„Mamo, dlaczego płaczesz?” – Wyznanie zmęczonej matki z Poznania
– Mamo, dlaczego płaczesz? – zapytał mnie Staś, patrząc na mnie swoimi wielkimi, brązowymi oczami. W tej chwili poczułam, jakby ktoś rozdarł mnie na pół. Stałam w kuchni, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując domyć przypalony garnek po zupie. W tle słychać było krzyki młodszej córki, Zosi, która domagała się uwagi. Mój mąż, Michał, siedział w salonie z laptopem na kolanach, nawet nie podnosząc wzroku znad ekranu.
– Nic się nie stało, kochanie – odpowiedziałam drżącym głosem, próbując się uśmiechnąć. Ale Staś już wiedział. Dzieci zawsze wiedzą.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułam się szczęśliwa. Może wtedy, gdy jeszcze wierzyłam, że rodzina to wspólnota, a nie ciężar. Kiedyś marzyłam o domu pełnym śmiechu i ciepła. Teraz czuję się jak cień samej siebie – sprzątaczka, kucharka, pielęgniarka i nauczycielka w jednym. Każdego dnia budzę się ze ściśniętym żołądkiem i pytaniem: czy dziś dam radę?
Michał nie jest złym człowiekiem. Pracuje dużo, czasem nawet za dużo. Ale od miesięcy jesteśmy jak współlokatorzy – mijamy się w drzwiach, wymieniamy krótkie komunikaty o zakupach i rachunkach. Kiedy próbuję powiedzieć mu o swoim zmęczeniu, wzdycha ciężko i mówi: „Wszyscy mamy ciężko, Aniu. Musisz być silna.”
Ale ja już nie jestem silna. Jestem pusta.
Wczoraj wieczorem położyłam dzieci spać i usiadłam na podłodze w łazience. Przez godzinę patrzyłam w kafelki i próbowałam nie płakać zbyt głośno. W końcu napisałam do mojej mamy: „Mamo, czy mogę przyjechać na kilka dni? Potrzebuję odpocząć.”
Odpisała natychmiast: „Oczywiście, przyjedź. Zajmę się dziećmi.”
Dziś rano spakowałam torbę. Michał patrzył na mnie z niedowierzaniem.
– Co ty robisz? – zapytał chłodno.
– Jadę do mamy. Potrzebuję przerwy – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczało.
– A dzieci? – spytał z wyrzutem.
– Zostają z tobą. Dasz radę.
Nie odpowiedział nic więcej. Odwrócił się i wrócił do swojego laptopa.
Wysiadłam z pociągu w Poznaniu z poczuciem winy tak ciężkim, że ledwo mogłam oddychać. Mama czekała na mnie na peronie. Przytuliła mnie mocno i powiedziała tylko: „Dobrze, że jesteś.”
Przez pierwsze godziny nie mogłam przestać myśleć o dzieciach. Czy Staś pamięta o swoim inhalatorze? Czy Zosia nie będzie płakać w nocy? Czy Michał poradzi sobie z obiadem?
Ale potem przyszła ulga. Po raz pierwszy od lat mogłam usiąść przy stole z kubkiem herbaty i po prostu być. Mama patrzyła na mnie ze smutkiem.
– Aniu, dlaczego nic mi nie mówiłaś? – zapytała cicho.
– Bo wstydziłam się przyznać, że sobie nie radzę – odpowiedziałam szczerze.
Mama pokiwała głową.
– Ja też czasem miałam dość. Ale wtedy nie było komu powiedzieć.
Zrozumiałam wtedy, że nie jestem sama. Że setki kobiet każdego dnia duszą się pod ciężarem oczekiwań – by być idealną matką, żoną, pracownicą. Że nikt nie pyta nas o nasze potrzeby.
Wieczorem zadzwonił Michał.
– Kiedy wrócisz? – zapytał bez przywitania.
– Nie wiem jeszcze – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Dzieci tęsknią.
– Ja też tęsknię. Ale muszę odpocząć.
Zamilkł na chwilę.
– Nie rozumiem cię – powiedział w końcu.
– Wiem – szepnęłam i rozłączyłam się.
Leżałam długo w łóżku mamy i myślałam o tym, jak bardzo się zmieniłam przez te lata. Kiedyś byłam pełna pasji, miałam plany i marzenia. Teraz moje życie to lista rzeczy do zrobienia i wieczne poczucie winy.
Czy jestem złą matką? Czy mam prawo uciec choćby na chwilę?
Następnego dnia rano mama podała mi śniadanie do łóżka. Usiadła obok mnie i powiedziała:
– Aniu, musisz zadbać o siebie. Jeśli ty się rozpadniesz, cała rodzina się rozpadnie.
Poczułam łzy pod powiekami. Może pierwszy raz ktoś pomyślał o mnie?
W ciągu tych kilku dni zaczęłam powoli oddychać pełną piersią. Spacerowałam po parku, czytałam książki, spałam bez budzika. Dzwoniłam do dzieci wieczorami i słyszałam ich głosy – trochę stęsknione, ale spokojne.
Michał napisał mi wiadomość: „Przepraszam. Nie wiedziałem, że jest ci tak ciężko.”
Odpisałam tylko: „Porozmawiamy, gdy wrócę.”
Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Czy coś się zmieni? Czy znajdę w sobie siłę, by zawalczyć o siebie?
Czasem myślę: ile jeszcze kobiet musi uciec z własnego domu, żeby ktoś zauważył ich ból? Czy naprawdę musimy być silne zawsze i wszędzie?
Może w końcu ktoś zapyta: „A co z tobą?”