Córki były oczkiem w głowie, a teraz ja mam być opiekunką – historia o rodzinnych rozczarowaniach

Gdy zadzwonił telefon, byłam w kuchni. Smażyłam naleśniki dla syna, a w radiu leciała stara piosenka Lady Pank. Mój mąż, Paweł, wbiegł do kuchni z telefonem przy uchu, blady jak ściana. – „To mama,” wyszeptał. „Zabrali ją do szpitala. Jest źle.” Zamarłam. Nie dlatego, że się bałam – raczej dlatego, że nie wiedziałam, co powinnam czuć. Przez całe nasze małżeństwo teściowa traktowała mnie jak powietrze. Dla niej liczyły się tylko jej córki: Justyna i Agata. Paweł był tym trzecim, tym mniej ważnym. Ja – dodatkiem do niego, kimś z zewnątrz.

Zawsze podziwiała swoje córki. Justyna – prawniczka w Krakowie, Agata – nauczycielka w podstawówce pod Warszawą. O nich opowiadała wszystkim na osiedlu, chwaliła się ich sukcesami na Facebooku. Gdy Paweł dostał awans w pracy, nawet nie zadzwoniła z gratulacjami. Gdy urodził się nasz syn, Szymek, wysłała SMS-a: „Gratulacje. Może następnym razem będzie dziewczynka.” Nawet nie przyszła go zobaczyć.

Przez lata próbowałam się z tym pogodzić. W święta siedzieliśmy sami – ona zapraszała tylko córki z rodzinami. Kiedyś zapytałam Pawła: – „Dlaczego ona nas tak traktuje?” Wzruszył ramionami. – „Nie wiem. Może dlatego, że nie jestem dziewczyną?” Bolało mnie to bardziej niż jego. Ja miałam swoich rodziców – kochających, obecnych, wspierających. To oni pomagali nam przy Szymku, to oni przywozili nam obiady, gdy byliśmy chorzy.

Aż do tamtego telefonu.

Pojechaliśmy do szpitala. Justyna już tam była – w eleganckim płaszczu, z miną cierpiętnicy. Agata dzwoniła co chwilę z pytaniami: „Jak mama? Co lekarz powiedział?” Ja stałam pod ścianą i czułam się jak intruz.

Lekarz był bezlitosny: – „Pani matka wymaga stałej opieki. Najlepiej całodobowej.”

Wtedy zaczęło się rodzinne piekło.

W domu teściowej zebrała się cała rodzina. Justyna rozłożyła papiery na stole: – „Musimy ustalić grafik opieki.” Agata dodała: – „Ja mam małe dzieci i pracę na cały etat! Justyna mieszka daleko!” Wszyscy spojrzeli na mnie i Pawła.

– „Wy macie najbliżej,” powiedziała Justyna chłodno. – „Poza tym mama zawsze mówiła, że Paweł jest taki odpowiedzialny.”

Zatkało mnie. Przez lata byłam dla nich nikim – teraz miałam być pielęgniarką ich matki?

Paweł milczał długo. W końcu powiedział: – „A może zatrudnimy opiekunkę? Możemy się złożyć na koszty.” Agata prychnęła: – „A kto zapłaci? Mama już wszystko przepisała na nas!” Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– „Jak to na was?” zapytałam.

Justyna poprawiła okulary: – „Dom po babci jest mój, mieszkanie w Warszawie Agaty. Samochód też już przepisany.” Zrobiło mi się słabo.

– „A Paweł?” spytałam cicho.

– „Paweł zawsze był samodzielny,” rzuciła Agata z uśmiechem.

Wyszłam do kuchni. Paweł przyszedł za mną i objął mnie mocno.

– „Nie dam rady,” wyszeptał. „Nie mogę jej nienawidzić, ale nie potrafię jej kochać.” Płakał pierwszy raz od lat.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Szymek bawił się klockami Lego na dywanie. Patrzyłam na niego i myślałam: czy ja kiedyś będę taką matką?

Następnego dnia zadzwoniła Justyna:

– „Mama wraca jutro ze szpitala. Przywieziecie ją do siebie?”

– „Nie,” odpowiedziałam stanowczo. „Nie jesteśmy gotowi rzucić wszystkiego dla osoby, która przez lata udawała, że nas nie ma.” Usłyszałam tylko trzask słuchawki.

Zaczęły się telefony od rodziny. Ciotki, kuzynki – wszyscy mieli dla nas dobre rady:

– „Starszych się nie zostawia!”
– „To twoja teściowa!”
– „Co ludzie powiedzą?”

Ale nikt nie zapytał: co my czujemy? Czy mamy siłę?

Paweł próbował rozmawiać z siostrami:

– „Możemy pomóc finansowo, ale nie oddamy jej swojego życia.” Justyna wybuchła:

– „Jesteś niewdzięczny! Mama tyle dla ciebie zrobiła!”

– „Co zrobiła?” spytał Paweł cicho. „Czy pamiętasz choć jeden dzień, kiedy przyszła do mnie na urodziny? Kiedy zapytała, jak mi minął dzień? Kiedy pogratulowała mi czegokolwiek?”

Agata zaczęła płakać:

– „Nie rozumiesz… Ona zawsze była dla nas surowa… Ale cię kocha!”

Patrzyłam na tę scenę jak na kiepski serial.

W końcu Paweł postawił sprawę jasno:

– „Jeśli chcecie opieki dla mamy, sprzedajcie jedno z mieszkań i zatrudnijcie opiekunkę. Ja mogę dorzucić się do kosztów. Ale nie będziemy z Anią (to ja) rezygnować ze swojego życia.”

Cisza po drugiej stronie była wymowna.

Od tamtej pory relacje są jeszcze chłodniejsze niż wcześniej. Teściowa leży w swoim mieszkaniu pod opieką sąsiadki za pieniądze od córek. My odwiedzamy ją raz w tygodniu – przynosimy zakupy, pytamy o zdrowie. Nie ma już pretensji ani łez.

Czasem patrzę na Pawła i widzę w nim dziecko spragnione miłości matki, której nigdy nie dostało. Widzę też siebie – kobietę rozdartą między współczuciem a gniewem.

Czy można wybaczyć komuś całe lata obojętności tylko dlatego, że jest rodziną? Czy obowiązek moralny jest ważniejszy niż własne szczęście?

Czasem myślę: czy gdyby to mnie spotkało – chciałabym być ciężarem dla kogoś, kogo przez lata raniłam?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?