Walka o dom dziadka: „Opiekowaliśmy się nim, ale to oni dostali wszystko” – prawdziwa historia rodzinnej wojny o spadek
– Nie wierzę, że to się dzieje. – Szeptałam do siebie, patrząc na pusty już fotel dziadka w salonie. Jeszcze tydzień temu siedział tu, owinięty w swój ulubiony koc, z kubkiem herbaty w dłoni. – Marto, podaj mi proszę okulary – prosił wtedy cicho, a ja byłam przy nim szybciej niż zdążyłby powtórzyć. Byłam zawsze. Przez ostatnie lata to ja robiłam zakupy, gotowałam, podawałam leki, a nawet czytałam mu gazety na głos, bo wzrok już nie ten.
Reszta rodziny? Pojawiali się tylko na święta. Wpadali z bombonierką i uśmiechem, robili zdjęcia do rodzinnego albumu i znikali szybciej niż śnieg w marcu. Mama powtarzała: „Nie oceniaj ich, każdy ma swoje życie”, ale ja czułam żal. Bo czy naprawdę tak trudno znaleźć czas dla człowieka, który wychował nas wszystkich?
Dziadek był dla mnie kimś więcej niż tylko dziadkiem. Po śmierci taty to on nauczył mnie jeździć na rowerze, zabierał na ryby i pokazywał świat z tej lepszej strony. Kiedy zachorował, nie miałam wątpliwości – zostaję z nim. Zrezygnowałam z pracy w Warszawie i wróciłam do rodzinnego domu w Otwocku. Było ciężko, ale nigdy nie żałowałam.
Aż do dnia pogrzebu.
Po mszy wszyscy zebraliśmy się w domu dziadka. Stół uginał się od ciast i kanapek, a rozmowy były pełne wspomnień i łez. W pewnym momencie ciotka Halina odchrząknęła i powiedziała:
– Musimy porozmawiać o testamencie.
Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Notariusz rozłożył papiery i zaczął czytać:
– Ja, Stanisław Nowak, zapisuję dom wraz z działką oraz wszystkie oszczędności mojej córce Halinie Nowak i jej synowi Pawłowi Nowakowi…
Nie słyszałam już reszty. Siedziałam jak sparaliżowana. Jak to możliwe? Przecież to ja byłam przy nim codziennie! To ja słuchałam jego opowieści, znosiłam humory, zmieniałam opatrunki i podawałam insulinę! Halina? Paweł? Oni nawet nie wiedzieli, gdzie trzyma leki!
– To chyba jakaś pomyłka – wyszeptałam do mamy.
– Ciii… – uciszyła mnie nerwowo.
Po wszystkim podeszłam do ciotki:
– Halino, przecież wiesz, ile dla niego zrobiłam…
– Marto, nie rób scen. Dziadek sam tak zdecydował. Może nie chciał cię obciążać odpowiedzialnością za dom? – odpowiedziała chłodno.
Paweł nawet nie spojrzał mi w oczy. Stał z boku i rozmawiał przez telefon o nowym samochodzie.
Przez kolejne dni chodziłam jak we śnie. Mama próbowała mnie pocieszać:
– Może dziadek myślał, że Halina bardziej potrzebuje…
Ale ja wiedziałam swoje. Dziadek był coraz bardziej zagubiony pod koniec życia. Często nie poznawał ludzi, mylił imiona. Czy naprawdę świadomie podpisał ten testament?
Zaczęły się rozmowy z prawnikami. Okazało się, że podważenie testamentu to droga przez mękę – trzeba udowodnić niepoczytalność albo naciski ze strony rodziny. A przecież Halina była zawsze taka miła przy obcych…
W domu atmosfera gęstniała z dnia na dzień. Mama płakała po nocach, bo dom dziadka to był jej rodzinny dom – miejsce wszystkich świąt, urodzin i wspomnień. Ja czułam się zdradzona przez własną rodzinę.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie kuzynka Ania:
– Marta, słyszałam o testamencie… To straszne. Wiesz co? Paweł chwali się już wszystkim w pracy, że sprzeda dom i kupi sobie mieszkanie w Warszawie.
Zacisnęłam pięści ze złości.
– Nie pozwolę na to! – wykrzyczałam do słuchawki.
Ale co mogłam zrobić? Prawnik rozkładał ręce:
– Jeśli nie ma dowodów na naciski lub chorobę umysłową dziadka w momencie podpisania testamentu, szanse są nikłe.
Zaczęły się kłótnie przy stole, ciche telefony i wzajemne oskarżenia. Halina przestała odbierać ode mnie telefony. Paweł napisał mi SMS-a: „Nie rób scen, każdy dostał to, na co zasłużył”.
Czułam się jak intruz we własnym domu. Przechodziłam przez pokoje dziadka i dotykałam jego rzeczy – starego zegarka, szalika pachnącego jeszcze jego wodą kolońską…
Pewnej nocy nie wytrzymałam. Zeszłam do salonu i zaczęłam płakać na głos:
– Dziadku, dlaczego? Dlaczego oddałeś wszystko tym, którzy cię zostawili?
Mama przytuliła mnie mocno:
– Może chciał nas ochronić przed czymś… Może bał się konfliktów…
Ale ja wiedziałam jedno: dobro nie zawsze wraca.
Minęły miesiące. Dom został sprzedany za bezcen deweloperowi. Paweł kupił nowe auto i mieszkanie w stolicy. Halina wyjechała do sanatorium i przestała odzywać się do mamy.
A ja? Zostałam z poczuciem niesprawiedliwości i pytaniem bez odpowiedzi: czy warto być dobrym dla innych, jeśli świat potrafi być tak okrutny?
Czasem patrzę na stare zdjęcia dziadka i pytam siebie: „Czy gdybym wiedziała wcześniej, że tak to się skończy… zrobiłabym wszystko jeszcze raz?”
A wy? Czy dobro naprawdę zawsze wraca? Czy warto poświęcać siebie dla innych?