Ta noc, kiedy krew z łapy rozmazała się po kaflach: Historia o mnie, Idze i psie, którego nie chciałam

Wbiłam się w kuchnię, kiedy usłyszałam stukot pazurów i pisk – na zimnych płytkach leżał kundel, szarpany drgawkami. Krew ściekała mu z łapy, zostawiając smugi obok odciśniętej łapy mojej córki Igi. Mokrą sierść czuć było czymś między starą piwnicą a kurzem spod szafy, a ja myślałam tylko: gdzie są jego właściciele i co mam teraz zrobić? Mój własny puls walił mi w skroniach, a Iga zaczęła płakać, widząc sierściucha wijącego się z bólu.

Od pół roku byłam sama. Igor odszedł nagle, zostawiając mi na pożegnanie tylko kartkę i karton z jego butami. Nie chciałam nikogo, żadnych nowych ludzi, żadnych nowych problemów, a już na pewno żadnych psów. Sama nie dawałam sobie rady z własną głową, a co dopiero z kolejnym stworzeniem. Ale ten kundel, z brudnymi uszami i oczami jak bursztyny z Bałtyku, nie pozwolił mi się wykręcić. Iga klękała przy nim, jej małe dłońki lepiły się od łez i kurzu. Wiedziałam, że nie mogę go wyrzucić za drzwi.

Pierwsza decyzja zapadła pod presją: musiałam pojechać do weterynarza, mimo że na koncie miałam ostatnie osiemset złotych, a był dopiero siódmy dzień miesiąca. Pod przychodnią na Żeraniu śmierdziało deszczem i mokrym betonem, pies drżał na tylnym siedzeniu starego fiata, a ja czułam, że zaraz coś się we mnie urwie. Weterynarz spojrzał na mnie spod zmęczonych powiek i powiedział, że operacja to minimum czterysta złotych, ale bez tego łapa zrośnie źle. Zapłaciłam, ledwo oddychając. Tylko łagodny zapach lekarstw na futrze psa przypominał mi, że jeszcze jest nadzieja.

W domu próbowałam go ignorować. Ale on, ten łaciaty kundel, wyczuwał moją niechęć i rozsiadał się tuż przy moich stopach, kiedy szykowałam herbatę. Jego oddech był nierówny, czasem ciężki, jakby świat był dla niego zbyt trudny, ale czułam ciepło bijące od niego, gdy zasypiał zwinięty w kłębek pod grzejnikiem. Pachniał mokrą sierścią i czymś słodkim, jak zakurzona szafa w dzieciństwie. Z czasem zaczął nieśmiało machać ogonem, kiedy wracałam z pracy. Iga śmiała się coraz częściej – jej śmiech był inny niż przedtem, bardziej lekki. A sąsiadka z dołu, pani Zosia, pierwszy raz od rozwodu wpadła na pogaduszki, bo pies szczekał i musiała sprawdzić, co się dzieje. Chwilami czułam się, jakbym naprawdę wracała do życia – przez psa, przez jego obecność, przez to, że nie mogłam już dłużej tkwić tylko we własnym smutku.

Druga decyzja – zmiana pracy. Dotychczasowa opiekunka Igi odmówiła, bo bała się psów, a ja nie mogłam zostawiać psa samego, odkąd odkryłam, że wyje miałem całą klatkę, kiedy zostawał sam. Poprosiłam szefową o możliwość pracy zdalnej, ale usłyszałam tylko suchy śmiech i odmowę. Złożyłam wypowiedzenie, choć na samą myśl o bezrobociu robiło mi się ciemno przed oczami. Znalazłam robotę przez internet, mniej płatną, ale mogłam być w domu z Igą i psem, który teraz miał już imię – Felek. Były dni, kiedy żałowałam tej decyzji. Były wieczory, kiedy w złości krzyczałam do Felka, bo znowu pożarł coś na spacerze i miał biegunkę przez pół nocy. Ale chwilami czułam, że nie jestem już tylko tą kobietą po rozwodzie, że mam prawo próbować się śmiać.

Trzecia decyzja przyszła niespodziewanie. Iga zaczęła się skarżyć na ból brzucha, a lekarz z NFZ odesłał nas do specjalisty na drugi koniec Warszawy. Nie miałam samochodu – sprzedałam go, żeby spłacić długi po Igorze – a dojazd komunikacją z dzieckiem i psem wydawał się niemożliwy. Ale Felek nie odstępował Igi nawet na krok. W końcu zaryzykowałam i poprosiłam sąsiadkę Zosię, by nas podwiozła. Był środek lutego, mroźne powietrze szczypało w twarz, a w aucie pachniało kawą i piernikami. Po raz pierwszy od lat czułam wdzięczność do drugiego człowieka. Lekarz, widząc przy nas psa, zmiękł i przyjął nas bez kolejki. Diagnoza nie była poważna, ale ten dzień zmienił coś w mojej relacji z ludźmi – przestałam bać się prosić o pomoc.

Najgorszy moment przyszedł w marcu. Felek zniknął na działkach, kiedy zamknęłam furtkę nieuważnie. Szukałam go przez dwie noce, rozwieszałam ogłoszenia, płakałam przy pustej misce. Bałam się, że jeśli go nie znajdę, znowu zostanę sama, że nie umiem już żyć bez tej obecności, tego ciepła, tego oddechu przy mojej poduszce. Kiedy w końcu wrócił – brudny, głodny, z ranką na uchu – po raz pierwszy od rozwodu pozwoliłam sobie płakać nie ze złości do świata, tylko z bólu i ulgi naraz.

Od tamtej pory Felek jest ze mną i Igą. Nie jestem lepsza od innych – czasem mam dość, czasem marzę o wolności, czasem wstydzę się, że tak bardzo związałam się z psem. Ale wiem, że gdyby nie on, nie miałabym odwagi zmienić pracy, prosić ludzi o wsparcie, wyjść z tej pustki. Czy jestem dziś silniejsza? Może. Czy wybrałabym to samo jeszcze raz, wiedząc, ile kosztuje lojalność wobec psa? Nie wiem. A Wy – oddalibyście komuś swoje ostatnie czterysta złotych, czy zamknęlibyście drzwi przed czymś, co mogło być początkiem nowego życia?