Szarobury Mokry Pysk i Ja: Jak Pewien Kundel Naprawił Mój Świat Po Rozwodzie

Szarobury mokry pysk Rozy dotykał mojego policzka, kiedy próbowałam jej nie puścić, a ona warczała na sąsiada, który wbiegł do klatki z zakrwawionymi dłońmi. Ostatnio coraz częściej zaskakiwały mnie takie sytuacje, od kiedy zostałam sama w tym bloku na peryferiach Poznania, a po rozwodzie czułam, jakby ciało i dusza wysychały mi w środku. Leżałyśmy razem na zimnej posadzce, bo Roza nie chciała wejść do mieszkania – ciągle chciała być blisko mnie.

Pierwszy raz zobaczyłam ją pod sklepem Żabka, gdy wychodziłam z siatką pełną przecenionych produktów. Był marzec i śnieg topniał, zostawiając błoto o zapachu mokrej ziemi, który kojarzył mi się z dzieciństwem na wsi. Roza była przemoczona, z kulawą łapą, miała coś z jamnika, ale była większa i bardziej kudłata. Próbowałam ją przegonić, bo nie chciałam problemów – już ledwo wiązałam koniec z końcem, a czynsz podrożał kolejny raz. Ale ona uparcie szła za mną przez całe osiedle, zostawiając ślady błota na nowo umytej klatce schodowej.

Poczułam się źle na myśl, jak spojrzała mi w oczy – brązowe, czujne, rozbiegane. Moje mieszkanie pachniało wilgocią i starą herbatą. „Nie mogę cię zatrzymać,” powiedziałam szeptem, ale nikt mnie nie słyszał poza nią. I tak została, a ja nie miałam serca wyrzucić jej na dwór, choć już wtedy podejrzewałam, że ta decyzja będzie mnie kosztować.

Przez pierwsze dni byłam na nią zła. W nocy szczekała na krzątaninę sąsiadów, a jej sierść przesiąkła zapachem starego dywanu i moich łez. Musiałam wstawać o szóstej rano, żeby wyprowadzić ją, zanim sąsiedzi wywołają awanturę. Na dworze był jeszcze mróz, a powietrze miało zapach spalin i zmarzniętej trawy; ręce mi grabiały, a Roza ciągnęła mnie pod płot, gdzie coś obwąchiwała z zapałem. Po raz pierwszy od miesięcy ktoś do mnie podszedł – Ada, sąsiadka z parteru. Zapytała, czy to mój pies. Miałam ochotę zaprzeczyć, ale Roza oparła na mnie głowę i poczułam jej ciepły oddech na nodze, wilgotny i ciężki, jakby chciała powiedzieć: „Jestem twoja.”

Musiałam coś zmienić. Zrezygnowałam z jednej zmiany w pracy w sklepie, bo nie chciałam zostawiać Rozy samej na dwanaście godzin. Szefowa była wściekła, powiedziała, że inni czekają na moją posadę. Logistycznie to był koszmar – mniej pieniędzy oznaczało mniej jedzenia i jeszcze więcej stresu, ale Roza wyciągała mnie na świat, kiedy sama zamykałabym się w łóżku na cały dzień. Z czasem zaczęłam dostrzegać, jak bardzo mi jej potrzeba – jej łagodny język liżący moje dłonie, kiedy drżały ze strachu, i miękkie futro pod palcami, kiedy świat walił mi się na głowę.

Po tygodniu zadzwoniła do mnie córka, z którą nie rozmawiałam od rozwodu. Miała żal, że „znowu czegoś nie ogarniam”. Usłyszała w tle szczekanie Rozy i spytała, czy zwariowałam. Wtedy po raz pierwszy odważyłam się jej powiedzieć, że sama nie daję rady, i że nie wszystko można kontrolować, nawet własny ból. Dzięki temu zaczęłyśmy rozmawiać częściej – nie od razu pogodzone, ale krok po kroku, bo Roza zawsze była pretekstem do zapytania, jak się miewamy.

Prawdziwy kryzys przyszedł, gdy Roza zachorowała. Rano nie podniosła się z posłania, jej oddech był płytki, a uszy gorące jak grzejnik. Weterynarz przyjął nas na NFZ tylko na konsultację, ale leki trzeba było kupić prywatnie. Koszt przerósł mój budżet na cały tydzień. Stałam na przystanku, a zimny wiatr pachniał śniegiem i benzyną. Roza wtulała się we mnie, jej serce biło szybko, jakby bała się, że ją zostawię. Miałam do siebie żal, że nie umiem być lepsza, że nie mogę jej pomóc. Chciałam się poddać, ale poczułam jej mokry nos na policzku i wiedziałam, że nie mogę.

Sprzedałam stare kolczyki po mamie i zapożyczyłam się u sąsiadki Ady. Roza wracała do zdrowia powoli, a ja z każdym dniem coraz bardziej ufałam, że nie jestem już sama w tym bloku. Z Adą zaczęłyśmy chodzić na spacery, rozmawiać o wszystkim i o niczym, czasem nawet śmiałyśmy się ze swoich smutków. Czułam zapach kawy, którą parzyła mi w kuchni, a Roza wygrzewała się przy kaloryferze, sycząc cicho pod nosem.

Kiedy kilka tygodni później moja córka przyjechała na święta, Roza pierwsza wybiegła jej na powitanie. Córka nie lubiła psów, ale gdy Roza oparła się jej o nogę i spojrzała tymi swoimi brązowymi oczami, coś w niej pękło. Zobaczyłam, że potrafimy być rodziną, mimo że tak wiele się rozsypało.

Nie jestem święta. Byłam zła, zmęczona i czasem miałam ochotę wyrzucić Rozy za drzwi. Ale bez niej pewnie na zawsze zostałabym w tej swojej skorupie. Wiem, że już nie będę tą samą osobą – codzienność z psem zmieniła mnie na zawsze. I choć Roza wciąż szczeka na listonosza i zostawia sierść wszędzie, nie zamieniłabym jej na nic innego.

Czasem, kiedy patrzę na jej spokojny sen i czuję, jak oddycha miarowo obok, myślę: czy tak właśnie wygląda lojalność? Czy można być dobrym dla innych, jeśli nie umie się być dobrym dla siebie? Co wy o tym sądzicie?