Pomóżcie! Moja synowa źle wychowuje moje wnuki – czy powinnam się wtrącać?

— Mamo, proszę cię, nie wtrącaj się — usłyszałam po raz kolejny od mojego syna, Michała. Stałam w kuchni, ściskając kubek z herbatą tak mocno, że aż bolały mnie palce. Za ścianą rozlegał się piskliwy śmiech moich wnuków, a potem trzask — coś znowu spadło na podłogę.

— Ale Michał, oni robią co chcą! — nie wytrzymałam. — Zosia pozwala im jeść chipsy na śniadanie i siedzieć przed tabletem całe popołudnie! Ty też tak byłeś wychowywany?

Michał westchnął ciężko i spojrzał na mnie z rezygnacją. — Mamo, czasy się zmieniły. Daj im trochę luzu.

Luzu? W moim domu nie było miejsca na takie rzeczy. Dzieci miały obowiązki, szanowały dorosłych i wiedziały, kiedy trzeba się uczyć, a kiedy bawić. Teraz wszystko jest na opak. Zosia, moja synowa, jest miła, ale jej metody wychowawcze przyprawiają mnie o ból głowy. Kiedyś próbowałam z nią rozmawiać:

— Zosiu, może lepiej byłoby, gdyby dzieci jadły najpierw obiad, a potem słodycze? — zaproponowałam delikatnie.

Uśmiechnęła się do mnie uprzejmie, ale w jej oczach widziałam cień irytacji. — Pani Haniu, staram się, ale czasem trzeba odpuścić. Dzieci są szczęśliwe.

Szczęśliwe? Czy szczęście to brak zasad? Czy to naprawdę jest lepsze niż dyscyplina? Każdego dnia walczę ze sobą, żeby nie powiedzieć za dużo. Ale kiedy widzę, jak wnuki rzucają się na podłogę w sklepie, bo nie dostały lizaka, serce mi pęka.

Ostatnio sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta. Przyszłam do nich w odwiedziny i zobaczyłam, jak Staś, mój starszy wnuk, wylał sok na nowy dywan.

— Nic się nie stało, Staśku — powiedziała Zosia łagodnie. — Następnym razem uważaj.

Zamarłam. Gdzie reprymenda? Gdzie nauka odpowiedzialności? W moich czasach za coś takiego byłby szlaban na bajki na tydzień!

Wieczorem zadzwoniłam do mojej przyjaciółki Grażyny.

— Grażka, ja już nie mam siły. Oni mnie nie słuchają. Zosia pozwala dzieciom na wszystko! — żaliłam się.

— Haniu, to nie twoje dzieci. Musisz odpuścić — poradziła mi spokojnie Grażyna. — Inaczej tylko popsujesz sobie relacje z synem.

Ale jak mam patrzeć obojętnie? Przecież to moje wnuki! Chcę dla nich jak najlepiej. Chcę, żeby wyrośli na porządnych ludzi.

Kilka dni później doszło do poważnej kłótni. Michał poprosił mnie o rozmowę.

— Mamo, Zosia płakała przez ciebie całą noc — powiedział z wyrzutem. — Czemu nie możesz zaakceptować tego, jak wychowujemy dzieci?

Poczułam gulę w gardle. — Bo się o nich martwię…

— Wiem. Ale to nasze dzieci i nasza odpowiedzialność. Proszę cię…

Wyszłam z ich mieszkania z poczuciem klęski. Przez całą drogę do domu łzy cisnęły mi się do oczu. Czy naprawdę jestem złą teściową? Czy powinnam zamknąć oczy na wszystko?

Dni mijały, a ja coraz bardziej oddalałam się od rodziny. Przestałam dzwonić codziennie, rzadziej odwiedzałam wnuki. Czułam się niepotrzebna i samotna.

Pewnego dnia Staś zadzwonił do mnie sam:

— Babciu, przyjedziesz do nas? Tęsknię za tobą.

Serce mi zmiękło. Pojechałam. Tym razem postanowiłam nie komentować niczego. Po prostu byłam z nimi — czytałam bajki, układałam klocki z wnukami.

Wieczorem Zosia podeszła do mnie cicho:

— Pani Haniu… przepraszam za wszystko. Wiem, że chce pani dobrze. Może czasem mogłabym poprosić panią o radę?

Spojrzałyśmy sobie w oczy i pierwszy raz poczułam prawdziwą więź.

Teraz staram się być wsparciem, a nie krytykiem. To trudne — czasem aż mnie skręca w środku, gdy widzę ich metody. Ale wiem już jedno: jeśli chcę być częścią ich życia, muszę nauczyć się odpuszczać.

Czy naprawdę można pogodzić własne przekonania z miłością do rodziny? A może czasem trzeba po prostu zaufać młodszym pokoleniom?