Między młotem a kowadłem: historia rozdartej synowej
– Znowu nie zaprosiłaś mnie na imieniny swojej matki? – głos pani Zofii, mojej teściowej, rozbrzmiewał w słuchawce z taką siłą, że aż ścisnęło mi się gardło. Stałam w kuchni, ścierka zsunęła mi się z ramienia na podłogę, a ja poczułam znajome ukłucie winy i złości. – Przecież mówiłam Bartkowi, że bardzo bym chciała być częścią waszej rodziny. Czy to takie trudne?
Nie odpowiedziałam od razu. W głowie miałam jeszcze obraz wczorajszego wieczoru: śmiech mojej mamy, gwar dzieci, zapach ciasta drożdżowego i Bartka, który wreszcie się rozluźnił po tygodniu pracy. Było ciepło, swojsko, bez napięcia. A teraz… znów wracało to uczucie, jakbym robiła coś złego.
– Pani Zofio… – zaczęłam ostrożnie. – To były tylko kameralne imieniny, naprawdę nie chciałam pani fatygować…
– Fatygować? – przerwała mi natychmiast. – A może po prostu nie chcecie mnie widzieć? Może przeszkadzam? Może jestem dla was ciężarem?
W tle słyszałam, jak Bartek zamyka drzwi do łazienki. Wiedziałam, że zaraz wyjdzie i zobaczy moją minę. Ostatnio coraz częściej widział mnie w takim stanie: roztrzęsioną, z oczami pełnymi łez.
– Mamo, proszę cię… – Bartek odebrał ode mnie telefon i próbował tłumaczyć. – To nie tak. Po prostu Asia chciała spędzić trochę czasu z własną rodziną.
– A ja nie mam rodziny? – usłyszałam jeszcze zanim Bartek wyszedł na balkon, żeby nie słyszał go nasz synek Kuba.
To był kolejny raz. Kolejny raz, kiedy musiałam tłumaczyć się z tego, że mam własne życie, własnych bliskich i własne potrzeby. Pani Zofia była wdową od pięciu lat. Bartek był jej jedynym dzieckiem. Od początku wiedziałam, że będzie trudno – już na naszym weselu patrzyła na mnie z chłodnym dystansem.
Pamiętam tamten dzień jak dziś. Moja mama podeszła do niej z kawałkiem tortu:
– Proszę się częstować, pani Zofio! – powiedziała serdecznie.
A ona tylko spojrzała na nią przez ramię:
– Dziękuję, nie jem słodyczy po osiemnastej.
Wtedy jeszcze się śmialiśmy. Teraz wiem, że to był początek wojny podjazdowej.
Z czasem było coraz gorzej. Każde nasze spotkanie kończyło się jej pretensjami: że za rzadko dzwonimy, że nie przyjeżdżamy na niedzielny rosół, że Kuba nie zna jej ulubionych bajek z dzieciństwa. Kiedyś nawet przyszła do nas bez zapowiedzi w środku tygodnia i zastała mnie w dresie, z rozmazanym makijażem i stertą prania na kanapie.
– Tak wygląda dom mojego syna? – rzuciła wtedy z pogardą.
Bartek próbował ją bronić:
– Mamo, Asia pracuje na pełen etat i jeszcze ogarnia dom. Daj jej spokój.
Ale ona tylko wzruszyła ramionami:
– Ja jakoś dawałam radę i nikt mi nie pomagał.
Najgorsze były święta. Moja rodzina jest duża: mam dwie siostry i brata, wszyscy mieszkamy blisko siebie w Łodzi. Spotykamy się regularnie – na kawę, na wspólne obiady, na spacery do parku Źródliska. Bartek odnalazł się w tym świecie bez problemu. Z moim bratem grają razem w piłkę nożną na orliku, z siostrami żartuje przy stole.
Ale kiedy tylko pojawiała się pani Zofia… atmosfera gęstniała jak mleko na gazie. Siedziała sztywno przy stole, nie odzywała się do nikogo poza Bartkiem i Kubą. Kiedyś moja siostra Magda zapytała ją o przepis na pierogi:
– Pani Zofio, podobno robi pani najlepsze ruskie w mieście!
A ona tylko spojrzała na nią chłodno:
– Nie wiem, kto ci takich głupot nagadał.
Po takich sytuacjach wszyscy byli spięci. Mama prosiła mnie potem na bok:
– Asiu, może następnym razem spotkamy się tylko w naszym gronie?
Rozumiałam ją doskonale. Ale wiedziałam też, że jeśli nie zaproszę teściowej – będzie kolejna awantura.
Najgorsze przyszło rok temu. Były urodziny Kuby. Zaprosiliśmy całą rodzinę: moich rodziców, rodzeństwo z dziećmi i panią Zofię. Już od rana czułam napięcie w powietrzu. Bartek chodził po domu jak na szpilkach.
Kiedy wszyscy już siedzieli przy stole, pani Zofia zaczęła komentować:
– A te balony to po co? Przecież Kuba ma już pięć lat, nie jest niemowlakiem.
– Ciasto za słodkie.
– Dzieci za głośno się bawią.
– A ta twoja siostra… czy ona zawsze tak głośno mówi?
Widziałam łzy w oczach mojej mamy. Widziałam też, jak Bartek zaciska szczęki.
Po wyjściu gości usiedliśmy razem na kanapie. Bartek schował twarz w dłoniach.
– Nie dam rady tak dłużej – powiedział cicho. – Kocham cię i kocham Kubę… Ale moja matka jest sama. Jeśli ją odrzucimy…
Przytuliłam go mocno.
– Bartek… ja też już nie mam siły. Ale ile razy mam wybierać między tobą a własną rodziną?
Zaczęliśmy się kłócić coraz częściej. O drobiazgi: kto pojedzie do pani Zofii z zakupami, kto odbierze ją od lekarza, kto zadzwoni pierwszy po weekendzie. Czułam się jak piłka odbijana między dwoma drużynami.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja młodsza siostra Ola:
– Asiu… mama płakała po ostatnim spotkaniu. Powiedziała, że już nie chce zapraszać pani Zofii do domu.
Poczułam się rozdarta na pół.
Wieczorem usiedliśmy z Bartkiem przy kuchennym stole. Kuba spał już od dawna.
– Musimy coś postanowić – powiedziałam stanowczo. – Albo ustalimy jasne granice… albo to wszystko nas wykończy.
Bartek milczał długo.
– Spróbuję z nią porozmawiać – powiedział w końcu.
Następnego dnia wrócił blady jak ściana.
– Powiedziała mi, że jeśli ją zostawimy samą… przestanie się do nas odzywać. Że już raz straciła męża i nie przeżyje straty syna.
Wiedziałam już wtedy: pani Zofia nigdy nie zaakceptuje mojego świata. Nigdy nie pozwoli mi być sobą bez poczucia winy.
Od tamtej pory próbuję żyć między młotem a kowadłem. Czasem udaje mi się znaleźć równowagę – czasem znów czuję się jak mała dziewczynka szukająca aprobaty u wszystkich wokół.
Dziś znów dzwoni telefon. Widzę na ekranie „Mama Bartka” i czuję ścisk w żołądku.
Odbieram…
A wy? Czy kiedykolwiek musieliście wybierać między własnym szczęściem a oczekiwaniami innych? Jak długo można żyć rozdartych między dwoma światami?