W tym samym mieszkaniu, bez wolności: jak pies zmusił mnie, żebym wreszcie należała do siebie
Złapałam go za obrożę w półmroku klatki schodowej, a on szarpnął tak mocno, że aż skóra na dłoni zapiekła. Na kafelkach, tuż przy skrzynkach na listy, zobaczyłam świeżą smugę krwi. Mój pies dyszał ciężko, jakby miał w gardle kamień, i wpatrywał się w drzwi naszego mieszkania. Za nimi było cicho, nienaturalnie cicho, a ja nagle zrozumiałam, że jeśli teraz wejdę, może już nie wyjdę.
Nazywam się Klara. W papierach mam „Klara”, ale w pracy wszyscy mówili „Claire”, bo kiedyś ktoś tak zażartował i zostało. Przez lata oddawałam całą pensję Paulowi. Wtedy jeszcze mówiłam „mężowi”, jakby to słowo miało mnie chronić. Pracowałam w drogerii w Lublinie, na zmianach, czasem do dwudziestej drugiej. Wracałam do bloku na Czechowie, gdzie na klatce pachniało mokrym betonem i starym dymem z papierosów. W mieszkaniu czekał Paul i jego „zasady”.
Na początku brzmiało to jak troska. „Po co ci konto? Ja się tym zajmę.” „Nie kupuj głupot, oszczędzamy.” „Nie rozmawiaj z tymi koleżankami, one ci źle życzą.” Oddawałam mu kopertę z gotówką, bo tak było prościej niż kłótnia. Czułam ulgę, gdy widziałam, że jest zadowolony. Tę ulgę myliłam z miłością.
Samotność przyszła po cichu, jak przeciąg pod drzwiami. Nie była po rozwodzie, nie była po śmierci. Była w małżeństwie, w tym samym łóżku, w tym samym mieszkaniu. Paul potrafił nie odzywać się do mnie cały dzień, a potem nagle wchodził mi w drogę i pytał, gdzie byłam pięć minut dłużej. Z czasem przestałam dzwonić do mamy, bo zawsze stał obok i słuchał. Przestałam spotykać się z Anką z pracy, bo „po co ci ona”. Zostałam sama, nawet kiedy Paul siedział na kanapie.
Pies pojawił się przypadkiem, a właściwie z jego decyzji. Wracałam z popołudniowej zmiany, padał listopadowy deszcz, taki gęsty, że pachniało mokrą ziemią i rozjechanymi liśćmi. Na przystanku przy al. Kompozytorów Polskich zobaczyłam psa. Nie był rasowy. Wysoki, chudy, z poszarpanym uchem i czarną sierścią, która w świetle latarni miała brązowy połysk. Stał przy koszu, trząsł się i patrzył na ludzi jak na coś, co może kopnąć.
Wzięłam go na chwilę do klatki, żeby nie marzł. Chciałam zadzwonić do schroniska, ale była już noc. Paul otworzył drzwi i zobaczył psa. Przez sekundę myślałam, że mnie wyrzuci. Zamiast tego powiedział: „Zostaw. Będzie pilnował.” Tak po prostu. Jakby pies był alarmem, a nie żywym stworzeniem.
Nazwaliśmy go Borys, bo Paul lubił krótkie, twarde imiona. Od pierwszego dnia wiedziałam, że to nie będzie łatwe. W mieszkaniu było ciasno, spółdzielnia miała regulamin o zwierzętach, sąsiadka z dołu już raz krzyczała na korytarzu, że „tu nie schronisko”. Do tego koszty. Szczepienia, odrobaczanie, karma. Paul powiedział, że „z budżetu domowego nie będzie”. Budżet domowy oznaczał jego portfel.
Pierwsza nieodwracalna decyzja przyszła szybciej, niż myślałam. Wzięłam dodatkowe godziny w pracy i zaczęłam odkładać po cichu. Nie w kopercie, nie w szufladzie, bo Paul sprawdzał. Trzymałam drobne w starym słoiku po kawie, za detergentami w łazience. Robiłam to dla Borysa, bo nie mogłam znieść myśli, że zachoruje i nie będę miała za co mu pomóc. A prawda była taka, że robiłam to też dla siebie. Po raz pierwszy od lat miałam coś swojego, choćby były to monety pachnące metalem i mydłem.
Borys nie był wdzięczny w filmowy sposób. Bywał uparty. W nocy chodził po panelach i stukał pazurami, aż w głowie mi dudniło. Czasem warczał na Paula, kiedy ten podchodził zbyt gwałtownie. Paul wtedy się śmiał, ale w jego śmiechu było coś zimnego. „Wychowam go” mówił, i już sam ton sprawiał, że żołądek mi się ściskał.
Mimo zmęczenia zaczęłam wychodzić z Borysem na dłuższe spacery. Zimą Lublin ma ten specyficzny zapach spalin zmieszanych z mrozem. Powietrze szczypie w nos, a na chodnikach skrzypi sól. Borys ciągnął mnie w stronę skweru, gdzie stały ławki i oszronione krzaki. Czułam przez rękawiczkę szorstkość jego sierści, kiedy poprawiałam mu obrożę. Jego bok był ciepły, a oddech parował jak mały silnik.
Na tych spacerach po raz pierwszy od dawna ktoś na mnie patrzył normalnie. Nie jak na podejrzaną, nie jak na własność. Starszy sąsiad, pan Marek z czwartego piętra, zaczął mówić „dzień dobry” i pytał, jak pies się miewa. Zwykłe zdania. Zwykłe zainteresowanie. Brzmiało to jak język, którego prawie zapomniałam.
Paul nienawidził tych spacerów. „Za długo cię nie ma.” „Po co łazisz.” „Zaraz ci ktoś coś wmówi.” Zaczęłam wracać szybciej, serce mi waliło, kiedy wkładałam klucz do zamka. A jednak wychodziłam znowu, bo Borys stawał przy drzwiach i cicho skomlał. To skomlenie było jak mały gwóźdź w mojej decyzji: muszę wyjść. Muszę oddychać.
Druga nieodwracalna decyzja przyszła, kiedy Borys zachorował. Pewnego dnia przestał jeść. Leżał w kącie, a jego brzuch pracował ciężko. Dotknęłam go i poczułam, że jest gorący. Jego serce biło szybko pod żebrami, jakby chciało uciec. W mieszkaniu czuć było kwaśny zapach wymiocin, który mieszał się z zapachem płynu do podłóg. Paul spojrzał i powiedział: „Samo przejdzie. Nie wydamy na to.”
Nie wiem, skąd wzięłam odwagę, ale wzięłam Borysa na ręce. Był cięższy, niż wyglądał. Czułam, jak drży, i jak jego łapy bezwładnie uderzają mi o kurtkę. Zeszłam po schodach, bo winda jak zwykle nie działała. Na przystanku marzły mi palce, autobus spóźniał się, a ja bałam się, że on mi umrze w ramionach.
W lecznicy przy ul. Zana pachniało środkami dezynfekującymi i mokrą sierścią innych zwierząt. Weterynarz, młoda kobieta o zmęczonych oczach, powiedziała, że to ostre zapalenie żołądka, możliwe, że coś zjadł. Zastrzyk, kroplówka, leki. Kosztowało więcej, niż miałam w słoiku. Zapłaciłam częścią, a resztę rozłożyli mi na raty. Wyszłam stamtąd z papierami i poczuciem winy, bo wiedziałam, że Paul zrobi awanturę.
Zrobił. Najpierw cisza, potem krzyk. „Kto ci pozwolił?” „Z czego to zapłacisz?” „Znowu robisz ze mnie potwora.” Borys, jeszcze słaby, stanął między nami. Nie szczekał. Po prostu stał, napięty, z uszami do tyłu. Paul podszedł o krok, a pies zawarczał tak nisko, że poczułam to w klatce piersiowej.
Wtedy zobaczyłam, że Paul się boi. Nie mnie. Psa. I w tym strachu było coś, co otworzyło mi oczy: on rozumie tylko siłę. A ja nie mam siły. Mam Borysa.
Trzecia nieodwracalna decyzja przyszła tej nocy, kiedy zaczął się mój hook, ta scena na klatce. To był luty, mróz ścinał powietrze, a na oknach były lodowe kwiaty. Paul wrócił późno. Czułam od niego zapach alkoholu i tanich perfum. Borys od razu się spiął. Paul rzucił klucze, a potem coś powiedział o moich „ratkach” i „weterynarzach”. Zbliżył się za szybko. Ja cofnęłam się odruchowo. Borys skoczył.
Nie w sensie, że go pogryzł do kości. Ugryzł w dłoń. Krew trysnęła na framugę. Paul wrzasnął i odruchowo kopnął psa. Borys zawył. Ten dźwięk był jak rozdarcie czegoś we mnie. Złapałam psa, wybiegłam na klatkę, a drzwi za mną zatrzasnęły się z hukiem. I tam stałam, trzymając obrożę, patrząc na krew i słuchając ciszy za drzwiami.
Nie miałam telefonu. Paul zabrał mi go „żeby nie tracić czasu na głupoty” tydzień wcześniej. Miałam tylko klucze, które w panice wzięłam. Ręce mi drżały. Borys dyszał, a jego ciepło przenikało przez moje spodnie, kiedy przycisnął się do nóg. Poczułam jego zapach: mokra sierść, trochę ziemi, trochę tej karmy, którą kupowałam najtańszą w dyskoncie.
Zeszłam piętro niżej i zapukałam do pana Marka. Otworzył w szlafroku, zaskoczony. Zobaczył krew na moich palcach i psa, który trząsł się jak w febrze. Nie pytał dużo. Wpuścił mnie. W jego mieszkaniu pachniało herbatą i smażoną cebulą, jak u mojej mamy kiedyś. To było tak zwyczajne, że aż bolało.
Pan Marek zadzwonił na policję z mojego opisu. Ja siedziałam na krześle, głaskałam Borysa po karku. Jego sierść była szorstka, a pod palcami czułam napięte mięśnie. Kiedy przyjechali, serce waliło mi jak młot. Bałam się, że powiedzą: „to sprawa domowa”. Bałam się, że Paul mnie przekona, że to moja wina.
Policjanci byli rzeczowi. Spisali notatkę. Zapytali o przemoc. Nie umiałam powiedzieć słowa „przemoc”. Mówiłam o kontroli, o pieniądzach, o krzykach. O tym, że zabrał mi telefon. O tym, że pies ugryzł, bo się bronił. Zabrali Paula na izbę, bo był agresywny i pijany. To nie był film. To była brudna klatka, zimno w plecy i mój wstyd, który mieszał się z ulgą.
Następnego dnia musiałam podjąć kolejną decyzję, równie nieodwracalną: nie wracam. Tylko że gdzie? Mieszkanie było na Paula. Ja nie miałam oszczędności, bo wszystko oddawałam. W pracy nie mogłam nagle zniknąć, bo umowa, bo grafik, bo życie. Do tego pies. Mało kto chciał przyjąć kogoś z psem.
Zadzwoniłam do mamy w Świdniku. Nie rozmawiałyśmy normalnie od miesięcy. Serce mi się ściskało ze wstydu. Powiedziałam tylko: „Mamo, ja nie mogę wrócić.” Po drugiej stronie była cisza, a potem jej oddech, ciężki, jakby niosła torbę z zakupami. „Przyjedź” powiedziała. „Z psem też.”
To była moja czwarta decyzja, ale już wtedy wiedziałam, że nie ma odwrotu. Spakowałam rzeczy w dwie torby. Wzięłam Borysa na smycz. Na dworcu PKP pachniało kawą z automatu i mokrymi kurtkami ludzi. Pociąg się spóźnił. Stałam na peronie, wiatr wciskał mi się pod szalik. Borys trzymał się blisko, jego bok ocierał się o moje kolano. Czułam, jak drży, ale nie ucieka.
U mamy nie było łatwo. Mieszkanie małe, blok z wielkiej płyty, sąsiedzi czujni. Mama była wkurzona, że tyle lat milczałam. Ja byłam wkurzona, że ona ma rację. Kłóciłyśmy się szeptem, żeby nie obudzić sąsiadów. Borys kładł się między nami, jakby chciał nas rozdzielić ciałem. Kiedy mama podnosiła głos, on podchodził i wciskał nos w jej dłoń. Ciepły, mokry nos. Mama w końcu zaczęła go głaskać. To nie była wielka scena pojednania. To było codzienne, powolne mięknięcie.
Największym problemem były formalności. Policja, przesłuchania, wnioski o zakaz zbliżania. W pracy musiałam tłumaczyć, czemu dojeżdżam z innego miasta i czemu proszę o inne zmiany. Kierowniczka patrzyła podejrzliwie, bo „każdy ma problemy”. NFZ to był osobny koszmar. Chciałam iść do psychologa, ale terminy były na miesiące. Zapisałam się i czekałam, a w międzyczasie budziłam się w nocy, bo słyszałam w głowie trzask drzwi.
Borys wtedy wchodził na dywan obok łóżka. Słyszałam jego spokojny oddech. Czasem czułam, jak jego ciepło promieniuje, kiedy dotykał mnie łapą przez koc. To mnie trzymało przy ziemi. Nie zawsze. Były dni, kiedy miałam dość. Kiedy wkurzał mnie jego sierść na ubraniach, jego potrzeba wyjścia w deszcz, kiedy ja chciałam tylko zniknąć. Zdarzyło mi się krzyknąć na niego bez powodu. Potem siedziałam na podłodze i płakałam w jego kark, a on tylko stał i oddychał.
Paul próbował mnie znaleźć. Pisał do mamy. Dzwonił do pracy. Raz przyszedł pod blok. Wtedy podjęłam piątą decyzję: złożyłam zawiadomienie o uporczywym nękaniu. Bałam się, bo to znaczyło wejść w konflikt na serio. Ale pamiętałam tę krew na klatce. Pamiętałam, jak Borys zawarczał, a ja pierwszy raz nie cofnęłam się w sobie.
Minęło kilka miesięcy. Nie jestem wolna jak z reklamy. Mam raty u weterynarza do spłacenia, bo Borys ma wrażliwy żołądek i czasem wracamy tam na kontrolę. Mam dojazdy i zmęczenie. Mama czasem wypomina mi, że „mogłam wcześniej”. Ja czasem mam ochotę wrócić do tego, co znane, bo znane mniej boli niż niepewne.
Ale jest też coś innego. Kiedy idę z Borysem rano, widzę, że niebo nad Świdnikiem potrafi być jasne nawet zimą. Czuję zapach piekarni na rogu i mokrego asfaltu po nocnym deszczu. Trzymam smycz w dłoni, czuję jej szorstkość i pewność. Borys idzie obok, nie przede mną. Jakby w końcu nauczył się, że ja też mam kierunek.
Czasem myślę, że to niesprawiedliwe, że dopiero pies zmusił mnie do decyzji, których nie umiałam podjąć dla siebie. Czy lojalność wobec zwierzęcia może być pierwszym krokiem do lojalności wobec samej siebie? A jeśli tak, to komu tak naprawdę jesteśmy winni ratunek: im czy sobie?