„Oddałam dzieciom wszystko, a one zostawiły mnie samą. Czy naprawdę na to zasłużyłam?” – poruszająca historia polskiej emerytki
— Mamo, nie przesadzaj, przecież masz mieszkanie i emeryturę. My też mamy swoje życie! — głos Agaty, mojej córki, rozbrzmiewał w słuchawce zniecierpliwieniem, którego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam.
Zamarłam, stojąc przy kuchennym oknie. Za szybą padał listopadowy deszcz, a ja czułam się tak, jakby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody na głowę. Jeszcze kilka lat temu śmialiśmy się razem przy stole, planowaliśmy wakacje nad Bałtykiem, a teraz… Teraz byłam dla własnych dzieci ciężarem.
Mam na imię Barbara. Przez czterdzieści lat byłam żoną Stanisława i matką Agaty oraz Pawła. Zawsze powtarzałam sobie, że rodzina to najważniejsze, że dzieciom trzeba dać wszystko, nawet kosztem siebie. Stanisław był nauczycielem, ja pracowałam w bibliotece. Nie byliśmy bogaci, ale nigdy nie brakowało nam chleba ani ciepła w domu. Każdą złotówkę odkładaliśmy na przyszłość dzieci — korepetycje, studia, pierwszy samochód dla Pawła, mieszkanie dla Agaty.
Kiedy Stanisław zmarł nagle na zawał pięć lat temu, świat mi się zawalił. Dzieci były już dorosłe, mieli swoje rodziny. Agata mieszkała w Warszawie z mężem i dwójką dzieci, Paweł wyjechał do Wrocławia za pracą. Na początku często dzwonili, przyjeżdżali na święta. Ale z czasem telefony stawały się coraz rzadsze.
Pamiętam pierwszy raz, gdy poprosiłam Agatę o pomoc. Złamałam nogę na schodach do piwnicy. Zadzwoniłam do niej ze szpitala:
— Córeczko, czy mogłabyś przyjechać? Potrzebuję pomocy przez kilka dni…
— Mamo, teraz nie mogę. Dzieci mają szkołę, Tomek jest w delegacji… Może poproś sąsiadkę? — odpowiedziała szybko.
Zacisnęłam zęby i poprosiłam panią Halinę z drugiego piętra. Pomogła mi zrobić zakupy i posprzątać. Ale wtedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę samotna.
Z czasem zaczęły się problemy finansowe. Emerytura po Stanisławie była skromna. Ceny rosły szybciej niż mogłam sobie wyobrazić. Odkładane przez lata oszczędności stopniały przez remont dachu i leczenie. Zaczęłam liczyć każdy grosz. Czasem musiałam wybierać: leki czy jedzenie?
Któregoś dnia zadzwoniłam do Pawła:
— Synku, mam trudności z opłatami za prąd… Czy mógłbyś mi trochę pomóc?
— Mamo, sam ledwo wiążę koniec z końcem. Kredyt na mieszkanie mnie dobija…
Nie chciałam być ciężarem. Próbowałam dorabiać — sprzątałam klatki schodowe w bloku, szydełkowałam serwetki na sprzedaż. Ale ręce już nie te same co kiedyś.
Najgorsze przyszło tej zimy. Zabrakło mi pieniędzy na opał. Siedziałam w kurtce w zimnym mieszkaniu i płakałam. Wtedy po raz pierwszy poszłam do Caritasu po paczkę żywnościową. Wstydziłam się jak nigdy dotąd.
W marcu zachorowałam na zapalenie płuc. Leżałam sama w łóżku przez tydzień, gorączka odbierała mi siły. Zadzwoniłam do Agaty:
— Mamo, nie mogę teraz przyjechać! Sama mam grypę! — usłyszałam i poczułam się jak śmieć.
Po wyzdrowieniu postanowiłam sprzedać część biżuterii po mamie. Za pieniądze kupiłam opał i trochę jedzenia. Ale wiedziałam już, że jestem sama.
W maju sąsiadka zaprosiła mnie na spotkanie seniorów w parafii. Poszłam z ciekawości — może znajdę kogoś do rozmowy? Tam poznałam panią Jadwigę, która opowiedziała mi swoją historię:
— Moje dzieci też o mnie zapomniały — powiedziała cicho. — Ale my musimy trzymać się razem.
Od tamtej pory spotykamy się co tydzień na herbacie. Czasem śmiejemy się z własnych nieszczęść, czasem płaczemy.
Ostatnio Agata zadzwoniła:
— Mamo, nie obraź się… Ale może powinnaś sprzedać mieszkanie i zamieszkać w domu spokojnej starości? Tam będziesz miała opiekę…
Zatkało mnie. Oddałam im wszystko — dom, serce, zdrowie… A teraz mam oddać ostatnią rzecz, która mi została?
Nie wiem, co zrobię dalej. Czasem myślę: może rzeczywiście jestem już tylko ciężarem? Może powinnam zniknąć im z oczu?
Ale potem patrzę na zdjęcia Stanisława i przypominam sobie nasze rozmowy:
— Basia, rodzina to najważniejsze — powtarzał zawsze.
Czy naprawdę rodzina to tylko obowiązek? Czy dzieci mają prawo zapomnieć o matce? Czy ja naprawdę zasłużyłam na taką starość?
Może ktoś z Was zna odpowiedź…