Teściowa oddała mieszkanie młodszemu synowi, a my z dzieckiem tkwimy w kawalerce. Czy naprawdę jestem gorsza?

— Mamo, a kiedy będę miał swój pokój? — zapytał mnie synek, kiedy wieczorem układałam go do snu na rozkładanej kanapie, która za dnia służy nam za jedyne miejsce do siedzenia. Zamarłam na chwilę, czując, jak ściska mnie w gardle. Przecież nie powiem mu, że nie wiem, że może nigdy. — Niedługo, kochanie, zobaczysz — odpowiedziałam, głaszcząc go po włosach, choć sama nie wierzyłam w te słowa.

Kiedy zasnął, usiadłam na parapecie i patrzyłam przez okno na szare podwórko. Mój mąż, Tomek, wrócił późno z pracy. Wszedł cicho, żeby nie obudzić małego, i rzucił mi krótkie spojrzenie. Widziałam w jego oczach zmęczenie i bezradność. Przez chwilę milczeliśmy, każde z nas zatopione w swoich myślach. W końcu nie wytrzymałam:

— Tomek, ile jeszcze tak wytrzymamy? Przecież to nie jest życie. Nasz syn nie ma nawet gdzie się bawić, a my wieczorami musimy szeptać, żeby go nie obudzić.

Tomek westchnął ciężko i usiadł obok mnie. — Wiem, Anka. Ale co mam zrobić? Mama zdecydowała, że mieszkanie dostanie Bartek. Bo „jemu się bardziej przyda”.

To zdanie słyszałam w głowie od tygodni, odkąd teściowa, pani Halina, podjęła decyzję. Dwupokojowe mieszkanie na Mokotowie, które mogłoby być naszym wybawieniem, oddała młodszemu synowi. Bo Bartek „ma trudniej”, „jest sam”, „dopiero zaczyna”. A my? My mamy przecież „swoje”, nawet jeśli to ledwie 26 metrów, z aneksem kuchennym i łazienką, w której nie da się obrócić.

Nie mogłam spać tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie słowa teściowej z ostatniej rozmowy:

— Aniu, rozumiesz przecież, Bartek jest młody, nie ma jeszcze rodziny, musi się jakoś urządzić. Wy już macie swoje gniazdko, a dzieci są elastyczne, szybko się przyzwyczają.

— Ale mamo, my naprawdę się tu dusimy. Kuba nie ma nawet biurka, żeby rysować, a my nie mamy gdzie postawić stołu. — próbowałam tłumaczyć, ale ona tylko machnęła ręką.

— Przesadzasz. Za moich czasów to się w jednym pokoju spało z całą rodziną i nikt nie narzekał.

Czułam, jak narasta we mnie złość i bezsilność. Przecież nie proszę o luksusy, tylko o odrobinę przestrzeni dla mojego dziecka. Bartek, jej ukochany młodszy syn, od zawsze był tym „biedniejszym”, „bardziej potrzebującym”. Nawet kiedy był nastolatkiem i przynosił do domu same dwóje, to jemu kupowano nowy komputer, a mnie i Tomkowi kazano „zacisnąć pasa”.

W pracy coraz trudniej było mi się skupić. Koleżanki opowiadały o remontach, o tym, jak ich dzieci mają swoje pokoje, a ja tylko uśmiechałam się blado. Czułam się gorsza, jakby ktoś mi ciągle powtarzał, że nie zasługuję na więcej. Nawet mama, kiedy do niej dzwoniłam, próbowała mnie pocieszać:

— Aniu, może jeszcze się coś zmieni. Może Bartek się wyprowadzi, znajdzie dziewczynę, a wy wtedy dostaniecie to mieszkanie?

— Mamo, a jeśli nie? — pytałam, a w głosie miałam łzy.

Pewnego dnia, kiedy wracałam z Kubą z przedszkola, spotkałam Bartka pod blokiem. Stał z kluczami w ręku, uśmiechnięty, opowiadał przez telefon, jak urządza nowe mieszkanie. Przeszłam obok niego, udając, że go nie widzę, ale on zawołał:

— Anka, wpadnijcie kiedyś! Jest miejsce, można zrobić imprezę, nawet dzieciaki się zmieszczą!

Zacisnęłam zęby. — Dzięki, Bartek, może kiedyś. — odpowiedziałam chłodno i pociągnęłam Kubę za rękę.

Wieczorem wybuchłam. — Tomek, ja już nie mogę! Dlaczego twoja mama zawsze wybiera Bartka? Dlaczego nasze potrzeby się nie liczą? Przecież mamy dziecko! — krzyczałam, a łzy same płynęły mi po policzkach.

Tomek spuścił głowę. — Przepraszam, Anka. Próbowałem z nią rozmawiać, ale ona jest nieugięta. Powiedziała, że „każdy ma swoje życie” i nie będzie się wtrącać.

— Ale przecież się wtrąca! Oddała mieszkanie Bartkowi, bo jemu się bardziej przyda! — rzuciłam z goryczą.

Przez kolejne dni chodziliśmy jak cienie. Kuba coraz częściej pytał, dlaczego nie może zaprosić kolegi, bo „nie ma gdzie się bawić”. Widziałam, jak Tomek zamyka się w sobie, jak unika rozmów z matką. Ja sama zaczęłam szukać mieszkań do wynajęcia, choć wiedziałam, że nas na to nie stać. Wszystko wydawało się beznadziejne.

W końcu zebrałam się na odwagę i poszłam do teściowej. Siedziała w swoim dużym salonie, otoczona zdjęciami Bartka z różnych etapów życia. Usiadłam naprzeciwko niej i powiedziałam spokojnie:

— Pani Halino, proszę mi powiedzieć szczerze: dlaczego Bartek jest ważniejszy? Czy naprawdę uważa pani, że nasze dziecko nie zasługuje na własny kąt?

Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby pierwszy raz usłyszała to pytanie. — Aniu, ja… ja nie wiem. Zawsze myślałam, że wy sobie poradzicie. Tomek był zawsze taki odpowiedzialny, a Bartek… On zawsze potrzebował więcej wsparcia.

— Ale teraz to my potrzebujemy pomocy. Kuba nie ma nawet gdzie się pobawić, a my nie mamy prywatności. Czy to naprawdę jest sprawiedliwe?

Milczała długo. W końcu powiedziała cicho: — Może masz rację. Ale już podjęłam decyzję. Nie chcę się wtrącać w wasze życie.

Wyszłam stamtąd z poczuciem klęski. Wiedziałam, że nic się nie zmieni. Wieczorem przytuliłam Kubę mocno, patrząc na jego spokojną twarz. Tomek usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem.

— Przepraszam, Anka. Może kiedyś będzie lepiej.

A ja tylko myślałam: czy naprawdę w tej rodzinie zawsze będziemy na drugim miejscu? Czy nasze potrzeby nigdy nie będą ważne? Czy to ja jestem zbyt roszczeniowa, czy po prostu niewidzialna?

Czasem zastanawiam się, ile jeszcze wytrzymam. Czy naprawdę muszę pogodzić się z tym, że dla niektórych dzieci są ważniejsze od innych? A może powinnam walczyć dalej? Co wy byście zrobili na moim miejscu?