„Zaproponowałam teściowej, żeby podzielić półki w lodówce”. Czy naprawdę jestem aż taką egoistką?

– Naprawdę uważasz, że to normalne? – głos Pani Moniki, mojej teściowej, rozbrzmiewał w kuchni jak dzwon. – Żeby dzielić półki w lodówce? Co za bzdury! Nawet w akademiku tak nie robiliśmy!

Stałam przy zlewie, ścierając ręce o fartuch, i czułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. Moja dwuletnia córeczka, Zosia, bawiła się na dywanie w salonie, a mój mąż, Tomek, udawał, że nie słyszy naszej rozmowy, chowając się za gazetą. W tej chwili miałam ochotę wyjść z domu i nie wracać przez tydzień. Ale nie mogłam. Od czterech lat mieszkamy razem z Panią Moniką, bo nie stać nas na własne mieszkanie. Tomek zarabia tyle, co nic, a moja pensja bibliotekarki nie wystarczyłaby nawet na kawalerkę. Więc siedzimy tu, w tym ciasnym mieszkaniu, i próbujemy nie zwariować.

– Mamo, to nie jest nic złego – próbowałam tłumaczyć spokojnie, choć w środku gotowała się we mnie złość. – Po prostu czasem nie wiem, co jest czyje. Zosia ma swoje jogurty, ja swoje warzywa, ty swoje słoiki… Chciałam tylko, żeby było nam łatwiej.

– Łatwiej? – prychnęła teściowa. – Łatwiej to by było, gdybyście się w końcu wyprowadzili. Albo przynajmniej nie robili problemów z byle czego.

Zacisnęłam zęby. Ile razy już to słyszałam? Że jesteśmy ciężarem, że przeszkadzamy, że ona „poświęca się” dla nas. A przecież to ona sama zaproponowała, żebyśmy się wprowadzili, kiedy Zosia się urodziła. Wtedy wydawało się to najlepszym rozwiązaniem. Teraz wiem, że to był początek końca mojej cierpliwości.

Wieczorem, kiedy Zosia już spała, usiadłam z Tomkiem w kuchni. On wciąż udawał, że nie widzi problemu.

– Może rzeczywiście przesadzasz? – rzucił, nie patrząc mi w oczy. – Mama jest starsza, nie przywykła do takich podziałów.

– Przesadzam? – powtórzyłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Tomek, ja już nie mam siły. Codziennie słyszę, że coś robię źle. Że źle gotuję, źle sprzątam, źle wychowuję Zosię. Teraz nawet lodówka jest problemem!

– Daj spokój, jakoś to przetrwamy – westchnął. – Kiedyś się wyprowadzimy.

Ale kiedy? Za rok? Za dziesięć lat? Czy wtedy jeszcze będziemy rodziną, czy już tylko zbiorem ludzi, którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać?

Następnego dnia rano Pani Monika znów dała mi do zrozumienia, że jestem intruzem. Przestawiła moje warzywa na najniższą półkę, a jogurty Zosi schowała za swoimi słoikami z ogórkami. Zosia płakała, bo nie mogła znaleźć swojego ulubionego serka. Ja płakałam w łazience, żeby nikt nie widział.

Wieczorem zadzwoniła moja mama. Słyszała w moim głosie, że coś jest nie tak.

– Może przyjedziesz na kilka dni? – zaproponowała. – Odpoczniesz, nabierzesz dystansu.

Ale nie mogłam. Zosia była przeziębiona, Tomek miał nadgodziny, a Pani Monika… cóż, ona nie uznawała mojej mamy za „prawdziwą rodzinę”.

Z czasem zaczęłam zauważać, że nawet najdrobniejsze rzeczy stają się zarzewiem konfliktu. Ktoś nie zamknął dobrze mleka – moja wina. Ktoś zostawił okruszki na stole – oczywiście ja. Zosia rozlała sok – „bo matka nie pilnuje dziecka”.

Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zastałam Panią Monikę rozmawiającą przez telefon z sąsiadką.

– Tak, tak, wyobraź sobie, ona chce dzielić półki w lodówce! – śmiała się głośno. – No, jakbyśmy byli obcymi ludźmi!

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Weszłam do kuchni, spojrzałam jej prosto w oczy i powiedziałam:

– Może rzeczywiście jesteśmy już dla siebie obcymi ludźmi, skoro nie potrafimy się dogadać nawet w takiej sprawie.

Zamilkła. Sąsiadka po drugiej stronie słuchawki też. Przez chwilę w kuchni panowała cisza, jakiej nie było tu od dawna.

– Nie przesadzaj – mruknęła w końcu teściowa. – Po prostu nie lubię zmian.

– A ja nie lubię być wiecznie krytykowana – odpowiedziałam cicho.

Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tym, jak bardzo się zmieniłam przez te cztery lata. Kiedyś byłam pogodna, otwarta, pełna energii. Teraz czuję się jak cień samej siebie. Zosia jest moją jedyną radością, ale nawet ona zaczyna wyczuwać napięcie w domu. Często pyta: „Mamusiu, dlaczego babcia jest zła?”

Nie wiem, co jej odpowiadać. Że dorosłym czasem trudno się dogadać? Że niektórzy ludzie nie potrafią zaakceptować zmian? Że czasem nawet rodzina może być dla siebie największym wrogiem?

Kilka dni później Tomek wrócił z pracy wyjątkowo późno. Był zmęczony, rozdrażniony. Usiadł przy stole i powiedział:

– Mama mówiła, że znów się pokłóciłyście. Może rzeczywiście powinniśmy coś zmienić.

– Co? – zapytałam z nadzieją.

– Może poszukam drugiej pracy. Albo ty spróbujesz znaleźć coś lepiej płatnego. Musimy się stąd wyprowadzić, bo inaczej wszyscy zwariujemy.

Poczułam ulgę, ale i strach. Nowa praca? Przeprowadzka? Czy damy radę? Czy nie rozpadniemy się po drodze?

Następnego dnia zaczęłam przeglądać ogłoszenia o pracę. Znalazłam kilka ofert w księgarniach, jedna nawet w pobliskim muzeum. Złożyłam CV, choć serce waliło mi jak młotem. Wieczorem powiedziałam o tym Tomkowi.

– Jestem z ciebie dumny – powiedział, pierwszy raz od dawna patrząc na mnie z czułością.

Ale Pani Monika nie była zadowolona.

– I kto będzie się zajmował Zosią? – zapytała z wyrzutem. – Ja? Przecież ja mam swoje sprawy!

– Poradzimy sobie – odpowiedział Tomek stanowczo. – Musimy spróbować.

Przez kolejne tygodnie atmosfera w domu była napięta jak struna. Każdy dzień zaczynał się od cichych pretensji, kończył łzami. Zosia coraz częściej budziła się w nocy z płaczem. Ja chudłam w oczach, nie mogąc jeść ani spać.

W końcu dostałam pracę w księgarni. Nie była to praca marzeń, ale płacili lepiej niż w bibliotece. Tomek znalazł dodatkowe zlecenia. Zaczęliśmy odkładać pieniądze, liczyć każdy grosz. Pani Monika była coraz bardziej oschła, coraz rzadziej rozmawiała z nami. Czułam, że odlicza dni do naszej wyprowadzki.

Po kilku miesiącach udało nam się wynająć małe, dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach miasta. Kiedy pakowaliśmy rzeczy, Pani Monika nie przyszła się pożegnać. Zosia płakała, bo nie rozumiała, dlaczego babcia nie chce jej przytulić.

Kiedy zamknęliśmy za sobą drzwi nowego mieszkania, poczułam, jak spada mi z serca ogromny ciężar. Było skromnie, ciasno, ale to było nasze miejsce. Nasza lodówka, nasze półki, nasze zasady.

Czasem myślę o Pani Monice. Czy jest jej lżej bez nas? Czy czuje ulgę, czy może żal? Czy ja powinnam czuć się winna, że chciałam tylko odrobiny własnej przestrzeni?

Patrzę na Zosię, która śmieje się w nowej kuchni, i pytam siebie: czy naprawdę bycie sobą i dbanie o własne granice to egoizm? Czy może to jedyny sposób, żeby nie zatracić siebie w cudzym domu?

A wy? Czy mieliście kiedyś podobny konflikt w rodzinie? Jak sobie z tym poradziliście? Czy naprawdę można być szczęśliwym pod jednym dachem z teściową?