Dopóki świeci lampa, nic nie jest stracone – historia Zofii Wysockiej
Na klatce schodowej czuć było duszoną kapustę i stary przewód elektryczny. Ten znajomy, wieczorny zapach wciskał się przez szpary w drzwiach, osiadał na ramionach jak wspomnienie, które nie chce odejść. Stałam przy skrzynkach pocztowych, ściskając klucz tak mocno, jakby od niego zależało coś więcej niż tylko wejście do mieszkania. Nad moimi drzwiami wciąż paliła się słaba żarówka. Migotała, rzucając blade, niebieskawe światło na odpadający tynk na suficie. Tam, za drzwiami, czekały tylko ściany, szelest starej serwety i mój własny oddech, tak głośny w ciszy.
Kiedyś witał mnie Andrzej. Narzekał, że znów się spóźniłam, że zupa wystygnie. Ale w jego oczach zawsze było światło. Wieszał mój płaszcz, stawiał czajnik, brał moją dłoń – jakby za każdym razem cieszył się, że wróciłam. Nawet w tych latach, gdy ledwo trzymał się na nogach, wciąż wstawał, by mnie powitać. Bo wiedział: powitanie to najważniejsze.
Po pogrzebie wróciłam do tego samego mieszkania. Wszystko było na swoim miejscu: zdjęcia w ramkach, fotel przy oknie, jego filiżanka, mój fartuch. Ale wszystko – jak makieta. Ciepła rzeczywistość zniknęła, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z kontaktu i wszystko przestało działać. Pozostały tylko kształty, zarysy, które straciły sens.
Dom zaczął wydawać się za duży. Jakby ściany rozsuwały się, uciekały, zostawiając mnie samą w tym zimnym, rozrzedzonym powietrzu. Nawet krople z kranu brzmiały głośniej i bardziej niepokojąco niż kiedyś. Łapałam się na tym, że każdego wieczoru, podchodząc do drzwi, wstrzymuję oddech – może teraz, może znów… Może znowu usłyszę jego głos: „Gdzie ty się włóczysz, Zośka?”
Ale dziś był wyjątkowy dzień. Skończyłam osiemdziesiąt pięć lat. Wiek, w którym już nie czeka się na niespodzianki, ale wciąż się na nie liczy. Chociaż na telefon. Na kartkę. Na coś żywego. Ale telefon milczał. Przyjaciółki już odeszły. Sąsiadka, ciocia Hania, wyprowadziła się do córki do Torunia. Córka? W Hiszpanii. Dzwonią rzadko, przez wideorozmowy, szybko, między spotkaniami a zajęciami z wnukami. A wnuk? Wysłał naklejkę: „Sto lat, babciu” – i zniknął z powrotem w ekranie.
Wstałam. Otworzyłam drzwi. Minęłam lustro, nie patrząc. W kuchni – wszystko na swoim miejscu: filiżanka, radio, tabletki, pusty parapet, gdzie kiedyś stały fiołki. Włączyłam radio i gdy rozległa się stara piosenka, pod którą Andrzej się mi oświadczył, uśmiechnęłam się przez łzy – bo zrozumiałam, że choć jedne światła gasną, inne zawsze mogą się zapalić.
Ale zanim do tego doszło…
Kilka miesięcy po śmierci Andrzeja zaczęły się rodzinne konflikty o mieszkanie. Synowa zadzwoniła pewnego dnia:
– Mamo Zosiu… Może by pani pomyślała o domu spokojnej starości? Tam jest opieka…
– A może ty byś pomyślała o tym, żeby czasem przyjechać i posprzątać? – odpowiedziałam ostrzej niż zamierzałam.
Zamilkła. Potem już dzwoniła rzadziej.
Syn? Michał zawsze był zajęty. Pracował w banku w Warszawie. Przyjeżdżał raz na dwa miesiące – zawsze z prezentem i pośpiechem.
– Mamo… muszę lecieć! – całował mnie w czoło i już go nie było.
Czułam się jak mebel – potrzebny tylko wtedy, gdy trzeba coś załatwić albo przekazać akt notarialny.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka z parteru:
– Pani Zosiu! Pani synowa była dziś u administracji… Pytała o możliwość przepisania mieszkania na siebie.
Zamarłam.
Wieczorem zadzwoniłam do Michała:
– Synu… czy wy chcecie mnie stąd wyrzucić?
– Mamo! Co ty opowiadasz?! Nikt cię nie wyrzuca! Ale… no… Asia myśli przyszłościowo.
– Przyszłościowo? To znaczy jak?
– No… żebyś miała opiekę i żebyśmy mogli sprzedać mieszkanie…
Rozłączyłam się bez słowa.
Przez kilka dni nie wychodziłam z domu. Bałam się spotkać sąsiadów. Bałam się własnych myśli.
W końcu przyszła do mnie Basia – moja młodsza siostra.
– Zośka! Co ty wyprawiasz? Siedzisz tu sama jak ta sierota!
– Bo jestem sierotą! – wybuchłam płaczem.
Basia objęła mnie mocno.
– Nie jesteś sama! Masz mnie! Masz jeszcze trochę życia przed sobą!
Ale ja nie wierzyłam.
Wszystko zmieniło się pewnego wieczoru.
Siedziałam przy oknie i patrzyłam na migoczącą żarówkę nad drzwiami klatki schodowej. Nagle usłyszałam hałas na korytarzu. Ktoś szarpał się z zamkiem.
– Cholera jasna! – zaklął młody głos.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam chłopaka z trzeciego piętra – Kacpra.
– Pani Zosiu… Przepraszam… Zaciął mi się zamek…
Pomogłam mu otworzyć drzwi.
– Dziękuję! – uśmiechnął się szeroko. – Wie pani co? Moja mama mówiła, że piecze pani najlepszy sernik w bloku!
Zaśmiałam się pierwszy raz od miesięcy.
– Może kiedyś upiekę…
Kilka dni później Kacper zapukał do moich drzwi:
– Pani Zosiu… Moja mama jest chora i nie mamy obiadu…
Bez słowa poszłam do kuchni i zaczęłam gotować rosół.
Od tego dnia coś się zmieniło.
Zaczęli przychodzić inni sąsiedzi – raz po przepis na pierogi, raz po radę w sprawie rachunków za gaz. Ktoś przyniósł kwiaty na parapet. Ktoś inny zaprosił mnie na herbatę.
Pewnego dnia zadzwoniła Asia:
– Mamo… Michał mówił mi o tych sąsiadach… Może jednak lepiej byłoby ci u nas?
– Asiu… tu mam swoje życie. Tu jestem potrzebna.
Zamilkła na chwilę.
– Rozumiem… Przepraszam.
Nie wiem czy naprawdę rozumiała. Ale pierwszy raz od dawna poczułam spokój.
Dziś znów siedzę przy oknie i patrzę na lampę nad drzwiami klatki schodowej. Migocze jak zawsze – czasem słabiej, czasem mocniej. Ale dopóki świeci lampa… nic nie jest stracone.
Czy samotność to wyrok? Czy może szansa na nowy początek? Czasem wystarczy jedno światło – jedno dobre słowo – by uwierzyć jeszcze raz.