Ojciec jako ciężar: Kiedy rodzina przestaje być wsparciem, a staje się balastem – Moja walka o niezależność w cieniu rodzinnych zobowiązań
– Nie masz sumienia, Anka? – głos ojca przeszył ciszę mojego małego mieszkania na Pradze jak nóż. Stał w progu, z twarzą ściągniętą gniewem i rozczarowaniem. Antoś, mój sześcioletni synek, schował się za moją nogą, czując napięcie, które wypełniło pokój.
– Tato, nie mam już z czego ci dać. Ledwo starcza mi na czynsz i przedszkole dla Antosia – odpowiedziałam cicho, ale stanowczo. W środku jednak wszystko we mnie krzyczało. Chciałam wybiec z tego mieszkania, uciec od jego spojrzenia, które zawsze sprawiało, że czułam się jak dziecko – winna, niewystarczająca.
Ojciec spojrzał na mnie z pogardą. – Zawsze byłaś samolubna. Twoja matka przewraca się w grobie przez ciebie. Ja cię wychowałem! To dzięki mnie masz dach nad głową!
Zacisnęłam pięści. Wychował mnie? Przecież przez większość dzieciństwa był nieobecny – praca, koledzy, czasem alkohol. Mama dźwigała wszystko sama, a ja z Zuzą uczyłyśmy się nie przeszkadzać. Po jej śmierci ojciec wrócił do naszego życia tylko po to, by żądać: pieniędzy, uwagi, współczucia.
– Tato, proszę cię… – zaczęłam łagodniej. – Sama jestem w trudnej sytuacji. Nie mogę ci pomagać tak często.
Wybuchnął śmiechem. – Trudnej sytuacji? Ty masz pracę! Ja mam tylko emeryturę! Zuzka też mi odmawia! Co wy sobie myślicie? Że możecie mnie zostawić na lodzie?
Antoś szarpnął mnie za rękaw. – Mamo, boję się…
Przyklękłam przy nim i przytuliłam go mocno. Ojciec patrzył na nas przez chwilę, po czym trzasnął drzwiami i wyszedł. Została po nim cisza i ciężar w piersi, który znałam aż za dobrze.
Wieczorem zadzwoniła Zuza. – Był u ciebie?
– Tak. Znowu chciał pieniądze. Krzyczał… Antoś się przestraszył.
– U mnie to samo. Powiedziałam mu jasno: nie dam ani grosza więcej. Ale potem całą noc nie spałam. Czuję się jak najgorsza córka świata.
Westchnęłam ciężko. – Ja też. Ale przecież on nigdy nie był dla nas ojcem z prawdziwego zdarzenia…
– Wiem. Ale to nasz ojciec…
To zdanie zawsze kończyło każdą rozmowę o nim. To nasz ojciec – magiczne zaklęcie, które miało usprawiedliwić wszystko: jego nieobecność, pretensje, szantażowanie nas poczuciem winy.
Następnego dnia w pracy nie mogłam się skupić. W głowie miałam tylko jego słowa: „samolubna”, „zostawiacie mnie na lodzie”. Próbowałam sobie przypomnieć choć jeden moment z dzieciństwa, kiedy poczułam się przez niego kochana bezwarunkowo. Nic.
Po południu odebrałam Antosia z przedszkola. Był zamyślony.
– Mamo… dziadek jest zły?
Zatrzymałam się na chodniku i uklękłam przy nim.
– Dziadek jest czasem smutny i zły, ale to nie twoja wina. Ani moja.
Spojrzał na mnie poważnie swoimi wielkimi oczami.
– Ja nie chcę, żebyś była smutna.
Uśmiechnęłam się przez łzy i przytuliłam go mocno.
Wieczorem zadzwonił ojciec. Nie odebrałam. Po raz pierwszy od lat pozwoliłam sobie na to, by nie być „dobrą córką”. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, walcząc z poczuciem winy i ulgą jednocześnie.
Kilka dni później spotkałyśmy się z Zuzą w kawiarni.
– Musimy ustalić granice – powiedziała stanowczo. – On nas niszczy psychicznie. Może powinniśmy poszukać dla niego pomocy społecznej? Albo terapii?
Pokiwałam głową. – Ale co jeśli coś mu się stanie? Jeśli naprawdę zostanie sam?
Zuza złapała mnie za rękę.
– Anka, ile jeszcze mamy poświęcać siebie? Przecież on nigdy nie był dla nas wsparciem. Dlaczego mamy być dla niego?
Wróciłam do domu z mętlikiem w głowie. Przez kolejne tygodnie ojciec dzwonił coraz rzadziej. Czułam ulgę i strach jednocześnie – czy jestem wyrodną córką? Czy mam prawo postawić siebie i Antosia na pierwszym miejscu?
Któregoś dnia dostałam od niego SMS-a: „Nie licz już na mnie nigdy”.
Patrzyłam długo na te słowa. Były jak klątwa i wybawienie jednocześnie.
Wieczorem usiadłam przy łóżku Antosia i pogładziłam go po włosach.
– Mamo, wszystko będzie dobrze? – zapytał sennie.
– Tak, kochanie. Teraz już tak.
Czasem myślę: czy naprawdę musimy być odpowiedzialni za rodziców tylko dlatego, że są naszymi rodzicami? Czy można kochać i jednocześnie stawiać granice? Jak wy sobie z tym radzicie?