Nie mów do mnie „przestań”. — Jej głos był zimny. — Ona cię nastawiła.
Trzy lata temu, kiedy pierwszy raz pojechałam do nich na obiad, wszystko zobaczyłam od razu. Dominik siedział jak król. Teściowa poprawiała mu kołnierzyk, nalewała dokładkę, pytała, czy nie jest zmęczony.
Bartek? Siedział z boku. Jak gość.
— Bartek, możesz skoczyć po pieczywo? — rzuciła wtedy, nawet na niego nie patrząc.
Wrócił z torbą. Uśmiechnął się do mnie krótko, jakby przepraszał, że istnieje.
Po obiedzie usłyszałam w kuchni:
— Dominik to ma serce. A Bartek… on zawsze był taki trudny.
„Trudny”. Bo nie umiał się wcisnąć w ramę, w której go trzymali.
W samochodzie Bartek powiedział cicho:
— Wiesz… u nas tak było zawsze.
— Jak?
— Że ja byłem… no. Ten drugi.
Nie snuł wielkich opowieści. Nie płakał. Tylko zaciskał szczękę, kiedy dzwoniła jego matka. A dzwoniła często.
— Bartek, przyjedź. Dominik ma problem.
— Bartek, załatw to.
— Bartek, ty zawsze byłeś odpowiedzialny.
Odpowiedzialny. Czyli do wykorzystywania.
Kiedy się zaręczyliśmy, teściowa nawet nie udawała radości.
— A po co wam ślub? — zapytała przy stole. — Przecież Dominik też planuje. Nie róbcie zamieszania.
— Mamo, to mój ślub — odpowiedział Bartek.
Teściowa spojrzała na mnie.
— No tak. Już wiem, skąd to.
Potem zaczęły się „dobre rady” i telefony.
— Ona cię izoluje.
— Ona chce, żebyś zapomniał o rodzinie.
— Pamiętaj, kto cię wychował.
Bartek raz wybuchł.
— Kto mnie wychował?! Ty? Ty mnie nawet nie widziałaś!
Cisza po tej rozmowie była jak po trzaśnięciu drzwiami w środku zimy.
Najgorzej było, kiedy Dominik wpadł w długi. Dowiedzieliśmy się przypadkiem. Teściowa przyszła do nas bez zapowiedzi. Stała w przedpokoju, jakby to był jej dom.
— Bartek, musisz pomóc bratu.
— Ile?
— To nie jest „ile”. To jest rodzina.
Podała kwotę. Taką, że zrobiło mi się słabo.
— Nie mamy takich pieniędzy — powiedziałam.
Teściowa odwróciła się do mnie z tym swoim uśmiechem, który nie był uśmiechem.
— Ty się nie wtrącaj. To rozmowa między matką a synem.
Bartek spojrzał na mnie. Widzę tę chwilę do dziś. W jego oczach była stara panika i nowa odwaga.
— Mamo — powiedział powoli. — Nie.
Teściowa aż się cofnęła.
— Słucham?
— Nie dam. Nie kosztem naszego życia.
— Naszego? — prychnęła. — Jakiego „naszego”? Ty masz obowiązki!
— Mam żonę. Mam swoje życie.
Wtedy teściowa zaczęła płakać. Ale to nie był płacz bezradności. To był płacz, który miał go złamać.
— Po tym, co dla ciebie zrobiłam… — jęknęła. — Oddałam ci wszystko!
Bartek był blady.
— Mamo, proszę… nie rób tego.
— To ona. — Wskazała na mnie palcem. — Ona cię zabrała. Zniszczyła rodzinę.
Następnego dnia dzwoniła ciotka.
— Jak mogłaś tak nastawić Bartka? Matka chodzi i płacze.
Potem sąsiadka teściowej napisała do mnie na Facebooku, że „prawdziwa kobieta” dba o zgodę w rodzinie.
Na imieninach u teścia usłyszałam szept przy stole:
— Bartek kiedyś był inny. Teraz to jakby obcy.
Bartek siedział obok mnie i milczał. A Dominik, jak zawsze, był „biedny”. „Zagubiony”. „Potrzebuje wsparcia”.
W końcu Bartek pojechał do nich sam. Wrócił po dwóch godzinach. Zatrzasnął drzwi. Oparł się plecami o ścianę.
— Powiedziała, że jak nie pomogę Dominikowi, to już nie jestem jej synem.
Podszedł do mnie.
— I co powiedziałeś? — zapytałam.
— Że nie jestem workiem na ich poczucie winy.
Wtedy pierwszy raz zobaczyłam w nim chłopca, którego nikt nie przytulał. I mężczyznę, który w końcu przestał przepraszać, że oddycha.
Ale cena przyszła szybko. Teściowa przestała zapraszać nas na święta. Do rodziny poszła wersja, że „przeze mnie Bartek się odciął”. Że „wciągnęłam go pod pantofel”. Że „rozbiłam rodzinę”.
A ja? Ja tylko powiedziałam mu, że ma prawo być kochany bez warunków.
Ostatni raz widziałam teściową miesiąc temu pod kościołem. Spojrzała na mnie tak, jakby patrzyła na kogoś, kto ukradł jej własność.
— Zadowolona? — syknęła.
Bartek stanął przede mną.
— Mamo, dość. To moja żona.
— Żona, żona… — wypluła słowo. — A matka?
Bartek odpowiedział spokojnie:
— Matka też powinna umieć kochać.
I odeszliśmy.
Dziś, kiedy ktoś mówi mi, że „rodzina jest najważniejsza”, mam ochotę zapytać: ale jaka rodzina? Taka, w której jedno dziecko jest wszystkim, a drugie ma tylko płacić i milczeć?
Może nie rozbiłam rodziny. Może tylko przestałam udawać, że to, co ich trzymało razem, było miłością.
A wy… czy granice to egoizm? Czy może jedyna szansa, żeby ktoś w końcu przestał być cieniem?